DECAPITATED – Metal hartuje się w ogniu

Każdy zespół, który osiągnął coś ponadprzeciętnego ma w szeregach człowieka decydującego o jego obliczu w największym stopniu. Niekoniecznie jest to frontman, osoba w pierwszej kolejności rzucająca się w oczy. Lider nie zawsze skupia na sobie największą uwagę, nie zawsze też ma osobowość medialną i toleruje błysk fleszy. Takim człowiekiem jest Wacek „Vogg” Kiełtyka, niekwestionowany szef i mózg Decapitated. Otwarcie przyznaje, że nie lubi wywiadów, choć jak dodaje, wie, że są potrzebne. Zamiast gadać woli grać i twierdzi, że muzyka broni się sama. Mimo to gitarzystę czołowego polskiego zespołu udało się wciągnąć do zajmującej rozmowy.

Na „Blood Mantra” jest mniej techniki i matematyki w porównaniu z wcześniejszymi albumami. Co miało wpływ na taki kształt materiału?

Być może dlatego, że z wiekiem stałem się odrobinę bardziej leniwy (śmiech). Nie oznacza to, że jest to łatwy do zagrania materiał. Szybkie przebieranie palcami wcale nie musi oznaczać, że materiał jest bardzo trudny czy techniczny. Szukałem takich riffów, które będą najlepiej brzmiały i nie zastanawiałem się szczególnie, jakie one będą w odniesieniu do naszych starychOLYMPUS DIGITAL CAMERA płyt, bo nie zamierzać ścigać się sam z sobą. Przede wszystkim chciałem sobie pograć, ale także mieć pewność, że płyta sprawdzi się w wydaniu koncertowym.

Co Twoim zdaniem zdecydowało o tym, że Blood Mantra weszła na listę Billboardu i jest Waszym najlepiej sprzedającym się albumem?

Jest jak mówisz, ale do końca nie wiem dlaczego. Być może działa efekt kuli śnieżnej. Był powrót i „Carnival is Forever”. Pokazaliśmy na co nas stać. Zagraliśmy naprawdę dużo koncertów z dużymi kapelami. Bez większej przerwy w czasie zrobiliśmy nowy album. Recenzje pojawiają się pochlebne, płyta podoba się ludziom. Trud się opłacił, bo zainteresowanie zespołem rośnie.

Jak fakt, że Michał Łysejko gra z Wami tak krótko wpłynął na kształt albumu?

Przede wszystkim problem polegał na tym, że w momencie, kiedy zacząłem komponować nowe numery, nie mieliśmy jeszcze perkusisty. Studio było już zabukowane, terminy goniły. Żeby przyspieszyć cały proces zdecydowałem się sam przygotować i napisać w komputerze partie bębnów, które dopiero później pokazałem Michałowi. Nauczył się ich i wszedł z nimi do studia.

Carnival is Forever nagrywaliście w Gdańsku, a album miksował Daniel Bergstrand. Co spowodowało, że wróciliście do Hertz?

Nagraliśmy tam wcześniej już trzy płyty, więc dokładnie wiem, jak się tam pracuje. Nie chciałem niespodzianek i wolałem postawić na sprawdzone miejsce. Bracia Wiesławscy też nas znają. Poza tym dają gwarancję, że płyta będzie dobrze brzmieć i że nie będzie wpadek. Choć praca z Bergstrandem była wspaniała, był to gigantyczny koszt, którego teraz nie chcieliśmy ponosić. Zamiast bardzo drogiego producenta, część budżetu poszła tym razem na promocję samej płyty oraz trasy. A efekt wcale nie jest gorszy, bo moim zdaniem „Blood Mantra” brzmi lepiej od „Carnival is Forever”. Prawdopodobnie przy kolejnej płycie znów zawitamy do Hertz.

Ukończyliście cześć polskiej trasy promującej „Blood Mantra”, zagraliście kilka sztuk na wyspach z Behemoth, a wcześniej spędziliście miesiąc z Gwar. Która to już Wasza trasa po Stanach?

