DEAD MAN’S CHEST – Ciężka praca, potem przyjaźń

6 czerwca 2006 roku był dniem szczególnym. Wskazując na kalendarz z trypletem szóstek, niezawodna posłanka Sobecka ostrzegała przed „osobami ubranymi na czarno, z tatuażami i kolczykami”, gdyż mogą one knuć jakieś niecne uczynki ku chwale Rogatego. Najwidoczniej coś było na rzeczy, bo w tym samym czasie w Londynie zawiązało się Dead Man’s Chest, polsko-brytyjskie kommando, które od tamtej pory zapodaje hardcore’owego buta ze zgoła szatańskim wierzgnięciem. Właśnie ukazał się nowy, drugi long Skrzynki Umarlaka, Violent Days. Na tę okoliczność ucięliśmy sobie pogawędkę z perkusistą Andym Edge i gitarzystą Kayetanem Matysiakiem.

„Hardcore, siłownia i Straight Edge” – tak podsumował kiedyś Dead Man’s Chest nasz wspólny znajomy, Bartek Rogalewicz. Coś się zmieniło pod względem aktualności tej wizytówki?

Dwie pierwsze rzeczy są jak najbardziej aktualne, ale niestety, nie jesteśmy już zespołem Straight Edge. I nie mam na myśli faktu, że któryś z nas się połamał. Po prostu ciągła rotacja członków sprawiła, że nie mogliśmy wybrzydzać na etapie „rekrutacji”. Zresztą Straight Edge – jak i każda inna ideologia – jest indywidualną sprawą każdego z nas i staramy się z tym nie obnosić.

„Violent Days” trafiło dopiero co do sprzedaży. Patrząc po przedpremierowym zainteresowaniu płytą, można powiedzieć, że udało wamdmc1-2 się zasiać nią spory ferment.

Jak najbardziej! Jesteśmy bardzo dumni z tego krążka. W końcu udało nam się umieścić wszystkie elementy, jakie powinny być w DMC od samego początku. Chodzi o połączenie metalu z hardcore – solówki, szybkie riffy tremolo i ciężka punkowa perkusja. „Violent Days” udowadnia, że nie jest albumem, który zginie w czeluściach typowego HC, podążającego za tekstami „family & friends” i riffami według utartego schematu.

To fakt, wciąż stawiacie na różnorodność. Jest ciężkie Clevo HC, motoryczny crossover, elementy beatdownu czy old schoola… Hardcore nie uznaje ograniczeń?

Uznaje. My natomiast nie uznajemy żadnych ograniczeń. Muzycznie i artystycznie jest właśnie to, co było w latach 90. Na „Violent Days” przełamaliśmy parę schematów i jesteśmy z tego bardzo dumni. Ba, na następnym albumie będzie jeszcze bardziej różnorodnie!

Podobnie rzecz ma się z doborem gości. Waszą tradycją staje się już zapraszanie wokalistów z bardzo różnych składów. To wyraz scenowego unity, dalsza potrzeba urozmaicenia muzyki czy kwestia zwyczajnego kumplostwa?

Zdecydowanie jest to po to, by urozmaicić naszą muzykę. Kumplostwo swoją drogą, jak również ogromny szacunek do ludzi, którzy pojawiają się gościnnie tu i tam w naszych utworach. Dużo przyjemniej słucha się albumu, gdy jest on w ten sposób urozmaicony.

Swój featuring zaliczyć miał także Jody Taylor ze Strain. Tym bardziej chyba wieść o jego śmierci musiała spaść na was jak grom z jasnego nieba?

Osobiście, był to dla nas wielki szok. Kilka godzin przed śmiercią Jody’ego, rozmawialiśmy jak to ma wyglądać. Wysłaliśmy mu utwór i tekst, a nazajutrz otrzymaliśmy wiadomość od Jasona z zespołu Burden, że Jody odszedł…

Ciężka praca, potem przyjaźń

Ciężka praca, potem przyjaźń

Album powstał z nowym wokalistą. Jeśli liczyć Wróbla z 1125, który nagrywał EP-kę „The First and the Fallen”, to już trzeci krzykacz DMC. Zmiana przy mikrofonie jest chyba najtrudniejszą dla zespołu, jeśli pragnie się zachować pewną ciągłość w kolejnych nagraniach?

Niekoniecznie. Nasi poprzednicy nie zostawili w Dead Man’s Chest nic, co wpłynęłoby pozytywnie na zespół. „Violent Days” jest jednak nowym rozdziałem w naszej historii, a poprzednie albumy są tylko epizodami, które nie do końca spełniły nasze oczekiwania. Ten album ma przekonać słuchacza, że to właśnie jest nasz styl, który będziemy ulepszać na następnych krążkach.

Przez dwa lata poszukiwaliście gitarzysty, ponieważ nikt nie potrafił zrozumieć waszej wizji muzyki. Z czego przede wszystkim wynikało to niezrozumienie?

