DEIVOS – niech każdy robi swoje…

Chyba każdy ma w swoim życiu moment, kiedy musi się zatrzymać i spojrzeć wstecz. Często takie oglądanie za siebie niczego nie zmienia, ale jeśli czas i miejsce są dobre, może dużo zdziałać. Nie wiem dokładnie, kiedy muzykanci Deivos tego doświadczyli, fakt jest jednak taki, że nowa, czwarta, wydana po blisko trzy i półrocznej przerwie płyta Theodicy to dzieło pokazujące nieco inny zespół. Pasuje tu wyświechtane słowo „dojrzały”. Nadal dominuje napięty do granic możliwości wyziew, ale tym razem zespół poskromił swoje szaleństwo, hamując i wnikliwiej przyglądając się kompozycji. Stworzył tym samym muzykę poważną a w kontekście poprzednich krążków z ich szaloną pulsacją, także wyraźnie oszczędniejszą. Pozostał za to ortodoksyjny w temacie stylistyki, dlatego, przy zachowaniu akademickich umiejętności władania strunami i pałeczkami, upichcił płytę, która będzie czymś w rodzaju milowego kamienia w ich karierze. Czy te moje bajania mają sens, dowiecie się z lektury poniższej rozmowy, którą przeprowadziłem z wokalistą zespołu, Hubertem Banachem, znanym powszechnie jako Angelfuck…

Deivos to lata świetlne polskiego death metalu. Czy dzisiaj, kiedy wydajecie swój czwarty, pełny album, czujesz, że było warto harować przez te wszystkie lata?

Jasna sprawa, gdyby było inaczej, tej płyty by nie było. Mogliśmy się przecież zniechęcić po którejś poprzedniej z różnych powodów. Czas, który minął i doświadczenie, którego nabraliśmy, nauczyły nas nie oczekiwać rzeczy nierealnych. No i mamy czwartą płytę, w końcu dobrego wydawcę, to tylko zachęca do działania.

A jednocześnie – że tak podrążę – sytuacja death metalu nie jest jakoś wybitna. Paradoks – mamy fajne zespoły, mamy zespoły rewelacyjne, takie jak wasz, a jednak możliwości prezentacji muzyki i ew. zarabiania są bardzo ograniczone. Czy w związku z tym nie czujecie dyskomfortu?

Znamy swoje miejsce, wiemy czego chcemy i patrzymy realnie na to co możemy osiągnąć. Marzenia o zarabianiu na muzyce umarły jeszcze w czasach licealnych. Obecna specyfika muzycznego biznesu wymaga więcej niż tylko dobrej płyty na koncie. Trzeba się promować wszędzie, zakładać konta na dziwnych serwisach, płacić za możliwość zagrania trasy z dobrą kapelą (co uważam za nieporozumienie) itd. Czyli to czym teoretycznie powinna zajmować się wytwórnia. Poza tym, co miesiąc wychodzi tryliard płyt innych kapel, łatwo przepaść w tym gąszczu.

Właśnie – czy ta wirtualna rzeczywistość nie gryzie się z fizycznością death metalu? Dla mnie wirtualizacja muzyki w ogólnym rozrachunku – choć się z tym całkowicie  pogodziłem – nadal jest dziwna…

Czy ja wiem, kto chce, ten nadal kupi płytę na fizycznym nośniku, przyjdzie na koncert etc. Owszem, wszystkiego jest teraz w bród, ale łatwiej po to sięgnąć, posłuchać albumu, który nigdy nie będzie dla mnie dostępny bo zwyczajnie np. wytwórnia już zdechła albo nie chce mi się płacić za przesyłkę z Tajwanu.

niech każdy robi swoje...

niech każdy robi swoje…

Pod względem logistycznym, ok, ale Internet powoduje, że człowiek robi się leniwy. Owszem, łatwiejszy dostęp, ale jednocześnie wszystko, krytyka, propsowanie itp. przenoszą się do Internetu. Coś takiego jak supportowanie ulubionego zespołu zaczyna sprowadzać się do ilości like’ów na fejsie… Czy to nie jest straszne?

