DICK4DICK – pod prąd

Sztuka prowokacji – wbrew obiegowym opiniom – wcale nie jest łatwa, chyba, że ktoś za takową uważa np. puszczenie „cichacza” w autobusie. Zupełną trudnością, szczególnie w XXI wieku, jest próba wytrącenia z równowagi za pomocą muzyki. Tu zrobiono już chyba wszystko, by wkurwić/zniesmaczyć/przestraszyć i zawstydzić słuchacza. Obojętnie, czy mówimy o tekście, dźwiękach czy sztafażu scenicznym. Nieliczni, którym się to udaje i tak przyznają, że współczesnej prowokacji bliżej do prób przykucia choć na chwilę uwagi zagonionej tłuszczy, niż faktycznego wywołania skandalu. Wiedzą o tym bardzo dobrze muzycy D4D, którzy swoimi wybrykami potrafili jednak zwrócić na siebie uwagę. Na szczęście, choć dzisiaj spoważnieli, muzyka nadal może zdziwić a nawet wywołać lekką irytację. Czyli zainteresować. Tak jak najnowsze dzieło 5, będące całkiem przyjemną syntezą dotychczasowych dokonań. Co z tego wyszło? Garażowa próba okiełznania synth popu? Klawiszowa, łobuzerska alternatywa z tanecznym bitem w tle? Tak czy inaczej, uznaję nowe dzieło zespołu za rzecz bardzo interesującą – na tyle, by spróbować dowiedzieć się czegoś więcej. Czy mi się udało, sprawdźcie, czytając rozmowę z Krystianem Wołowskim, znanym też jako Goodboy Khris.

Na początek strzał – dlaczego dziennikarz magazynu Gitarzysta w recenzji „Summer Remains” napisał, że trzeba omijać płytę z daleka, a Wy po prostu nie umiecieD4D3 grać?!

A sprawdzałeś kim jest ten gość? Pamiętam recenzję, bo była jedną z niewielu negatywnych i zadałem sobie wtedy trud żeby sprawdzić kto to jest. Z tego co pamiętam grał w jakiejś wieśniackiej kapeli grającej ciężkiego rocka. Nie chce mi się teraz googlować, ale konstatacja jest jedna – nic nie znaczy, że jesteś muzykiem, a tym bardziej, że jesteś recenzentem. Nie ma żadnej nadrzędnej instancji kontrolującej, jest wolność z pełnią korzyści jak i słabości z niej płynących. Każdy może założyć bloga i zostać recenzentem albo ściągnąć fruity loopsa i zostać muzykiem. Inna sprawa, że w natłoku informacji na nikim dziś już to nie robi wrażenia. Jeśli chodzi o Magazyn Gitarzysta – nigdy nie ukrywałem, że kompletnie nie imponują mi onanistyczne popisy Satrianiego czy Vaia (dla tego drugiego plus za kolaborację z Zappą). Muzyka to nie matematyka, choć wielu dostrzega analogie. A co do „Summer Remains”- ta płyta miała potencjał… ale nie została dokończona Zabrakło oddechu, spojrzenia z perspektywy czasu, ale może taka miała być – ulotną pocztówką z wakacji. Odpowiadając wprost na pytanie – może gość uznał, że nie ma solówek i że za wolno gramy

No to dostałem, jako recenzent po łbie (śmiech…). Skoro jesteśmy przy takim temacie – uważasz, że w dzisiejszych, zdominowanych przez FB i Internet czasach instytucja recenzenta/krytyka muzycznego ma jeszcze jakikolwiek sens, skoro dawno już przestał być tym mitycznym łącznikiem, uchylającym kotarę oddzielającą słuchacza od artysty?

