DIRA MORTIS – Jesteśmy zespołem niepopularnym…

Moda na old school’owy metal powoli przechodzi do historii. Z tabunów nowych kapel parających się mocno zakorzenionym w latach 80. death czy thrash metalem zostało już dziś niewielu chętnych do tego by nadal grać. Jak z każdą modą tak i z tą czas postąpił brutalnie, odsiewając ziarno od plew, a na placu boju pozostali głównie Ci co walczyć potrafią. Dira Mortis to zespół, który od początku kroczył old school’ową ścieżką, ale był w tej mniejszości, która to miejsce wybrała świadomie. Dlatego też zamiast zwijać interes ekipa dowodzona przez mojego rozmówcę,  gitarzystę Leszka Makowieckiego, nagrywa kolejne, coraz lepsze materiały i właśnie ostatnie wydawnictwo grupy Psalms of Morbid Existence stało się główną przyczyną i tematem naszej rozmowy…

Początek nowego roku to tradycyjnie czas wszelkiego rodzaju podsumowań, w których gusta i guściki decydują o tym co w ostatnich dwunastu miesiącach miało nam się podobać a czego nie powinniśmy słuchać. Śledzisz tego typu rankingi? W ilu podsumowaniach pojawił się nowy album Dira Mortis?

Witam czytelników. Nigdy nie byłem zainteresowany rankingami, plebiscytami i podsumowaniami z racji tego, że w niczym to mi nie pomaga. To, że jakiś znanyDM dziennikarz, muzyk czy  gwiazdor wypowiada się o danym albumie, że jest wspaniały, cudowny, najlepszy,  nie jest w stanie mnie przekonać do momentu, kiedy sam nie  posłucham płyty. To proste. Może jedynie zachęcić do sięgnięcia po dany album. Nie mam nic przeciwko takim podsumowaniom, jednak uważam, że to jest bardzo ogólne. Kilku dziennikarzy i muzyków typuje swój top 10. Pod podsumowaniem ludzie skaczą sobie do gardeł, że to nieprawda, bo tamten  lepszy. W przypadku prasy,  ludzie nie mają możliwości dodania komentarzy i masz typy kilku ludzi, którzy są  zachwyceni  swoimi  propozycjami albo płytami kolegów.  To wydaje mi się sztuczne, więc nie przepadam, ale też nie mam nic przeciwko. Ktoś lubi? Proszę, bawcie się. My w jednym rankingu byliśmy ostatnio.  Musisz pamiętać, że żeby być w takich konkursach i zabawach na wysokich miejscach, musisz czasem mieć układy,  znajomości i rekomendacje poważnych postaci związanych z sceną. To działa podobnie jak w disco polo i popie. Mnie mdli. Dziękuję. Rankingi typu „gitarzysta” albo „wokalista wszechczasów” pozostawię bez komentarza. To jest jeszcze gorsze, ale lud tego potrzebuje, więc z powodzeniem istnieje.

Pozostając w temacie, jakie płyty w roku 2015 najczęściej gościły w Twoim odtwarzaczu?

Płyt było dużo. Ciężko wymienić. Dużo death metalu,  thrashu, np. The Dead Goats, Parricide, Misery Index, Hypnos, Terrordome, Darkthrone i wiele innych staroci. Tego zawsze jest sporo, bo lubię kupować płyty, ale też jest trochę rzeczy, które sobie za jakiś czas załatwię  a w międzyczasie zostaje mi Youtube. Teraz mam w odtwarzaczu debiut Abbatha i bardzo mi się podoba. Świetny też jest szwedzki Mordrband.  Już myślę kupić sobie Tormented – też bardzo dobre granie. Zawsze są fajne rzeczy do słuchania, momentami tylko czasu brakuje.

Wyciskając oklepane podsumowania do ostatniej kropli – to był dobry rok dla Dira Mortis? Nie byliście może zbyt aktywni koncertowo, ale za to nagraliście i wydaliście naprawdę dobry album…

