DEEP DESOLATION – smród piekielnej siary

Słowa Markiza, których użyłem by zatytułować wywiad z formacją Deep Desolation idealnie pasują do prezentowanej przez zespół muzyki. Wszystko co najlepsze w old school’owych klimatach łączy się tu z black’ową formą a efekt jest bez dwóch zdań miażdżący. Nie zanudzam Was dłużej swoim ględzeniem i zapraszam do lektury wywiadu. Na moje pytania odpowiadali gitarzyści Deep Desolation czyli Markiz i Meriath.

 

 

Jakie odczucie towarzyszą twórcom gdy materiał, który właśnie trafił „pod strzechy” zyskuje bardzo dobre opinie? Szukając recenzji Waszej nowej płyty praktycznie nie natknąłem się na negatywne opnie krytyków…

Markiz: Witam! Odczucia są w porządku, z tym wyjątkiem, że do tej chwili nie ma to żadnego przełożenia w odbiorze fanów. Wygląda na to, że stworzyliśmy materiał dla pismaków (śmiech). Negatywne opinie się zdarzają, nawet takie, że nie potrafimy grać, więc tak jak zawsze wszystko jest kwestią gustu i tego, co kto lubi, na pewno może odstraszać (lub zachęcać) brzmienie i toporność materiału.

Wasza muzyka ma zdecydowanie old school’owy charakter. Jak urodził się pomysł by black’ową formę łączyć z ociężałymi riffami old school’u i przewijającą się w Waszej muzyce psychodelią? Uważacie, że old school to antidotum na wyeksploatowane już chyba do granic współczesne formy metalowego grania?

Markiz: Gramy tutaj muzykę jaką sami lubimy słuchać. Jestem mocno zakorzeniony w brzmieniu lat 70-tych i 80-tych, więc te wpływy i charakter muzyki są sprawą naturalną. Współcześnie jest wiele wspaniałej muzyki, płyt przełomowych zdecydowanie mniej, to nie jest kwestia wyeksploatowania w naszym przypadku współczesnego oblicza metalu, charakteryzującego się cykającą perkusją i sterylną produkcją, tylko miłość do muzyki jaką słuchamy i gramy. Nagrane w latach 80-tych płyty Bathory, czy albumy Black Sabbath z lat 70-tych brzmią dla mnie dużo ciekawiej niż współczesne, cyfrowe produkcje.

Meriath:  Przede wszystkim chodzi o to, że mnie kompletnie nie kręci takie nowoczesne, super idealne brzmienie. Wypielęgnowane ścieżki gitar, gdzie każdy najdrobniejszy dźwięk jest poddany obróbce komputerowej, cykająca perkusja, o której wspomniał Markiz i masa komputerowych zabiegów według mnie zabijają cały klimat. W takich produkcjach człowiek i jego instrument są tylko maleńką częścią całej machiny do produkowania muzyki, ale muzyki bez ducha. Muzyki pustej i na dłuższą metę – niewiele wartej. W naszym zespole bardzo duży nacisk kładziemy na klimat. Każdy utwór musi być idealną całością, a nie zlepkiem posklejanych na kompie riffów.

Rites of …” to materiał ciężki, dojrzały, doskonale nawiązujący i rozwijający pomysły z debiutu. Waszym zdaniem Deep Desolation ciągle się rozwija? Wydajecie materiały w dość krótkich odstępach czasowych, czyli możemy rozumieć, że komponowanie materiału i praca nad nim przychodzi Wam łatwo?

Markiz: Tak! Nie zamierzamy spocząć na laurach, muzyka Deep Desolation przez  cały czas się rozwija zarówno w aspekcie  aranżacji, jak i brzmienia. Atmosfera tej muzyki pozostaje bez zmian, czyli smród piekielnej siary po zażyciu LSD. Ze względu na fakt, że rzadko koncertujemy, dużo czasu spędzamy na tworzeniu nowych kompozycji, w tej chwili pracujemy już nad trzecim materiałem. Materiał na każdą płytę powstawał około roku.

smród piekielnej siary

smród piekielnej siary

Podoba mi się brzmienie, jakie ukręciliście na potrzeby „Rites…”. Ten specyficzny sound, w którym łączycie czarci black z Sabbath’owym ciężarem staje się Waszym znakiem rozpoznawczym. Ciężko było uzyskać efekt, który w pełni Was zadowala? Gdzie tym razem nagrywaliście materiał?

Markiz: Nagrywaliśmy w tym samym miejscu co nasze wcześniejsze materiały, w prywatnym studiu nagraniowym u Mariusza Pikora; końcowy efekt brzmieniowy był wynikiem mojej i Mariusza ciężkiej pracy, by osiągnąć zadowalający nas rezultat, nie przyszło to łatwo, ale ostatecznie płyta ma własny, specyficzny charakter.

Sesja nagraniowa to dla Was czas stresujący (nigdy nie wiadomo czy uda się osiągnąć zamierzone brzmienie), czas ciężkiej pracy, czy może czas zabawy, do której nagrywanie jest tylko dodatkiem?

