DECAPITATED – nie zamierzam tego spierdolić…

Siła, desperacja a nade wszystko determinacja wyznaczają nową po reaktywacji drogę Decapitated. Nie jestem w stanie zaprzeczyć, mogę tylko podziwiać. Czekałem na płytę i na powrót do życia Dekapów i choć na początku nie bardzo wiedziałem, jak do nich podejść a sama płyta długo była męczona, jednak teraz wiem już na pewno, że nowa odsłona – obojętnie, jakie będą opinie zawistnych krajan – to szczera chęć przysłowiowego „dania czadu”. Zespół się rozkręca i wraz z wydanym dwa tygodnie temu krążkiem rusza na podbój świata. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem i miejmy nadzieję, że wznosząca tendencja utrzyma się jak najdłużej. Cóż, Behemoth, że o Vader nie wspomnę, ma silnego konkurenta do koncertowego tronu. Przed Wami człowiek – RIFF, Wacław „Vogg” Kiełtyka – dowódca krążownika o nazwie Decapitated.

Jak czujesz się, kiedy widzisz kolejną płytę Twojego dziecka? Radość, zadumę czy pasję i energię do działania?

Witaj. Szczerze powiedziawszy to czuję w sobie wszystkie wymienione przez Ciebie emocje. Jestem szczęśliwy, że ta płyta w końcu się ukazała i że udało mi się dokończyć pomysły, które zrobiłem jeszcze z Witkiem. Po kilku latach znowu czuję ogromną motywację i chęć działania. Płyta zawiera moim zdaniem kawał dobrej muzy i brzmi świetnie co daje nam ogromnego powera i tak jak już mówiłem motywuje do dalszego rozwoju. Mamy mnóstwo pomysłów odnośnie promocji tego materiału jak również związane z tym plany koncertowe na nadchodzące miesiące. Ale na razie oczekujemy reakcji fanów i recenzentów. Bardzo jesteśmy ciekawi tych opinii.

Wrócę może do momentu, kiedy podjąłeś decyzję o reaktywacji zespołu – czy to był trudny moment, czy raczej towarzyszyło mu uczucie ulgi? Jaki był główny powód takiej decyzji?

To był bardzo trudny moment. Musiałem stoczyć  coś w rodzaju walki wewnętrznej bo granie dalej pod tą samą nazwą bez Witka było dla mnie rzeczą niewyobrażalną. Ten zespół to było coś więcej niż tylko trasa i granie. Witek był moim bratem i była między nami ogromna chemia. To samo tyczy się Covana, który z biegiem czasu stał się moim wielkim przyjacielem. Straciłem w wypadku brata i przyjaciela, ponieważ Covan cały czas walczy o zdrowie i nie ma z nim kontaktu a on sam nie może chodzić ani mówić. Można mieć tylko nadzieję, że z czasem jego stan się poprawi i wróci do normalnego życia. Także w takich okolicznościach było mi kurewsko trudno wrócić do grania i reaktywować band. Nie mówiąc już o przyziemnych kwestiach, czyli zgraniu się z nowymi muzykami. Z Witulikiem doszliśmy już razem do takiego brzmienia, że gdybyśmy wtedy nagrali płytę, to myślę, że dzisiaj zespół byłby na zupełnie innym poziomie. Rozumieliśmy się bez słów a sound, jaki razem wytwarzaliśmy jakościowo nie odbiegał od soundu braci występujących w zespołach takich jak Pantera czy Gojira. Cóż zrobić, trzeba żyć dalej. Dlaczego podjąłem decyzję o reaktywacji? Ponieważ Decapitated to wszystko, co mam. Stwierdziłem, że trzeba to kontynuować i dążyć do celów, które chcieliśmy osiągnąć z pierwszym składem. Jestem przekonany, że chłopaki byliby za mną i gdybym tego nie zrobił skopali by mi dupę.

Reaktywacja zespołu, szczególnie po tak dramatycznych, tragicznych wydarzeniach wymagała nie lada odwagi – czy pamiętasz, jaki moment był szczególnie trudny w tym procesie?

