DEICIDE – Do diabła z bogiem

Pod koniec lutego 2011 nakładem Century Media ukazuje się “To Hell with God” – dziesiąty studyjny album death metalowych długodystansowców spod znaku odwróconego krzyża. Wkład Deicide w historię śmierć metalu jest nie do przecenienia, „Deicide” (1990) czy „Legion” (1992) to albumy ponadczasowe i otoczone wręcz kultem. Choć zespół miał kilka chudszych lat, w ostatnim czasie za wszelką cenę stara się wymazać to z pamięci fanów, nagrywając bardzo równe i mocne płyty. Na nurtujące pytania odpowiedziała perkusyjna maszyna w osobie Steve’a Asheima.

Grasz ekstremalny metal od niemal ćwierćwiecza. Wciąż stajesz się coraz lepszym muzykiem z płyty na płytę?

Mam poczucie, że tak właśnie jest. Jestem w stanie spojrzeć na moje poprzednie nagrania i zdecydowanie widzę postęp w mojej grze. Moja technika zdecydowanie się polepszyła, również wytrzymałość i szybkość. Jeśli zawsze dajesz z siebie wszystko i mocno ci zależy to postęp jest naturalny i nieunikniony.

Odczuwasz ciągle silną potrzebę tworzenia muzyki czy to już raczej nawyk?

Wciąż mam cholerną potrzebę grania. To nie ma nic wspólnego z nawykiem czy przyzwyczajeniem. Cały czas widzę u siebie postęp i zmiany w stylu, więc pod tym względem wciąż coś pcha mnie do przodu. Nie tracę entuzjazmu ponieważ nagrywamy płytę jedynie co kilka lat. Nie jest to aż tak często, żeby stało się codzienną, powtarzalną czynnością. Moja głowa jest pełna świeżych, nowych i ciągle pojawiających się pomysłów.

Na początku lat 90-tych Deicide było jedną z najbardziej szokujących i bluźnierczych kapel. Czy denerwuję Cię to, że wiele zespołów przebiło Was ekstremalną formą muzyki i obrazu?

Nie mam z tym problemu. Tak jak powiedziałeś, gramy od ponad dwudziestu lat. Kiedy zaczynaliśmy, ekstremalnych kapel jak my, było jedynie kilka. Może pięć albo sześć. Każda z tych kapel została dostrzeżona, ponieważ było ich jak na lekarstwo. Teraz są setki takich zespołów, a każdy z nich robi coraz bardziej dziwne, wymyślone, głupie i ekstremalne rzeczy, aby tylko być zauważonym. Nie przeszkadza mi to. Mam po prostu wrażenie, że naprawdę ciężko jest się teraz wybić. Wszystkim młodym kapelom życzę powodzenia.

Od czasu kiedy do Deicide dołączyli Jack Owen i Ralph Santolla trudno nie mówić o Was w kontekście kapeli all-star. Czy pisanie numerów z dwoma tak utalentowanymi gitarzystami jest bardzo proste?

Cały proces stał się dużo bardziej płynny i poukładany. Pisanie nigdy nie sprawiało nam jakichkolwiek kłopotów, ale wkład Jacka i Ralpha na pewno wyszedł kapeli na dobre. Jack zaczął ostatnio pisać całe kawałki dla Deicide i jestem z tego powodu bardzo zadowolony. Jego zajebisty old-schoolowy styl wiele wnosi. Natomiast moje kompozycje z ostatnich lat idą w kierunku szybkiego i szorstkiego brzmienia.

Sam napisałeś i nagrałeś na gitarze kilka numerów na „Till Death Do Us Part”, która wyszła w 2008 roku. Czy to było spore wyzwanie?

Żadne tam wyzwanie. Prawdziwe wyzwanie to patrzeć jak gitarzyści chrzanią riffy, które sam napisałeś (śmiech…). Nagrywanie gitar sprawiło mi całkiem sporo przyjemności. To może za mało, abym mógł powiedzieć o sobie, że jestem gitarzystą, bo raczej nie byłbym w stanie zagrać całego koncertu. Pewnie zupełnie bym się zapętlił i wyszedł na palanta. Wolę bębny, przynajmniej można sobie posiedzieć (śmiech). Pierwszy raz za gitarę chwyciłem w wieku chyba piętnastu lat. Całkiem nieźle mi szło. Przez lata nauczyłem się komponować numery. To taka naturalna droga.

Jak bardzo zmieniła się death metalowa scena w Stanach od lat 90-tych?

Mam wrażenie, że nie zmieniła się aż tak bardzo. Większość z kapel, która wtedy wystartowała wciąż gra. Popularność, wiadomo, wzrasta i spada raz na jakiś czas, to norma. Czasem pojawiają się nowe zespoły. Po prostu scena jest teraz większa i bardzo mi się to podoba.

Tampa to legendarne miejsce dla death metalu. Czy często pojawiają się tam nowe kapele?

