CUBA DE ZOO – Lekkie pomysły

Było zimno i niebiesko na Truciźnie, jest gorąco na czerwonym albumie Ciałokształt. Najnowsza płyta Cuba De Zoo to finał dużych zmian, jakie zaliczyło trio. Okazuje się, że jednak swoboda i zdrowo rozumiana niezależność wygrywa. Rezygnacja z usług dużej wytwórni to odwaga i ryzyko jednocześnie; można mieć różne zdania na temat tak radykalnych ruchów, jednak przykład ekipy Kuby Podolskiego utwierdza mnie w przekonaniu, że warto. Zaproszeń na koncerty nie brakuje, zespół całkiem nieźle funkcjonuje w przestrzeni biznesowej, supportuje Luxtorpedę i wreszcie wydaje nową, bardzo udaną płytę. Niby nic nowego, niby zwykły, rockowy krążek, ale skomponowany i zagrany z rozmachem i dbałością o detale, dzięki którym nie można się nudzić. Rock ma się dobrze; o karierze, ryzykownych wyborach i kilku bardzo osobistych przeżyciach rozmawiamy z szefem Cuby – Kubą…

Startujemy z wysokiego C. Wasza historia przypomina mi trochę opcję „out of korpo”. Czyli zmęczony korporacja pracownik rzuca pracę i kupuje domek pod lasem. Wy też mieliście Truciznę, kontrakt z dużą wytwórnią a potem nagle wszystko się zmieniło – koniec kontraktu, cisza a potem płyta wydana własnym staraniem. Parafrazując ten wcześniejszy obrazek  – jak się mieszka w domku pod lasem?

Ciałokształt

Ciałokształt

Mieszka się bardzo dobrze; tak na marginesie mieszkam z ładnie widokiem na wsi. Kontrakt z naszą wytwórnią mieliśmy na cztery albumy, jednak po dwóch płytach zdecydowaliśmy, że go przerwiemy. Dziś robimy wszystko sami. Sami nagraliśmy, sami wydaliśmy i sami sprzedajemy – dzięki temu mamy o wiele bliższy kontakt z ludźmi na czym tak naprawdę najbardziej nam zależy.

Podrążę jednak temat – co jest nie tak w „korpo”, czyli dużej wytwórni? Co nie zatrybiło? Jakie przestrogi w tym temacie dla młodych gniewnych?

Wiesz co, płacisz duże frycowe o czym, jak się okazuje, wiedzą wszyscy, ale każdy przymyka na to oko. My po drugiej płycie zrobiliśmy bilans zysków i strat, wcale nie w kontekście finansowym i okazało się, że najważniejsza jest relacja ze słuchaczem a ją właśnie wypracowaliśmy zupełnie sami dzięki naszym piosenkom i licznym koncertom. Potężnym wsparciem była i jest też dla nas radiowa Trójka co jak się okazuje jest większą pomocą niż jakikolwiek kontrakt.

To jedna strona medalu. Z drugiej – duża wytwórnia cały czas otwiera wiele drzwi do tzw większej kariery. Dostęp do programów tele, tzw. wejście na salony. Obserwuję niektóre kariery i trzeba przyznać, że w niektórych przypadkach taki układ się sprawdza. Zakładacie kiedyś powrót na łono dużej, korporacyjnej firmy płytowej, czy macie dość w pełnym wymiarze?

To nie tyle wytwórnia otwiera drzwi w inne przestrzenie ile kontakty z konkretnymi ludźmi. Nasz wydawca skoncentrował się na sprzedaży płyt nie pomagając nam w żaden sposób, o którym mówisz, czyli de facto nic nie straciliśmy, zyskaliśmy natomiast to, że w relacji między nami a naszymi słuchaczami nie ma pośredników. Jest zatem szansa, że może chociaż po raz pierwszy zbilansują się nam nasze nakłady na nagranie i wydanie płyty. Odnośnie firm płytowych nic nie planujemy, po prostu jesteśmy bogatsi o nowe doświadczenie i w przyszłości będziemy inaczej do tej sprawy podchodzić. Nie mamy rad dla nikogo. Nie żałujemy historii – ona jest dobra.

Kończąc temat – który moment był przełomowy. Znowu nawiążę do mojej analogii – kiedy wstaliście zza biurka, zrzuciliście marynarkę i wyszliście z biura, mówiąc: „pieprzyć to!„?

Jeśli pytasz o pierwsze spostrzeżenia to już po wydaniu debiutu czuliśmy, że wydawcy różnie traktują swoich podopiecznych, jednak finalną decyzję podjęliśmy tuż przed wydaniem trzeciej płyty.