Samo podjęcie decyzji było najtrudniejsze, później znalezienie składu, który mógłby kontynuować to wszystko na podobnym poziomie. Ogólnie to cały proces był trudny i ciągle pracujemy nad tym wszystkim. Ten proces się jeszcze nie zakończył, chociaż od reaktywacji zrobiliśmy już tak wiele. Mamy za sobą jakieś 120 koncertów, nową płytę. Zdążyliśmy już zmienić agencję koncertową z Rock the Nation na Soundworks. Naprawdę dużo zrobiliśmy przez tamten rok. Mamy świetne crew i dobry klimat w zespole. Czujemy duży potencjał i dużą motywację.

Kiedy został zamknięty nowy skład zespołu, rozpoczęły się próby polegające na przyswojeniu materiału z nagranych płyt. To oczywiste. Chciałem się dowiedzieć, jak przebiegały prace nad nowymi kawałkami, czy czułeś wewnętrzne opory, czy wszystko przebiegało gładko?

Miałem plan, żeby najpierw zagrać 100 sztuk a później zabrać się za robienie numerów i nagrywanie płyty. Skład musiał się przecież dotrzeć. Musieliśmy znaleźć metodę na porozumienie się, jeśli chodzi o granie i tworzenie muzy. Miałem zupełnie mi obce osoby w zespole. Wiesz, bylem do tej pory przyzwyczajony do pracy z Witkiem i musiałem wszystko od nowa odbudować. Znaleźć jakiś dobry system pracy z nowymi ludźmi. Nad nowymi numerami pracowałem tylko z Kerimem. Jak wspomniałem wcześniej, dużą część materiału i pomysłów miałem jeszcze w głowie sprzed lat, bo zrobiliśmy dużo razem z Witkiem. W zasadzie prawie każdy numer na tej płycie jest zrodzony z pomysłów z 2006 i 2007 roku. Także na jakieś 3 miechy przed wejściem do studia zabraliśmy się z Kerimem tak na poważnie do komponowania i ogarniania tych patentów. Zainstalowaliśmy dyktafon Tascama  w najlepszym, możliwym miejscu sali i zaczęliśmy nagrywać sobie to wszystko. Pracowaliśmy bardzo intensywnie przez te 3 miesiące – mieliśmy skończone bębny i gitary rytmiczne czyli podstawę utworów. Solówki miałem naszkicowane a wokale zrobiliśmy w studio. W sumie proces tworzenia przebiegł dość gładko, ale to w dużej mierze dlatego, że sporo graliśmy i Kerim jest naprawdę bardzo uzdolnionym i ogarniętym kolesiem. Praca z nim to czysta przyjemność. Bardzo szybko łapie o co mi chodzi i fajnie aranżuje bębny.

Słuchając tego materiału mam wrażenie, że skupiliście się na kompozycji, wydobyciu riffu jako fundamentu, zamiast epatować technicznymi łamańcami. Muzyka jest poukładana i przejrzysta, co nie umniejsza jej wartości. Takie było założenie?

Nie miałem tak naprawdę żadnego założenia. Nigdy nie zakładałem sobie, jak muszą brzmieć moje numery. To nie do końca tak działa u mnie. Po prostu robię riffy i staram się, żeby brzmiały jak najlepiej. Jedynym założeniem było to, żeby te kawałki brzmiały później jak najlepiej na żywo, dlatego układałem te numery w większości na sali prób przy bardzo głośno odkręconych wzmacniaczach. Wiedziałem, że jeśli zrobię riffy w domu przy użyciu głośniczków o mocy 10 watt, to gówno z tego będzie. Tę muzykę gra się bardzo głośno i taka ona właśnie jest, dlatego robiłem ją w totalnym hałasie, żeby od razu sprawdzić, czy te riffy później obronią się w klubie albo na festiwalu. Poza tym to chyba idzie razem z wiekiem, że przestajesz myśleć lewą reką a zaczynasz bardziej prawą a tak w ogóle to zaczynasz myśleć głową (śmiech…). Więc skupiasz się bardziej na kompozycji niż na pojedynczych patentach i zadupcaniu palcami po gryfie, co w rezultacie nie ma dużego znaczenia. Nie znaczy to, że na tej płycie gramy cały czas „E”. To wszystko to naturalny rozwój i doświadczenie, nic innego. Wiele zespołów przed nami już tak miało…

Dla purystów ważną informacją jest też to, że nowy materiał jest absolutnie death metalowy. Nie ma wątpliwości, co do jego charakteru. Takie opowiedzenie się po tej stronie brzmi niemal jak zdecydowana deklaracja – czy chcieliście podkreślić związek ze sceną death metalową?