Problem polega na tym, że element tajemnicy zniknął również wśród samych muzyków. Nie jest dziś niczym dziwnym, że odbiorca/fan komunikuje się z muzykiem/zespołem na fb i nie dziwi się, że dostaje odpowiedź po chwili. Więcej, może zupełnie oficjalnie zjebać swój ulubiony zespół na jego profilu i nie czuć, że może nie wypada. Muzyka stała się towarem lajfstajlowym – jak dobre jedzenie, ciuchy, gadżety elektroniczne i pozbawiona została swojej mitycznej funkcji. A recenzenci – dorastałem w czasach kiedy recenzje i artykuły muzyczne czytało się z wypiekami na twarzy. Do tej pory trzymam stare numery Outside, grupy zapaleńców z Poznania, którzy chcieli krzewić scenę independent w post-peerelowskiej Polsce. Miałem poczucie wyjątkowości, uczestnictwa w wąskiej grupie – dziś jest to po prostu niemożliwe. Recenzenci mają znikomy wpływ, ale i scena niezależna przesiąknięta jest też nudą, przewidywalnością, kunktatorstwem. Co w zamian? Samojebki na Instagramie (śmiech….)!

pod prąd

pod prąd

Ja mam wszystkie numery Outside’a zafoliowane! Do dzisiaj The Jesus Lizard czy Tortoise pozostają kultem. Może właśnie dlatego to dzisiejsze „spowszednienie” tak doskwiera… W sumie, to ciekawe – nie uważasz, że owa dostępność muzyków/muzyki wcale nie stała się złotą bramą – spowodowało to raczej, że słuchamy pobieżnie, na chwilkę i od razu przeskakujemy na następny zespół. Myślisz, że w takim kontekście muzyka może jeszcze szokować?

Mam nadzieję i chcę myśleć, że tak. Nie chcę wierzyć, że wrażliwość muzyczna, obok poezji, fundament kultury Zachodu, ot tak, ulegnie rozpłynięciu jako trend, moda. Nie wiem, jaki mamy teraz okres w kulturze, ale wygląda mi to na coś na kształt późnego Rzymu, Bizancjum, albo Rokoko Przemysł muzyczny jest chwilę po osiągnięciu swojego apogeum, festiwale muzyczne są jak walki gladiatorów, muzyka jest wszędzie – w windzie, supermarkecie, na każdym urządzeniu przenośnym. To też chyba schyłek starego porządku. W perspektywie czasu istnienie Internetu jako przestrzeni, w której funkcjonują zjawiska kulturalne jest stosunkowo krótkie i najciekawsze chyba jeszcze nas czeka. Niestety, nie mam pewności czy wpłynie to na jakość muzyki – na razie nic na to nie wskazuje. Dostępność urządzeń do produkcji jest muzyki jest większa niż kiedykolwiek wcześniej, ale czy to ułatwia pojawieniu się muzycznych geniuszy? Raczej nie. Miałbym problem ze wskazaniem postaci/zespołów z ostatnich lat, które mają taki ciężar gatunkowy jak klasycy z poprzednich dekad. Już nie mówię tu o ojcach założycielach – Beatles, Velvet Underground czy Led Zeppelin, ale o wspomnianych choćby przez Ciebie The Jesus Lizard czy Tortoise. Disclosure jest zajebiste, ale oni niczym nie ryzykują, nie idą pod prąd. Tego akurat mi brakuje.

Czy można zatem uznać, że D4D jest dla Ciebie takim wehikułem, którym poruszacie się właśnie pod prąd?

Zawsze poruszaliśmy się pod prąd z D4D, ale niekoniecznie w tym sensie. Każda kolejna płyta była inna od poprzedniej i spotykała się z zaskoczeniem dotychczasowych fanów. Niestety, często kończyło się tym, że fani odchodzili, a my pozyskiwaliśmy nowych… do czasu następnej płyty. Pewnie gdybyśmy z całą konsekwencją trzymali się pierwotnego kierunku, mielibyśmy większą popularność, ale przynajmniej nie było nudno. No i żeby nie było wspaniale – my też błądziliśmy i nadal błądzimy i w naszym dorobku jest kilka konformistycznych kawałków. Nigdy nie byliśmy rycerzami undergroundu, jaramy się popem. Ale może inaczej go rozumiemy….

Mam zatem uznać, że „5” to też efekt błądzenia? Bo ja raczej odbieram ten album jako zgrabną syntezę dotychczasowych poszukiwań? Błędna teoria?