Album wyszedł jak należy. Jesteśmy bardzo zadowoleni z efektu naszej pracy. Założone cele osiągnąłem, więc nie mamy powodów do narzekania jeżeli chodzi o samą płytę. Co do współpracy z wytwórniami itp., czas pokaże. Jeżeli chodzi o koncerty, nie będziemy chyba nigdy bardzo aktywni, przynajmniej nie w naszym kraju. Nie będziemy płacić za to, żeby zagrać, a na scenie metalowej były już tego typu popularne rozwiązania – zespół płaci duże pieniądze, żeby pojeździć za autobusem gwiazd i móc zagrać 20 minut. Bardzo mnie cieszy to, że nigdy nie padłem ofiarą takiej głupoty. Jak w przypadku pierwszego pytania, tutaj podobnie, trzeba mieć znajomości z wielkimi muzykami, managerami, agencjami, wytwórniami,  pewnie czasem trzeba byłoby się poniżać, dlatego powtórzę: nie, dziękuję, mdli mnie. Sama muzyka, nawet jak jest dobra, niestety, nie wystarczy. Takie są realia, niestety. Przykładów zespołów, które myślą podobnie jest w Polsce kilka i radzą sobie dobrze. Jak coś jest dobrze zorganizowane, uczciwe, to tam się będziemy próbować pojawić, ale że uczciwość raczej jest sporadyczna, to może być tak, że będziemy się pojawiać w innych rejonach świata albo zostaniemy polskim Darkthrone. Nie mamy styczności z elitami, więc zostaniemy w tym  prawdziwym podziemiu, gdzie nam dobrze. Nie mamy też po 18 lat, żeby jeździć po wszystkich województwach w Polsce i grać za wszelką cenę, nie pracować i liczyć, że uda się zostać super zespołem. Nie jest to nikomu potrzebne i każdy z nas ma podobne zdanie na ten temat.  Są tacy, co mogą wspominać jak  musieli się poświęcać, żeby zbudować swoją pozycję, jakie były ciężkie czasy, że teraz brak determinacji, itd. Przypominam, mamy XXI wiek i świat wygląda inaczej. W Polsce była PO, teraz jest PiS, a determinacji nam nie brakuje, szacunku do siebie i naszej pracy też nie. Reasumując długą wypowiedź, jesteśmy zespołem niepopularnym, bo gramy taki sam death metal jak 25 lat temu. Za zwyczajnie wyglądamy,  za pospolicie,  nie mamy ciekawych strojów, dlatego gramy rzadziej niż inni.

Jesteśmy zespołem niepopularnym…

Jesteśmy zespołem niepopularnym…

„Psalms…” płyta, o której można rozmawiać długo. Stworzyliście bardzo klasyczny w formie, duszny i brutalny materiał. Jednocześnie bardzo wyraźnie słychać to, że jako zespół rozwijacie się i nie zadowala Was ogrywanie w kółko tych samych patentów. Twoim zdaniem, który element ma kluczowe znaczenie dla twórcy death metalowych dźwięków, szukanie własnej tożsamości w ramach gatunku czy poszukiwanie drogi poszerzenia gatunkowych ram?

Bardzo się cieszę, że takimi słowami określasz naszą nową płytę.  Przy pracy nad utworami chciałem, jak każdy, kto nagrywa nowy album, żeby było to coś nowego. W sali prób udało nam się po raz kolejny zrobić krok do przodu i z rozpisanych numerów, które robiłem riff po riffie, złożyć wszystko do kupy i wspólnie stworzyć następcę Euphoric Convulsions. Płyta zawiera wszystko, co chciałem, żeby na niej było. Jak wspomniałeś, jest klasycznie, duszno i brutalnie, ale i jest trochę nowości. Jak ktoś to dostrzega, to jest największa frajda. Tutaj słychać każdego z nas i to tworzy naprawdę dobrą płytę, dlatego cieszę się, że po raz kolejny mogę powiedzieć, że nie zmieniałbym nic, od budowy numerów po wykonanie, kończąc na produkcji. Jak ktoś to jeszcze doceni, to można być tylko zadowolonym. Co do czynników, o których wspomniałeś, i jedno i drugie jest ważne, może z wskazaniem na znalezienie własnej tożsamości, bo przecież fajnie mieć trochę swojego stylu. Co do rozwijania tego gatunku, to my raczej rewolucji nie zrobiliśmy, ale podaliśmy stary death metal ze szczyptą nowych przypraw,  które nam nie powinny zaszkodzić i naszym odbiorcom tym bardziej.  Myślę, że jako zespół, mamy coś swojego do powiedzenia, i myślę, że słychać to i na „Pslams…” i na wcześniejszych pozycjach również, co nie zmienia faktu, że nie mamy zamiaru zmieniać tego gatunku. Są na pewno inni chętni.

Jako słuchacz, fan death metalu powiedzieć mogę, że ważnym jest dla mnie to by śledzić to co się dzieje na scenie, szukać kolejnych wydawnictw, nowych zespołów i wierzyć w to, że w gatunku tym jeszcze nie powiedziano wszystkiego. Czy dla Ciebie, muzyka, bycie na bieżąco ze scenowymi nowościami jest również ważne?