Tu chyba nie ma nic dziwnego, bo zawsze byliśmy zespołem death metalowym i pewnie nim pozostaniemy. Oczywiście, w naszej kapeli zawsze pojawiały się elementy nie związane z tym gatunkiem a zwłaszcza na nowej płycie. Ale tak czy inaczej, cały czas słychać, gdzie tkwią nasze korzenie. Wychowaliśmy się na death metalu, thrash metalu i Decapitated zawsze będzie w tym sosie zanurzony.

Warto zwrócić uwagę na warstwę tekstową płyty, przygotowaną przez Jarka Szubrychta. Skąd taki wybór i jakie jest przesłanie tej płyty?

Wybraliśmy Jarka z dwóch powodów: po pierwsze primo – pisze świetne teksty, po drugie, primo ultimo – nikt z zespołu nie potrafi pisać tekstów. Zawsze lubiłem jego styl i pomysły w Lux Occulta. To wszystko… Odnośnie przesłania – zapraszam do lektury tekstów. Generalnie teksty ukazują nasz gatunek w dość specyficzny sposób. Nie ma happy endu. Zwracają uwagę na negatywne rzeczy, które w nas siedzą i będą się działy już zawsze..

Równie niepokojący jest obrazek z okładki – co na jego temat możemy się dowiedzieć?

Jarek zaproponował mi to zdjęcie po tym jak napisał teksty. Uważam, że doskonale pasuje do zawartości tekstowej albumu i w sumie do muzy też. Autorem fotografii jest Lukasz Jaszak. Chcieliśmy mieć obraz, ale jakoś nie mogliśmy znaleźć człowieka, który by go namalował no i trochę nam jednak zabrakło czasu na tego typu realizację. Może następnym razem się uda… Ale w końcu pomysł z fotografią też nam się spodobał. Nie chcieliśmy robić grafiki komputerowej, interesowało nas coś bardziej „żywego” i szczerze powiedziawszy jesteśmy znudzeni plastikowymi okładkami, które są tak doskonale, że czasami robi się niedobrze.

Na płycie jest całe mnóstwo rozwiązań technicznych, które mogą bardzo się podobać. Mnie szczególnie do gustu przypadł patent polegający na nagraniu solówek na podkładzie samej sekcji. Odważne posunięcie, które spowodowało, że muzyka stała się moim zdaniem jeszcze bardziej przejmująca. Nie korciło, żeby nagrać w takich momentach gitary rytmiczne?

Co ty! Właśnie tak jest lepiej, bo nagle wchodzi solo i nie ma gitary pod spodem i to jest piękne, kolejne zróżnicowanie na płycie. Jak wchodzi solo bez podkładu, od razu robi się inny klimat, jest ciekawiej i co najważniejsze, Decapitated to jedno wiosło więc jak gramy te numery na koncertach to będzie wszystko tak, jak na płycie. Jeżeli solo się broni to naprawdę nie musi być tej gitary pod spodem. To nie takie znowu straszne i ryzykowne. Luzik…

To pytanie paść musi – jakie dostrzegasz różnice między nowym materiałem a płytą „Organic Hallucinosis”? Czy „Carnival…” to krok do przodu czy raczej kontynuacja tamtej płyty?

W sumie to nie wiem. Na pewno nie krok wstecz. Więc pewnie krok na przód… Ale czy kontynuacja? Nie wiem, naprawdę.. Różnice tkwią na pewno w tym, że płyta była nagrywana w innym studio z innymi ludźmi i przez to brzmi inaczej.  Na pewno „Carnival” bardziej przypomina „Organic” niż „Winds of Creation” albo „Negation”, ale jest też czymś innym. Chyba czymś bardziej odważnym niż kiedykolwiek zrobiłem i ma najlepszą produkcję jak do tej pory.

Carnival Is Forever jest płytą skończoną, zapiętą na ostatni guzik, a jednak bardzo zróżnicowaną. Słychać tu oczywiście fascynacje Meshuggah, jednak już warstwa kompozycyjna ma zupełnie inny charakter. Czy jakaś muzyka, zespoły czy płyty miały na Ciebie szczególny wpływ, kiedy komponowałeś utwory na ten album?