To też, ale to na fejsie dostajemy wiadomości od ludzi z Ameryki Południowej, że podoba im się nasz nowy numer a ktoś z Filadelfii z kolei zamawia płytę i koszulkę i to w dzień ogłoszenia, że w ogóle jest taka możliwość. Z drugiej strony, na pewno dostęp do wszystkiego w tak dużych ilościach jak obecnie rozleniwia, powoduje przesyt i apatię. Po prostu nie jestem w stanie zaangażować się w czynne wspieranie ulubionych kapel bo jest ich zbyt dużo. Osobiście jednak nadal częściej rozmawiam o muzyce poza Internetem i głównie na koncertach, ale to może z racji wieku…

Przechodzimy dalej – między poprzednim krążkiem a nowym dziełem jest kilka dobrych lat przerwy – czemu tak długo musieliśmy czekać? Pojawiła się też nowa stajnia SMG, zanim jednak o niej, kilka słów podsumowania współpracy z Unique Leader – mam wrażenie, że wytwórnia trochę spuściła z tonu w ostatnich latach, niestety…

Planowany odstęp między obiema płytami miał wynosić 2 lata, niestety, wypadek Blaze of Perdition w Austrii, w którym Wizun poważnie ucierpiał, spowodował odłożenie tych planów do momentu aż okaże się, najpierw czy będzie w stanie grać, a później do powrotu do formy z przed wypadku. Szczerze, już nie śledzę poczynań UL, na pewno w przyszłości będziemy bardziej ostrożni zanim zwiążemy się z zagraniczną wytwórnią; zbyt wiele rzeczy jest poza kontrolą, z racji odległości, bez możliwości wyegzekwowania złożonych obietnic. Nie mniej jednak doceniamy to, że dzięki nazwie UL dotarliśmy do świadomości fanów zza wielkiej kałuży.

Jak bardzo owa „świadomość fanów zza wielkiej kałuży” przełożyła się na realne działania? Czy były szanse np. na trasę w USA, czy to jednak pozostaje w sferze marzeń?

Aż tak to nie, chyba są tak samo leniwi jak u nas. Niestety, nie wiemy jak wyglądała promocja naszego albumu i czy w ogóle miała miejsce. Nie wiemy, ile płyt się sprzedało, więc trudno powiedzieć, pomijając kilka maili od fanów, jak sprawy się mają. Trasa po Polsce to już wystarczająco karkołomne zadanie a co tam mówić o Ameryce.

Fakt, w Polsce stało się popularne płacenie „z bramki” (czyli jak w USA), słowem, jak zespół nie ma własnego busika jest w dupie. SMG – jak trafiliście do Karola? Co Wam obiecał i dlaczego?

SMG polecił nam znajomy, który już wcześniej nas namawiał żeby dać sobie spokój z hamburgerami. W międzyczasie poznałem się z Karolem osobiście, wydał split Ulcer, w którym także gram, więc namiastkę możliwości SMG już miałem. Poza tym katalog wydawniczy Karola jest jak najbardziej pasujący do tego co robimy. Co nam obiecano oczywiście zdradzić nie mogę, ale powiem tyle, że jesteśmy bardzo zadowoleni z tego w jaki sposób wszystko przebiega i w końcu wszystko wygląda tak jak powinno.

To chyba znak czasów – odwrót w stronę prężnie działających, ale undergroundowych wytwórni. Kiedyś każdy chciał być w Nuclear Blast, teraz odwrotnie. Kiedyś padła nawet taka teoria, że w dzisiejszych czasach w zasadzie wytwórnia nie jest potrzebna – co o tym myślisz?

Nie zgodzę się, wytwórnia jest potrzebna. Owszem, możesz sam wszystkim się zając, nagrać płytę, wytłoczyć, wydać, rozesłać po ludziach, kupić reklamę etc. Tyle, że swoje siły marnujesz na właśnie takie działania, to też wymaga mnóstwo czasu, w którym mógłbyś, chociażby, komponować kolejną płytę. Inna sprawa to siła przebicia; wytwórnia ma już swoje kontakty, swoją dystrybucję i najważniejsze – doświadczenie. Niech każdy robi swoje a będzie robił to dobrze.

Pozostaje jedynie kwestia niezależności. To ciekawe, bo kiedyś zespoły raczej narzekały, że kontrakty je zbytnio wiążą i „uziemiają”, teraz często chciałyby wrócić do tego układu „my gramy – wy promujecie”. Czy SMG zapewnia równowagę między tymi dwoma aspektami „bycia w branży”?