Na ile można czasowo i finansowo wyrobić z tym wszystkim, staram się i słucham muzyki ile się da, bo to przecież dla mnie tak wielka sprawa, jak i dla ciebie, więc sam rozumiesz. Słuchanie muzyki jest fantastyczną sprawą – rytuał zdarcia folii, otwierasz pudełka, okładka, wrzucasz dysk – to jest to. O winylach nie wspomnę. Z komputera, z mp3 to nigdy nie będzie to samo. 99 procent ludzi tak robi, ale widzisz, różni nas to od innych, że my jesteśmy pasjonatami. Kupujemy te płyty, przywiązujemy wagę do najmniejszych szczegółów. Muzyka rockowa czy metalowa ma tę zaletę, że spora część jej odbiorców żyje tym wszystkim i jest to autentyczne. Zapytaj się kogokolwiek z Twoich znajomych, którzy nie siedzą w metalu, czy mają płyty swoich ulubionych zespołów w domu? Odpowiedź jest taka, że chuja mają. Nucą i śpiewają przy wódce kawałki z radia. W większości przypadków nie znają nawet wykonawcy, a w najlepszym wypadku w Winampie mają playlistę z mp3. To są właśnie te różnice. Punk, metal, rock  zrzesza ludzi, którzy potrafią coś kupić, obcować z muzyką. To jest ten fenomen tego wszystkiego. Interesuję się sceną i całym tym bajzlem, jak mówiłem, na ile mam czasu. Wszystkich nowości nie ogarniam, ale jakąś część  na pewno. Jedynym ograniczeniem jest zawsze czas i pieniądze,  no bo przecież nie kupisz 300 nowości po 45-50 zł, bo byś zdechł z głodu.

Dira Mortis to od początku zespół mocno zakorzeniony w klasyce gatunku. Zaryzykować można nawet stwierdzenie, że więcej znajdzie u Was radości fan Asphyx czy wczesnego Immolation lub Autopsy niż miłośnik takiego choćby Ulcerate. Uważasz, że inspirując się old school’em można tworzyć dźwięki świeże i budzące emocje również wśród miłośników nowomodnych zespołów?

Myślę, że można zawsze wprowadzić coś nowego grając w ten sposób. Nie ma tu żadnej bariery nie do przejścia. Być może jest jakaś granica, żeby nie zatracić czegoś, co od początku jest wizytówką, jakimś elementem rozpoznawczym. Trudno mi z kolei powiedzieć czy old school jest w stanie porwać kogoś, kto słucha rzeczy, jak to nazwałeś, nowomodnych. Dużo zależy od tego – tak mi się wydaje – na czym się wychowałeś. Jeżeli ktoś zaczął swoją przygodę z muzyką od Korna, Slipknota, Machine Head to raczej nie sądzę, żeby się te gatunki przegryzły w jego głowie. Pewnie są wyjątki. Na szczęście, miałem zaszczyt posiadać jedne z pierwszych nagrań Autopsy czy Obituary na kasetach i bardzo dobrze, że się tak stało. Stare granie płynie chyba nam wszystkim w żyłach, więc wprowadzając jakieś powiewy świeżości, w efekcie wychodzi, że znów wszystko jest przeterminowane i stare. W naszym przypadku, nie sądzę, żebyśmy mogli budzić u ludzi lubiących nowoczesne granie jakiś zachwyt. Raczej większość wypierdoliłaby naszą płytę w śmietnik. Staro ponoć gramy, to i starych cieszyć i bawić będziemy. Jeśli już jednak znajdą się tacy młodociani, którzy mają tak odmienne fascynacje, to będzie nam miło, ale jakoś ciężko mi sobie to wyobrazić, żeby masowo sięgali po naszą muzykę.

Debiutancki LP wydaliście w Let It Bleed Rec., labelu, który dziś jest już praktycznie martwy, mało tego, w ciągu ostatniego roku pojawiło się sporo opinii, że współpraca z L.I.B. nie wyglądała tak różowo jak i obietnice składane przez wydawcę. Czy dziś znów zdecydowałbyś się na debiut w barwach tej stajni? Twoim zdaniem w epoce gdy płyty są produktem praktycznie kolekcjonerskim nadal ważne jest by materiał ukazał się sygnowany logiem wytwórni?