Chyba nie miałem jakichś szczególnie mocnych fascynacji konkretnymi zespołami. Ostatnio słuchałem dużo Alice In Chains, Down, Corossion of Conformity, Acid Drinkers plus Miles Davis, Leszka Możdżera i tego typu spokojnych klimatów. Ale w sumie codziennie słucham czegoś innego i nie zwracam uwagi specjalnie na gatunek. Ważne, żeby było coś dobrego. Lubie chłonąć muzę i odkrywać cały czas coś nowego. Klasyka zawsze była dla mnie dużą inspiracją. Ostatnio zwracam większą uwagę na całość kompozycji, produkcję i brzmienie, niż na poszczególne patenty, tak, jak kiedyś.

Od kiedy Decapitated powrócił do życia, intensywnie koncertuje. Gdzie w tej odsłonie zawitaliście i jakie masz wspomnienia z dotychczasowych wojaży?

Dotarliśmy w tym składzie do Anglii, Szkocji, Irlandii, Chorwacji, Niemiec, Austrii,Ukrainy, Danii, Włoch, Francji, Holandii, Hiszpanii, Portugalii, Grecji, Słowacji, Czech, Belgii, Szwajcarii, Australii, Nowej Zelandii, Stanów, Kanady  i do Indii. Wspomnienia są świetne, bo w sumie wszystkie te wyjazdy bardzo się udały. Zawitaliśmy do tych wszystkich krajów a tak naprawdę to dopiero się rozkręcamy. W tym roku mamy letnie festiwale, trasę po Bałkanach, Sanach i 30 gigów w Europie. W nowym roku szykuje się Skandynawia, Australia, Nowa Zelandia, Indonezja, Wyspy i prawdopodobnie Ameryka Południowa. Podejrzewam, że czekają nas jakieś 2 lata jeżdżenia, mam nadzieję, że damy radę a nasze wątroby przetrwają…

Nowa płyta kończy się najbardziej przejmującym kawałkiem „Silence”. I choć nie jestem fanem akustycznych utworów, to w tym przypadku ściska mnie za gardło. I za każdym razem słyszę w tych dźwiękach Twoje pożegnanie z bratem… Dotarłem do sedna?

Nie robiłem tego kawałka pod kątem pożegnania z Bratem… Po prostu grałem sobie na gicie i wyszedł mi taki klimat. Po wypadku nie bylem zbyt wesoły i dlatego te dźwięki takie są… Jakie życie, taki rap…

Decapitated złapał wiatr w żagle i prze do przodu z potworną siłą. Kiedy patrzysz na rozwój wydarzeń, nie masz gdzieś w tyle głowy takiej blokady, odnoszącej się do nieprzewidywalności naszego życia i losów, czy raczej nie myślisz o tym i starasz się mocno trzymać obranego kursu?

Zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że nasze życie może zmienić się totalnie w każdej chwili, że chwila i często przypadek decyduje o naszym losie. Dlatego staram się nad tym nie zastanawiać i koncentruję się najbardziej na kapeli. Jeśli nie ten zespół, to w sumie nie wiem, co bym robił… Decapitated daje mi siły i motywuje do działania. Zamierzam trzymać się kursu i napierać ile sił z nowym składem. Chcę zobaczyć, na ile nas stać i ile możemy osiągnąć. Jak na razie mamy wiatr w żaglach, dajemy całą naprzód i dobrze nam z tym. Jesteśmy totalnie zmotywowani i zdeterminowani. Skład ma świadomość tego, co się dzieje i każdy daje 1000 procent z siebie na próbach i na scenie. Jestem wdzięczny losowi, że mam możliwość grania swojej muzyki przed ludźmi na całym świecie i nie zamierzam tego spierdolić.

Jakie są plany na przyszłość? Co będzie Twoim następnym krokiem?

Gramy próby i robimy nowego seta(w końcu!!). Przygotowujemy się do nadchodzących tras. Przed nami dużo grania i nie mogę się już doczekać. Koncerty koncerty koncerty…

Dziękuję za rozmowę…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia Łukasz Jaszak

www.adrian.org.pl

www.wakeupcovan.com