Jeśli dobrze pamiętam to dwunasta. Tym razem graliśmy z zupełnie odmiennym gatunkowo zespołem, co mogło być dużym zaskoczeniem dla fanów. Co więcej, dla nas samych to była spora niewiadoma, bo jednak my gramy death metal, a oni szeroko pojęty heavy metal. Zastanawiałem się jak publika Gwar nas przyjmie, ale obawy były zupełnie niepotrzebne. Wszystkie koncerty, co do jednego, wypadły świetnie i mieliśmy rewelacyjne przyjęcie. To jest specyfika Stanów. Ludzie tam naprawdę potrafią docenić zespół. Nie ma większego znaczenia w jakim grasz gatunku, jeśli twój koncert jest dobry to zostaniesz nagrodzony spontaniczną reakcją. Oni już tacy są. Bawią się na całego. Od zawsze w Stanach doskonale się nam gra.

Jak wyglądały kontakty z Gwar? To już zdaje się nie są najmłodsi ludzie.

Część składu jest oryginalna, cześć to nowi, młodsi członkowie, jak na przykład wokalistka K Dylla. Jeden z gitarzystów też gra z nimi dopiero parę lat. Prywatnie wszyscy z nich są fantastyczni. Traktowali nas bardzo po przyjacielsku. Mają sporą publikę w Stanach, szczególnie w Denver czy San Francisco graliśmy w naprawdę dużych salach, dla około dwóch tysięcy ludzi. Większość pozostałych gigów przyciągnęła około tysiąca maniaków.

Los Was nie rozpieszcza. Wypadek na Białorusi, lądowanie z kapitanem Wroną, w tym roku kraksa w USA…

Kiedyś jeszcze pociąg, którym jechaliśmy do Warszawy przejechał krowę (śmiech)! Niektórzy mówią, że nad Decapitated ciąży klątwa, bo te wszystkie sytuacje zawsze dzieją się w okolicach października i listopada. Tym razem wyglądało to tak, że dojeżdżaliśmy właśnie do Nowego Orleanu, byliśmy raptem dziesięć minut drogi od klubu. Była kraksa, w której zderzyło się łącznie chyba sześć albo siedem aut. Nikomu z nas, ani z pozostałych samochodów, nic poważnego się nie stało. Jedynie obicia, siniaki czy straty w drobnych przedmiotach osobistych.

Metal hartuje się w ogniu

Metal hartuje się w ogniu

Jak reagujesz na gadanie o klątwie Decapitated?

Nie jestem w ogóle przesądny. Uważam te wszystkie zdarzenia za nieszczęsny zbieg okoliczności. Jedynie, co mnie zastanawia, że te sytuacje powtarzają się w tym samym terminie. Na Białorusi wypadek był 29 października 2007, lądowanie z kapitanem Wroną 1 listopada 2011, a ta kraksa 25 października 2014. Kurcze, może na następnej trasie w tym terminie zrobimy sobie tydzień wolny od grania (śmiech).

Często powtarza się, że w Polsce nie docenia się wystarczająco muzyków metalowych. Jakie masz zdaniem na ten temat?

Rozmawiałem ostatnio z ludźmi z Instytutu Adam Mickiewicza, którzy zajmują się promowaniem polskiej kultury i ta rozmowa uzmysłowiła mi, że nie mają żadnego pojęcia jak to działa. Nie wiedzą jak robi się trasę koncertową, jakie są koszty i co się wiąże z tym, żeby pojechać w świat i zagrać dla ludzi. Nie chcę zabrzmieć jakbym się żalił czy miał do kogokolwiek pretensje, ale jednak jest sporo polskich zespołów, które są doceniane za granicą, jeżdżą na trasy, przyciągają międzynarodową publiczność. W Polsce jednak są zupełnie marginalizowane, nie mówię już o jakimś wsparciu czy finansowaniu. Okazuje się, że więcej uwagi i zainteresowania mają polskie czirliderki, które pojechały do Stanów zatańczyć podczas meczu koszykówki trzeciej ligi, albo jakiś rodzimy celebryta, który zrobił sobie sesję zdjęciową w tle z napisem „Hollywood”.

A Twoje rodzime Krosno jest w Twojej opinii dumne z Decapitated?

W jakimś stopniu tak. Nawet ostatni koncert, który graliśmy tam w listopadzie był wyprzedany. Czuć lokalne wsparcie, bo ludzi jest zawsze bardzo dużo i zabawa doskonała. Każdy nasz koncert jest dla Krosna sporym wydarzeniem. Choć mieszkam w Krakowie, mam ogromny sentyment do Krosna, mogę powiedzieć, że nawet coraz większy z każdą kolejna wizytą.