Czy martwy, tego nie wiem i jakie układy mieli inni z Let it Bleed, tego też nie wiem. Zbyszek jest kontaktowym i miłym człowiekiem. Bardzo fajnie wspominam tę współpracę. Nie zrobił wszystkiego o czym mówiliśmy, ale też decydując się na ten deal, nie obiecywałem sobie cudów. Nie ma między nami żadnych konfliktów. Gdyby Zbyszek zaproponował nam współpracę to możliwe, że po ulepszeniu kilku spraw, wydalibyśmy u niego album. Znam i jego i znam Defense. Jeżeli kogoś znasz to mniej więcej wiesz, czego się spodziewać po nim. Większość zespołów z jego firmy, być może za dużo nadziei pokładała w cały układ. Nie wiem. Faktem jest, że niedługo będziemy potrzebować wznowienia „Euphoric…” i musimy z kimś innym to zrobić. Nie oglądamy się za siebie, idziemy do przodu. Ewentualne błędy, które się popełniło z wydawcami uczą i da się temu zaradzić, na przykład nie nagrywając już nic więcej dla danej firmy. Jeżeli chodzi o ostatnią część twojego pytania, to mimo, że płyty są produktem kolekcjonerskim, ważne jest żeby były wydane pod jakimś szyldem, ale nie musi to być jakaś wytwórnia. Wydasz sam sobie album to jesteś sam sobie firmą. Na tej scenie tak chyba powinno być, bo z reguły wydawcy są fanami zespołów, które wydają i to się dobrze uzupełnia. W innych gatunkach muzyki już nie zawsze tak jest, jednak w metalu to ma sens i swój urok, więc ja wolę tak.Dira_Mortis_large

W jednym z newsów poprzedzających premierę albumu w dość ostrych słowach komentujecie modne ostatnio zjawisko crowfundingu. Mam rozumieć, że nie korciło Was by urządzić zbiórkę na nagranie płyty i realizację teledysku w Tajlandii?

Przez myśl nie przeszła mi nigdy tego typu akcja. Jeżeli ktoś czuje potrzebę w ten sposób finansować swoją twórczość, bardzo proszę. Nie oceniam tych, co tak robią lub zamierzają robić. Jedyne, co mogę powiedzieć to to, że czułbym się chyba jak szmaciarz i chyba wolałbym już tego nie robić w ogóle. Nie grozi nam taki ruch. Kolejna głupia moda, która, obawiam się, nie przeminie, a wręcz przeciwnie, będzie tego więcej. Internet to chyba pod kilkoma względami sposób na wszystko. Czasem lepiej jakby go nie było…

Mocny materiał aż prosi się o promocję na koncertach. Tymczasem o ile mi wiadomo w chwili obecnej z grania wyłączony jest Mścisław – jak w takim razie na dziś wyglądają koncertowe plany Dira Mortis?

Mścisław pechowo złamał rękę, ma teraz z nią problemy, nie może grać, ale mamy nadzieję, że wszystko skończy się dobrze i wróci do gry. W naszej sytuacji sprawa będzie prostsza, bo jest naszym basistą. Gorzej będzie z gitarami. Chyba wiele zespołów to była w dużej mierze jego robota, więc miejmy nadzieję, że wróci do grania i będzie ok. Na dzień dzisiejszy nie mamy planów koncertowych, choć z dnia na dzień mogą się pojawić.  Planować nie lubię za dużo, bo wiesz jak jest, jak za dużo sobie w głowie nawymyślasz. Niech sobie wszystko samo płynie.

Jak dla mnie nowy materiał Dira to płyta kompletna pod każdym niemal względem. Pyszne kompozycje, zgniłe, zatęchłe brzmienie i naprawdę sporo przestrzeni wtłoczonej w monolityczny, grobowy charakter całości… Na zakończenie tej jakże przyjemnej konwersacji powiedz mi proszę czy produkcja takiego materiału była zadaniem łatwym, lekkim i przyjemnym?

Jeszcze raz dzięki. Bardzo motywuje to, co mówisz o naszej nowej płycie. Chciałem, by tak właśnie była odbierana ta płyta pod względem atmosfery, utworów, produkcji, grafiki, wszystkiego. Jeżeli chodzi o samą pracę, to jest zawsze ciężki etap. Momentami to wszystko przytłacza, bo chcesz, żeby to było spełnienie wszystkiego, co sobie założyłeś. Trudny jest proces twórczy, bo to praca i to momentami bardzo męcząca, ale później jest przyjemność nagrywania śladów w studio, gdy już wszystko jest gotowe, dograne, ustawione. Przyjemnością jest rejestracja tego wszystkiego krok po kroku i odkrywanie naszej muzyki w najnowszym wydaniu, brzmieniu, itd. Nie ukrywam, że nie przepadam za miksami i masteringiem, bo w naszym przypadku jest zawsze zawracanie dupy. Różne wersje, coś trzeba wybrać, posłuchasz na drugi dzień, to jednak nie to. Dzięki całemu zamieszaniu, które zawsze temu towarzyszy, masz album brzmiący właśnie tak jak chcesz, więc chyba warto. Mieszane uczucia, przyjemne z ciężkimi. Uczucia lekkości nie zaznałem chyba nigdy.

Rozmawiał Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: Archiwum zespołu