Każdy z nas ma duży bagaż doświadczeń grania w zespole. Wiemy, co chcemy osiągnąć i tego samego wymagamy od każdego, kto chce do nas dołączyć. Niestety, na tym etapie nie ma taryfy ulgowej. Wskakujesz do naszej ekipy, musisz się stosować do naszych reguł – w przeciwnym wypadku to nie zadziała i już na wstępie w zespole będą ścięcia. W wielu przypadkach ludzie  – kompletnie nie obracający się w środowisku metal / hardcore – próbowali drastycznie zmienić nasz styl lub po prostu się stawiali. Takie osoby po dwóch próbach odchodziły i zaczynały rozsiewać plotki, jacy to my źli i niedobrzy jesteśmy. W tym zespole nie stawiamy przyjaźni na pierwszym miejscu. Najpierw jest ciężka praca, mająca przynosić zamierzone efekty.

Ze swoim stylem grania powinniście odnajdować się z powodzeniem w towarzystwie różnych gatunkowo zespołów. Gracie przede wszystkim na scenowych imprezach czy też nie mielibyście problemów z występem na imprezie obstawionej przez thrasherów albo – dajmy na to – nowomodnych metalcore’owców?

Violent Days

Violent Days

Do tej pory graliśmy głównie w środowisku stricte hardcore’owym, ale mamy nadzieję, że w przyszłym roku będzie szansa, by pokazać naszą muzykę innej publice. Dead Man’s Chest miesza style i nie ma problemu z zaprezentowaniem się dla ludzi słuchających thrash metalu czy metalcore’a. Jesteśmy otwarci, tak samo jak nasza muzyka jest otwarta na różne wpływy.

Tekstowo zawsze dalecy byliście od optymistycznego, budującego przekazu. Czy „negative mental attitude” towarzyszy wam na co dzień?

Każdy z nas podchodzi do życia w bardziej „negatywno-obiektywny” sposób. Nie robimy dobrej miny do złej gry. Jesteśmy już zmęczeni informacjami z telewizji i radia o tym, jak bardzo jest źle, a będzie jeszcze gorzej. Musimy się z tym niestety pogodzić. Uważam, że nasze podejście jest realne. W końcu nie chcemy, by nam zamydlano oczy kłamstwem.

Co sądzicie o niedawnych „aferach” na scenie hardcore? Niewiele wystarczy dziś, aby zostać uznanym za rasistą (casus Gorilla Biscuits) albo fundamentalistą pro-life (Earth Crisis).

Jak wspomniałem wcześniej, w DMC wszelkie przekonania, czy to polityczne czy religijne, trzymamy tylko dla siebie. W naszej muzyce nie ma miejsca na takie rzeczy. Chcemy, by słuchacz „delektował się” naszą muzyką, a nie zastanawiał czy któryś z nas jest rasistą, ksenofobem itp. Po co? Lepiej nie mieć problemów, jakie mają ww. zespoły. Za czasów albumu „Hateline” pojawiały się rożne plotki na nasz temat. Z czasem jednak te pomówienia odeszły w niepamięć. To jest przeszłość, nie warto się w nią zagłębiać.

Mam wrażenie, że jako zespół wyznajecie swoisty etos ciężkiej pracy i konsekwencji, który nie zawsze jest normą w polskich warunkach. Czy to kwestia naturalnego nastawienia czy może jest to związane z faktem, że w UK zapewne łatwiej jest funkcjonować w zespole?

Mamy we krwi ciężką pracę i dążenie do celu. Chyba najlepszym na to dowodem jest postawa Martina, który nie mieszka w Wielkiej Brytanii, a w Czechach. Wyobrażasz sobie ile czasu musi poświęcić, by zagrać z nami próbę?! Nasi poprzedni wokaliści, którzy nie mieszkali daleko od naszej salki prób, mieli problem z dojazdem, a Martin pojawia się średnio co dwa tygodnie. To jest dopiero zaangażowanie!dmc3

Dead Man’s Chest działa od dziesięciu lat, wyzbyte ciśnienia na wielką karierę i lukratywny kontrakt z Nuclear Blast. Jak wiele samozaparcia wymaga utrzymanie zespołu przez dekadę, zwłaszcza w obliczu problemów ze składem?

Tak naprawdę wystarczy tylko chcieć. Ciężko pracowałem na ten zespół, dzięki Kajetanowi wszystko jest tak, jak być powinno. Wokalista Martin i basista Calvin dodali swoje trzy grosze. Wszystko jest super! Robimy swoje, ale kosztuje to nas wiele wyrzeczeń, czasu i ogromnej odpowiedzialności. Są jednak momenty w naszej karierze, dla których z przyjemnością można powiedzieć: Warto! Kochamy ten band!

Zakładam, że śledzicie nadal polską scenę. Wasi aktualni faworyci?

Jak najbardziej, wciąż śledzimy polską scenę i jest ona na chwilę obecną bardzo mocna. Nie chciałbym nikogo wyróżniać, ale powiem, że moimi prywatnymi faworytami są kapele niekoniecznie związane ze sceną hardcore.

„Violent Days” ukazało się w trzydziestą rocznicę premiery wiadomej płyty Slayera. „Reign in Blood” to wasz faworyt w dorobku Kinga i spółki czy wyznajecie prymat którejś z pozostałych ich produkcji?

Chyba wszyscy w zespole zgodzimy się, że „Reign in Blood” jest biblią dla Dead Man’s Chest. Każdy album Slayer ma jednak w sobie coś unikalnego. Osobiście uwielbiam „Show No Mercy” za melodie, solówki i ogromną inspirację Venom – po prostu świetna płyta!

Rozmawiał Sebastian Rerak

Zdjęcia: archiwum zespołu/Peter Csongedi