D4D WhiteCieszy mnie, że tak myślisz. Przy tej płycie błądziliśmy bardzo długo, ale kiedy wchodziliśmy na podejrzany teren od razu się wycofywaliśmy. Płyta przypadła na okres wielu zmian, również osobistych, dlatego błądzenie było nie do uniknięcia. Ostatecznie, płyta po wielu perturbacjach dotarła do celu zbieżnego z pierwotnym założeniem, więc chyba się udało. Jednak jest jeszcze zbyt świeża bym ją oceniał – poczekam z rok. I chyba masz rację z tą syntezą, bo spotkałem się z opiniami, że na tej płycie słychać nasz styl i ludzie odkrywają, że ten styl istniał do samego początku działalności. Zmieniały się środki wyrazu, a nawet gatunki, ale element właściwy tylko dla nas przewijał się przez cały czas. Dla mnie to sukces.

Wprawdzie już poprzednia płyta była oparta o instrumenty klawiszowe i sample, jednak – co dla mnie jest paradoksem – to właśnie na „5” syntezatory są bardziej wyraziste przez to, że w pewnym sensie zostały podbite przez… garażowy fundament. Brzmi to jakbyście chcieli grać garażowego rocka tylko zamiast gitar używajcie klawiatur. Zgodzisz się z taką definicją, czy trochę zawężyłem temat?

To wynik tego, że na „Who’s Afraid Of?”, a zwłaszcza na „Silver Ballads” elektronika była programowana. Produkcja obu tych płyt przebiegała głównie w komputerze. Tym razem klawisze, głównie Tomka Ziętka, nagrywane były z „paluchów”, a bębny, nawet jeśli brzmią klubowo, to tylko dlatego, że tak były zagrane. Oczywiście, są jakieś wtręty post-produkcyjne, jakiś komputerowy arp albo fragment beatu, ale są w mniejszości. Nie gloryfikuję takiego podejścia, uwielbiam techno i w ogóle elektronikę, ale taki mieliśmy pomysł na tę płytę i pomimo pokus udało się to zachować.

Właśnie ów element taneczny czy wręcz dyskotekowy (niektóre faktury klawiszowe), powoduje, że ta płyta jest niesamowicie wciągająca. W pewnym sensie jesteście prekursorami na naszym rynku, który nadal podchodzi nieufnie do takich eksperymentów. Zanim zatem przejdziemy do samej muzyki, zdradź jak takie nowatorskie podejście zostało przyjęte przez audytorium fanowsko/krytyczne? Jakieś ciekawostki?

No właśnie, to co napisałeś wyczerpuje już moją odpowiedź – ludzie podchodzą nieufnie do eksperymentów. Póki jeszcze była u nas wartość dodana w postaci gołych klat, lejącego się kefiru i ogólnego szaleństwa na scenie, sprawa była prostsza – postrzegani byliśmy jako grupa wesołych wariatów. Na muzykę zwracało uwagę niewielu. Kiedy z tego zrezygnowaliśmy, okazało się, że nasza propozycja muzyczna nie ma aż tak wielu odbiorców. Kiedy ludzie zorientowali się, że nie jesteśmy ani Big Cycem, ani Figo Fagot, ani innym kabaretem, zainteresowanie spadło. Oczywiście, są z nami od samego początku osoby świadome muzycznie i bardzo nas to cieszy. Niemniej tłumy na koncertach to były jednak osoby chcące wrażeń poza – muzycznych, anarchii i rozjebundy na scenie. Akurat najnowsza płyta wydaje się nam najbardziej przystępna, może się mylę, ale śmiało mogłaby śmigać po rozgłośniach, ale to już chyba za późno. Ludzie mają wyrobione zdanie na temat zespołu i niełatwo to zmienić.

Nigdy nie byliśmy rycerzami undergroundu, jaramy się popem

Nigdy nie byliśmy rycerzami undergroundu, jaramy się popem

Płyta jest przystępna, ok, ale mam też nieodparte wrażenie, kiedy jej słucham, że te utwory są… Może nie tyle niedopracowane co naszkicowane, kończą się „za szybko”, jakbyście chcieli powiedzieć do słuchacza: „ok, wiesz już jak to leci a reszty dowiesz się na koncercie”. Mam rację?

Ha, to wynik tego, że kawałki były pozbawiane wielu części w trakcie produkcji. Z pierwotnych form wyssaliśmy samą esencję. I faktycznie – na koncertach mają przeważnie dłuższe formy. Ale nie wszystkie numery moim zdaniem są takie – „Złamana Brzoza” czy „Jest Pięknie” są całkiem długie.