Tampa to już nie to samo, co dwadzieścia lat temu, trochę się tu pozmieniało. Wciąż na scenie pojawiają się nowe zespoły, ale bez przesady. Z lokalnych kapel, które mi podchodzą mogę polecić Ulcer. Grają naprawdę intensywny i ciężki death metal, a poza tym to fajni goście.

Słuchając Twoje drugiego zespołu Order of Ennead, zastanawiam się, czego brakowało Ci w Deicide, że zdecydowałeś się na granie w kapeli, która brzmi bardzo podobnie.

Wiesz, miałem trochę wolnego czasu kilka lat temu. W tamtym momencie Deicide nie grało prób, a ja chciałem mieć coś do roboty. Granie w Order of Ennead to dla mnie przede wszystkim dobra zabawa. Sprawia mi to wiele przyjemności. Nie muszę pisać żadnych numerów, po prostu siadam i napierdalam na bębnach, ile tylko fabryka dała.

Czy takie ostre łojenie na bębnach wymaga wielkiej sprawności fizycznej?

Myślę, że to całkiem wymagający instrument i napierdalać równo i szybko podczas koncertu to nie taka łatwa sprawa. Mam jednak to szczęście, że gram od nastolatka, więc świetnie znam wymagania, jakie stawia przed tobą ekstremalne granie na perkusji. Postrzegam to wręcz jako dyscyplinę sportową. Nigdy nie piję przed gigiem. Nigdy nie biorę speeda. Mam po nim schizy. Od lat ćwiczę na siłowni. To pozwala mi przelecieć bez trudu przez cały set z Deicide. Oczywiście nie obywa się bez potu, ale nigdy nie miałem sytuacji, w której nie byłbym w stanie dokończyć koncertu albo wyraźnie opadłbym z sił. Jasna cholera, kilka lat temu graliśmy trasę i trzaskałem dwa sety pod rząd z Order of Ennead i Deicide. Do czegoś takiego trzeba być w formie.

Jak podtrzymujesz dobrą formę, jak wyglądają Twoje rutynowe próby?

Przede wszystkim najważniejsze jest grać jak najczęściej. Jednak raz na jakiś czas robię sobie dłuższe przerwy, co wychodzi mi również na dobre. Czasem jest to miesiąc albo dwa. Potem trzeba ciężko pracować by wrócić do formy, ale właściwie nie zabiera mi to więcej, jak trzy próby. Mogę powiedzieć, że po latach ekstremalna gra na bębnach jest naturalna dla moich mięśni. Moje próby to nic wyjątkowego. Dziesięć lub dwadzieścia minut rozgrzewki, a potem lecę już przez całe kawałki.

Wciąż masz swoich idoli czy wyrosłeś już z tego?

Cały czas jestem wierny swoim mistrzom z młodzieńczych lat. Głównie mam na myśli Slayer i Dark Angel. Te kapele grają już tyle lat i wciąż robią to zajebiście. Po prostu mam dla nich wielki szacunek.

Wokół Glena Bentona krąży wiele legend. Czy to robota mediów czy rzeczywiście jest tak odjechanym człowiekiem?

Ludzie wiele słyszą, mówią i powtarzają. Wydaje mi się, że każdy człowiek może dać się poznać z wielu różnych stron. Jednego dnia jesteś strasznym skurwysynem, innego bardzo uprzejmą osobą. Mam poczucie, że zasadniczo Glen to dobry człowiek. Ma jednak w sobie coś z maniaka. Po prostu masz pecha, jeśli trafisz na jego zły dzień.

Opinia o „Insineratehymn” (2000) oraz „In Torment in Hell” (2001) jest taka, że to dwa Wasze najsłabsze albumy. Co było z Wami nie tak w tamtym czasie?

Czuliśmy się nieco wypaleni. Eric chciał, abyśmy trochę zwolnili na „Insineratehymn”. Uważał, że nasza muza trafi przez to do szerszej publiki. Od początku miałem co do tego wątpliwości, ale trudno. Na „In Torment in Hell” uderzyliśmy zdecydowanie szybciej, ale przestaliśmy się dogadywać. Nie ma co rozpamiętywać, pewnie dziś nagralibyśmy to inaczej, ale było, minęło. Mam nadzieję, że kilkoma ostatnimi płytami wynagrodziliśmy to fanom.

Ponoć bracia Eric i Brian Hoffman reaktywowali kapelę pod nazwą Amon, pod którą graliście razem przed przeobrażeniem się w Deicide. Masz z nimi kontakt, jak to z nimi było?

Konflikt z Hoffmanami narastał przez lata, aż w pewnym momencie stało się to nie do zniesienia. Takie rzeczy się zdarzają. Tak, słyszałem, że coś szykują jako Amon, ale nie mam z nimi kontaktu od lat, jednak życzę im powodzenia.

Jakie płyty wpadły Ci w ucho w 2010 roku?

Ostatnia płyta, która naprawdę mocno trafiła w moje gusta to „World Painted Blood” Slayera, ale to wyszło w 2009. Przyznam się, że nie jestem szczególnie na bieżąco z nowościami.

Rozmawiał Adam Drzewucki