Markiz: Zazwyczaj jesteśmy przygotowani do sesji i wiemy, co chcemy osiągnąć, ograniczać nas może wyłącznie sprzęt i fundusze, dla mnie osobiście jest to ekscytujący proces – zwieńczenie naszej pracy i potu przelanego na sali prób. Ja podczas nagrywania jestem zazwyczaj trzeźwy, moi koledzy lubią się czasami lekko wspomóc jakimś napojem wyskokowym…

Meriath: Dokładnie. W moim przypadku można to podzielić na dwa rodzaje aktywności podczas nagrań. Przy pracy nad gitarami to maksymalnie jedno piwko. Gitary muszą być porządnie nagrane, każdy dźwięk na swoim miejscu i zagrany dobrze – także nie ma mowy o imprezie. Natomiast przy wokalach mogę pozwolić sobie na więcej luzu (śmiech). Lubię nagrywać wokale, nie sprawiają mi one trudności, więc i można sobie pozwolić na trochę zabawy, co owocuje nie raz ciekawym pomysłem na aranżację. Bierze się to także z tego, że wokale zawsze nagrywamy na końcu. Wszystkie gitary, basy i bębny zostały zarejestrowane, więc nagrywanie wokalu zawsze jest pewnego rodzaju przypieczętowaniem sesji nagraniowej – namacalnym dowodem, że nowe utwory już są i można ich będzie zaraz posłuchać w całości. To zdecydowanie powód do świętowania, więc zawsze z chłopakami staramy się uczcić tę chwilę. Markiz natomiast jest rzeczywiście grzeczny w studiu (śmiech)…

Wydanie materiału powierzyliście mało w sumie znanej Darkzone Prod., czy byli jeszcze inni zainteresowani udzieleniem wsparcia Deep Desolation? Materiał ukazał się tylko w Polsce czy też planujecie może wspólnie z Darkzone zawojować też inne kraje?

Markiz: Płyta została wydana w kooperacji Darkzone i End Of Time Rec., Darkzone zajmuje się promocją w Polsce a End Of Time zagranicą. Materiału nie wysyłaliśmy do nie wiadomo jak dużej  liczby wytwórni, te które wykazały zainteresowanie zostały naszym wydawcą, zależało nam też na czasie, by płyta nie leżała rok, albo dłużej…

„Rites…” ukazał się jako Digi CD  lecz osobiście uważam, że charakter muzyki, jaką gracie jest wręcz stworzony do wydania na winylu. Możemy spodziewać się, że materiały Deep Desolation ukażą się kiedyś na czarnym krążku?

Markiz: Jeżeli tylko ktoś wyjdzie z taką inicjatywą, to tak. Sami nie będziemy w to inwestować, przede wszystkim płyta musi funkcjonować w obiegu, będzie popyt na CD, to znajdzie się wydawca na winyl.

Jedynym elementem płyt Deep Desolation, który nie do końca mi odpowiada są okładki Waszych albumów. Jesteście w pełni zadowoleni z obrazków zdobiących oba krążki? Jak duży jest udział zespołu w ostatecznym wyglądzie layoutu?

Markiz: Do pierwszej płyty faktycznie można mieć jakieś zastrzeżenia, ale layout drugiej w pełni mi odpowiada, zarówno technika, jak i sam obraz. Powstawanie grafiki na ten album odbywało się bezpośrednio pod moim nadzorem i osobom zaangażowanym w powstanie  okładki tj. Oli i Komarowi chciałbym gorąco i piekielnie podziękować. Czuć tutaj klimat okładek Abscess i tak to miało wyglądać…

Meriath: Jak dla mnie okładka „Rites…” jest całkiem do przyjęcia. Mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że mi się podoba. Jest może trochę dziwna, nietypowa, odstająca od obecnych, nowoczesnych kanonów, ale to tak jak nasza muzyka. Dlatego uważam, że bardzo pasuje. Cała oprawa graficzna i forma w jakiej się ukazała ta płyta – u mnie jak najbardziej „na plus”. A z okładką pierwszej płyty faktycznie wyszło jak wyszło, ale wiązały się z nią pewne obietnice, dlatego właśnie ten twór znalazł się na okładce. Może kiedyś, przy jakiejś reedycji pojawi się z zupełnie inną okładką? Się zobaczy (śmiech)…

W kraju gdzie ludzie ciągle są czymś zniesmaczeni i zszokowani, Wasza sesja zdjęciowa, którą zobaczyć można na zespołowym myspace mogła przysporzyć Wam kłopotów… Nikt nie próbował oskarżyć Deep Desolation o namawianie do samobójstwa?

Markiz: Po pierwsze jesteśmy za mało znani by kogokolwiek to zainteresowało, a po drugie tylko debil mógłby takie oskarżenie w naszym kierunku wysnuwać, biorąc pod uwagę że jest to tylko kreacja artystyczna na potrzeby płyty. Z drugiej strony wielce byłbym uradowany jak kilku tzw. obrońców moralności popełniłoby samobójstwo z jakiegokolwiek  powodu; świat na pewno by na tym zyskał…

Meriath: Podpisuję się pod tym! Świat zdecydowanie by zyskał, jeśli kilku nawiedzonych, kościelnych zapaleńców pod wpływem jakichś impulsów związanych z naszym zespołem odebrałoby sobie życie. No i może zrobiłoby się o nas trochę głośno w końcu…

 

Rozmawiał Wiesław Czajkowski