„Złamana Brzoza” to hit. Wejście syntezatora zabija (śmiech…). W Polsce nadal pozostajecie dość oryginalni w swojej koncepcji, jednocześnie wpisując się w całkiem modny na zachodzie trend związany z kultem lat 80-tych. Czy dużym problemem było wygrzebywanie tych brzmień? Posługujecie się samplerami czy raczej zabieracie stare instrumenty, organy elektryczne itp, żeby osiągnąć pożądany efekt?

Dzięki – też bardzo lubię ten numer. Jest doniosły! Większość brzmień pochodzi z Nord Lead 2 czyli klasyka lat ’90, kilka z Korga R3 czyli już nowszego virtual syntha z lat ’00. Wychodzi na to, że bliżej nam do ’90 – zresztą, wtedy wszyscy dorastaliśmy, chłonęliśmy co się dało, to były nasze czasy. Lata ’80 też pamiętamy, ale to było dzieciństwo. Nie posiadamy, niestety, wiele instrumentów, chcielibyśmy, ale skąd wziąć na to kasę!?

Zastanawiałem się słuchając płyty nad klasycznym dylematem „kura i jajko”. Mianowicie – czy muzyka z „5” powstawała klasycznie – bębny/gitara i potem odkładane były syntetyczne brzmienia czy raczej najpierw zbieraliście brzmienia klawiszowe i do nich „dorabiana” była reszta. A może jeszcze inaczej?

Ani tak, ani tak – klawisze są jednym z ważniejszych instrumentów w D4D, więc istnieją już na etapie kompozycji, prób.

Jakie wzorce, wykonawcy – jeśli chodzi o sposób użycia klawiszy – byli dla was inspiracją? Osobiście słyszę w niektórych partiach pewne wpływy, ale chcę toD4D Okładka usłyszeć od Was…

Hmmm… ciężko mi to powiedzieć. Tych inspiracji jest tyle, że trudno mi wskazać. Ktoś wskazał na podobieństwo do Tame Impala, pewnie ze względu na eteryczne pady. W innym miejscu mieliśmy skojarzenia z Robertem Wyattem, albo Bowiem. Jeszcze w innym miejscu zaleciało M83 i Kavinskym. Pełen przekrój. Raczej nie boimy się skojarzeń o ile nie są dosłowne i pod warunkiem, że występują w kompletnie innym kontekście, tworząc nową jakość. Teraz już mi się zatarło, ale w trakcie produkcji miałem nawet myśl, żeby wypisać te inspiracje i dorzucić do każdego z kawałków. Aha, nigdy nie było tak, że wyszliśmy od inspiracji – to raczej post factum pojawiały się te skojarzenia. Myślę, że nikt na dobrą sprawę od tego nie ucieknie, ale i nie ma po co.

Czujecie się grupą rockową czy macie inne określenie? Mi pasuje takie: synth rockowi prowokatorzy…

Nie czujemy się grupą rockową. Dawniej, kiedy słuchałem głównie jakichś noisowych kapel, nie nazywałem tego rockiem, wręcz myślałem, że nie lubię rocka. Nadal niezbyt dobrze kojarzy mi się ta nazwa, została zdewaluowana w latach 70-80-tych, ale nie mam nic przeciwko, kiedy dodamy do tego inne człony. Nie jest to też jakoś istotne, żeby uciąć rozmowę – używam słowa pop w szerokim kontekście – jako muzyka popularna. Jeśli ktoś chce uściślić może pododawać jakieś człony: synth pop, glam-rock, punk, disco, alternative, IDM- cokolwiek.

Czy przekaz tekstowy ma dla was znaczenie w kontekście informacji czy raczej lekkiej prowokacji? Lubicie drażnić słuchacza, tak myślę….

Co do tekstów, masz rację. Chcieliśmy by nasze teksty nie były przezroczyste i przynajmniej zaintrygowały. Dość długo się z tym zmagaliśmy, bo nie wojujemy słowem, za to, uważam, jesteśmy na tyle inteligentni by napisać coś nieszablonowego.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Jakub Wesołowski/Michał Andrysiak