Zaczynaliście jako nastolatki. Z perspektywy lat, masz poczucie, że wystartowaliście z zespołem w odpowiednim momencie?

Tak i nie. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Zaczynając wcześnie uczysz się bardzo szybko i do pewnych rzeczy dochodzisz momentalnie. Z drugiej strony bawienie się w rock’n’roll, a jednocześnie biznes muzyczny w tak młodym wieku nie zawsze wychodzi na dobre. Sami się o tym przekonaliśmy na własnej skórze. Podpisaliśmy złe kontrakty, za które zresztą pokutujemy do dziś. Podjęliśmy mnóstwo złych decyzji, bo trudno nie mając nawet dwudziestu lat być mądrym i roztropnym. Aczkolwiek nie żałuję, że wystartowaliśmy tak wcześnie. Nakręcała i wciąż nakręca mnie pasja dla muzyki i myślę, że fakt, że zrobiliśmy tyle w tak młodym wieku, jest unikalne i wartościowe.

Był taki moment, że zostałeś w Decapitated sam. Jakie emocje towarzyszyły Ci w tamtym czasie?

Wtedy, po wypadku, nie myślałem w ogóle o zespole. Nie myślałem zupełnie o Decapitated. Skupiłem się na życiu codziennym, pracowałem w sklepie muzycznym, a na gitarze grałem tylko w domu. Chciałem być z rodziną. Przez trzy lata kiełkowała we mnie myśl o powrocie. Początki były bardzo dziwne. Grałem z zupełnie nowymi ludźmi. Brata i przyjaciół z dzieciństwa zastąpili nowi goście. Trochę musiałem się z tym oswoić. Mimo pewnych dylematów, miałem poczucie, że to jednak dobra decyzja. Naturalnie miałem rozterki wewnętrzne i moralne czy powinienem kontynuować zespół, ale nie były one tak wielkie, żebym się poddał i odpuścił.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Michał Łysejko, obok Krimha czy Jamesa Stewarta należy do niesamowicie młodego pokolenia wspaniałych bębniarzy. Czy z muzykami nie jest trochę jak z piłkarzami? Aby zostać zauważonym i coś osiągnąć to trzeba skakać na głęboką wodę za młodu?

Racja. Nawet Indiana Jones powiedział, że nie zostaniesz archeologiem dopóki nie opuścisz biblioteki. Najlepsza i najprostsza droga w graniu to pojechać na dużą, konkretną trasę, stanąć na deskach wielkiego klubu, przetrwać pięciotygodniową harówkę i zebrać masę doświadczenia, którego nie masz szans zdobyć ćwicząc non-stop na sali prób czy grając przypadkowe weekendowe sztuki. Oczywiście nie każdy się do tego nadaje, bo sytuacje, w których jedziesz samochodem szesnaście godzin bez przerwy, albo jesteś głodny, niewyspany czy chory, a za moment musisz wychodzić grać jak najlepiej potrafisz, to chleb powszedni aktywnego koncertowania. Żołnierz może być mistrzem w strzelaniu do tarczy na strzelnicy, ale nie ma żadnej gwarancji, że pojedzie na wojnę i tam też będzie celnie strzelał.

Mimo raptem 33 lat masz masę doświadczenia. Czujesz się weteranem, masz poczucie, że o graniu i życiu w trasie wiesz już wszystko?

Niemożliwe, żeby wiedzieć o tym wszystko. Wręcz przeciwnie, czuję się jak totalny świeżak. Dopiero na dobre zaczynam rozumieć wszystkie mechanizmy. Głównie obserwując starszych i bardziej doświadczonych muzyków. To uczy pokory. Prosty przykład. Byliśmy niedawno na trasie z Meshuggah i już po pierwszym gigu zupełnie poopadały nam kopary, jakimi zawodowcami są Ci goście. Między nami jest kolosalna przepaść w umiejętnościach. To przychodzi z wiekiem. Trochę jak z winem, jeśli ciężko pracujesz i zależy ci, z czasem stajesz się coraz lepszy, dojrzewasz.

Rozmawiał Adam Drzewucki

Zdjęcia: archiwum zespołu/Łukasz Popławski