Może tak jest w sytuacji gdy kapela żyje z grania i czuje się skrępowana terminami narzuconymi przez kontrakt. My nie mamy takich problemów, robimy co chcemy, kiedy chcemy a z SMG dogadujemy się bez problemu i doceniamy jego zaangażowanie. Mam nadzieję, że ta współpraca będzie trwać dłużej.

Dwie płyty wydanie dla UL to szczytowa forma technicznego death metalu made by Deivos. Przyznam, że są to albumy kompletne. Czy w związku z tym, chcieliście nową płytę zrobić w inny sposób, pojawiły się jakieś teoretyczne pomysły, jak rozegrać ten temat, czy po prostu graliście i „tak akurat wyszło”?

Dokładnie tak, nową płytę chcieliśmy i zrobiliśmy nieco inaczej. Były pewne założenia od początku, więc nie jest to wynik swobodnej improwizacji. Zmieniliśmy strojenie gitar no i studio, więc dużo nowości. Wszystkie numery na płycie łączą się ze sobą, przechodzą jeden w drugi a łącznikami są industrialne wstawki, czego wcześniej nie było. Jak dla mnie, jest to jak dotąd najbardziej kompletna płyta Deivos.

Jednocześnie słychać, że poskromiliście nieco swoje techniczne zapędy. Wyeksponowany został riff, klarowniejsze, prostsze stały się aranżacje. Czyżby Deivos nam dojrzał?

Cały czas zmieniają się nasze inspiracje, chcemy się rozwijać, eksperymentujemy, stawiamy sobie nowe cele i rzeczywiście, coraz większą uwagę skupiamy na tym aby nagrywać numery gdzie słychać myśl przewodnią miast zlepku szybko zgranych riffów. Więc można powiedzieć, że jakoś tam muzycznie dojrzeliśmy.deivosd-6

A propos zmieniających się inspiracji – co w ostatnich czasach kręci się w Waszych odtwarzaczach?

U mnie, jeżeli mówimy o płytach z tego roku, królują: Electric Wizard – Time to Die, Pallbearer – Foundations of Burden, Bloodbath – Grand Morbid Funeral, Necrophagia – White worm cathedral, Primordial – Where Greater Men Have Fallen, Earth – Primitive And Deadly, Vallenfyre – Splinters, Autopsy – Tourniquets, Hacksaws And Graves, Body Count – Manslaughter, Crucifyre – Black Magic Fire, Cannibal Corpse – Skeletal Domain.

Słowem, które z nową płytą kojarzy mi się najbardziej, jest „klarowność”. Słuchając jej czuję równowagę, spokój i pewność, jaka towarzyszy tym dźwiękom. Nie boicie się, że ktoś może zarzucić Wam zbytnią… stateczność?

W żadnym wypadku, na „Theodicy” dzieje się naprawdę sporo. Poza tym, dość znacząco różni się od poprzedniczki, więc nie można powiedzieć, że stoimy w miejscu.

Dzieje się, temu nie zaprzeczam, a co do różnic – ok, pałeczka po Twojej stronie – porównaj nowe i poprzednie dzieło, ze swojego punktu widzenia…

Różnice w brzmieniu to rzecz oczywista. Nieco inna struktura kawałków, większy nacisk na ich „transowość”. Numery są na pewno bardziej rozbudowane, ale myślę, że nie straciliśmy przez to na ich agresji. Oczywiście, jako, że to nasza nowa płyta, jest tą najlepszą jaką nagraliśmy.

Interesuje mnie kwestia owego transu, bo wyjąłeś mi to z ust – w kilku fragmentach zespół wpada faktycznie w niemal szamański puls i to mi się strasznie podoba. Rozumiem, że jest rygor aranżacji i dyktat gatunku, ale nie mieliście ochoty pójść jeszcze głębiej w taki hipnotyczny klimat, rezygnując z pewnych, typowych dla klasycznego death metalu rozwiązań?

Takie motywy pojawiały się już na poprzedniczce i nie wykluczone, że pojawią się w przyszłości. Nie stawiamy sobie ograniczeń gatunkowych, ale znając Tomka, który skomponował całość, nie ma on ciągot do zbytniego odbiegania od death metalu, dlatego nie spodziewałbym się rewolucji w tym temacie. Deivos ma kopać ryju i łamać kręgosłupy.

No właśnie – i tu docieramy do pewnej, cienkiej, czerwonej linii. Coraz wyraźniejszy jest – szczególnie ostatnio – podział na zespoły wierne klasyce i te, co death metal/black metal traktują jako luźny punkt wyjścia. Wy stawiacie się raczej po stronie – nie zrozum mnie źle – ortodoksyjnej. Uważasz, że taki tradycjonalizm, mimo wszystko, wychodzi Wam na zdrowie? Bo cały czas słuchając nowej płyty łapię si ę na takim irracjonalnym wyobrażaniu sobie, co można byłoby zrobić z tym, czy innym fragmentem…

Wiesz, może to przez to, że zaczynaliśmy swoją przygodę z death metalem w czasach, kiedy ortodoksyjność była zaletą a otwartość na inne gatunki i ich mieszanie raczej nie była mile widziana. Takie granie najbardziej nam leży po prostu, takiego grania najczęściej słuchamy. Obecnie wychodzi mnóstwo nowych płyt, jednak coraz częściej łapię się na tym, że przesłucham kilka razy, powiem „no zajebiste” by za moment odpalić sobie jakiś Edge of Sanity czy inny Bolt Thrower. Po prostu nie czujemy potrzeby udziwniania, a jak poczujemy to to zrobimy, albo w ramach Deivos, albo sobie machniemy kolejny projekt, bo kto nam zabroni.

Jak zwykle na płycie świetnie sprawdził się Krzysiek, choć ze smutkiem zauważam, że jego zabawy z krowim dzwonkiem, które mnie zawsze „rajcowały”, uległy dużemu utemperowaniu. Jak w ogóle czuje się po wypadku – już 100% formy?

Krowiego dzwonka jest całkiem sporo, tylko tym razem nie jest tak uwydatniony jak to bywało wcześniej. Jeżeli chodzi o perkę, to Krzysiek już czas temu doszedł do formy sprzed wypadku, niestety, nie będę mógł nigdy tego samego powiedzieć o jego zdrowiu. To już się nie odstanie, trzeba żyć dalej.

Kilka słów o idei płyty, o czym traktuje i czy przekaz ma tu – przepraszam za wyrażenie – jakieś znaczenie, większe niż formalne brzmienie głosu? Pytanie o tyleD okładka istotne, że w dzisiejszych czasach trudno kogoś w jakiś sposób przekazem zapłodnić. Taki rys epoki…

W tekstach poruszam kilka tematów, począwszy od obecności bóstw w świecie, ich istnieniu w rzeczywistości okrucieństw i zła, rytuałach towarzyszących kultowi i na ich wyznawcach skończywszy. Traktuję je dość osobiście, takie moje przemyślenia na w/w. sprawy i w takim znaczeniu są dla mnie ważne, ale też podkreślają w pewien sposób charakter tej płyty. Pewnie nikogo za bardzo nie obejdą i raczej nie zmienią niczyjego życia, zresztą, żaden ze mnie poeta czy myśliciel. Dla większości większe znaczenie będzie miała barwa mojego głosu.

Kwestia wydania – wyjaśnij, co ciekawego znajdzie się na limitowanej wersji płyty? Poza inną okładką…

Wersja limitowana będzie w czarnym pudełku z nadrukiem i to jedyne czym będzie się różnić od standardowej wersji. Oczywiście, nie można nie docenić niematerialnych i niepoliczalnych korzyści wynikających z prestiżu jaki daje posiadanie jednej ze 100 kopii limitowanej wersji najlepszej płyty Deivos, jak dotąd. Laski na to lecą.

Skoro o laskach mowa – jak oceniasz popularność Deivos w kontekście całej, Waszej kariery – jakie macie pomysły co z tą dobra płytą teraz zrobić? Coś niestandardowego, czy- jak na ortodoksów przystało – jedynie koncerty?

Planujemy w maju i na jesieni może pograć trochę koncertów i zobaczyć jak z tą popularnością jest. Jak na ortodoksów przystało, nie przewidujemy żadnych niestandardowych akcji jak udział w must be the music, konkursy i ankiety na facebooku czy żebranie o kasę na teledysk na PolakPotrafi. Tylko zwykłe, death metalowe sprawy zwykłej, death metalowej kapeli.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Kama Wojda FotoGrafika