Właśnie – czy było to jakieś konkretne wydarzenie? Jakaś sytuacja, która przelała czarę goryczy? Tak, wiem, szukam sensacji…

Namawiasz mnie do jatki a ja wolę nie pamiętać złego (śmiech)…

Jatka jest potrzebna, żeby osiągnąć konsensus. Cały czas mam wrażenie, że wszystkie zespoły, które biorą rozbrat z molochami, podpisują jakieś cyrografy zobowiązujące ich do milczenia. Nie chodzi o nazwiska i daty, bardziej o sprawę. Fakt, oderwany od kontekstu. Co to było? Rozmowa? Jakiś pomysł nie do zaakceptowania?

Podpisaliśmy rozwiązanie kontraktu niezobowiązujące nas do niczego. Po prostu różnimy się w ocenie… Wytwórnia uważa, że zrobiła dla nas dużo, my natomiast uważamy, że nie zrobili kompletnie niczego, nie było rozmowy…CDZ - foto Wojtek Zillmann

Ok, pozostaje jeszcze dość długi czas pomiędzy Trucizną a nową płytą. Trzy lata to kupa czasu i bez złośliwości, raczej było o was dość cicho w mediach. Co się działo? Leczenie ran? Organizacja frontu?

Raczej to drugie.  De facto, 2,5 roku jest pomiędzy 2 i 3 płytą. Zajęliśmy się sobą, podjęliśmy decyzję, żeby docierać do słuchaczy poprzez koncerty co jest najprawdziwsze.  Zagraliśmy w tym czasie do dnia premiery „Ciałokształtu” dokładnie 93 koncerty, a to naprawdę sporo zważywszy, że nagraliśmy w tym czasie nowy album, spędzając setki godzin w studio. Jak się okazuje – nie wszyscy jesteśmy ofiarami mediów; nie ma Cię – znaczy, że pewnie albo już nie żyjesz, albo zdarzy się to za chwilę. My natomiast mieliśmy najintensywniejszy okres w naszej działalności. Wiedzą o tym Ci, którzy bywali na tych koncertach, znamy ich. Niektórzy w samym tylko 2015 byli na 19 naszych sztukach i tak samo jak i my nie mogli się doczekać nowej płyty, którą z dużych fragmentach znali na żywo… A tak szczerze 2,5 roku to długo? Jesteś dość niecierpliwy w czekaniu na naszą muzykę… Potraktuję to jako komplement.

Masz rację – to po prostu przesunięcie z frontu medialnego na fizyczny kontakt z widzem/słuchaczem. Ale z drugiej strony czy ów „brak medialny” nie powoduje, że nadal jesteście zmuszeni grać tzw. „małe klubowe sztuki”? Zdarzyły się w tym czasie jakieś, hmmm, spektakularne wydarzenia/koncerty itp?

Gramy jako najgorszy support na świecie trasę przed Luxtorpedą i jesteśmy znienawidzeni przez wiele zespołów, które również chciałby przed niemi zagrać – ale jak na razie nie ma szans. Dotychczas było to około 15 a na jesieni będzie jeszcze 20 koncertów.

Jak doszło do przyjaźni z luxtorpedowcami?

Znam się z Litzą z kilkanaście lat – poznałem go po koncercie KNŻ na juwenaliach w Olsztynie. Mieliśmy w tym czasie okresy lepsze i gorsze, łącznie z kosą na całego. Zakopaliśmy jednak topór wojenny. Gdy przeszliśmy na własny rozrachunek, kontakt się naturalnie odkurzył, może na początku z lekka nieufnie – ale teraz jest braterka na całego.

Druga płyta „Trucizna” była dosadna i zakreśliła krąg waszych zainteresowań, dlatego ciekawy jestem, jak zaczęły się prace nad nowym materiałem? W waszym przypadku jest to spontan, jakieś określanie kierunku poszukiwań? Impuls?

Trucizna to był jam na próbach zagrany i nagrany w 100% na setkę. „Ciałokształt” – to lekkie pomysły, które wzięły się ze swobodnego muzykowania, ale tym razem wzięliśmy sprawę nagrań mocno w swoje łapy. Naszym zdaniem – pierwsza naprawdę wyprodukowana rzecz – w dobrym tego słowa znaczeniu.

Ciałokształt jest bardzo mocno doszlifowany/zapięty na ostatni guzik – czy to wynik tzw. ciśnienia? Na zasadzie – „jesteśmy skazani na siebie to musimy maksymalnie się ogarnąć i pilnować„?

To wynik naszej coraz większej zajebistości, oraz tego, że po kilku latach grania wiemy czego chcemy od siebie nawzajem (śmiech).

O, czuję nutkę arogancji!

Raczej dystansu… wiesz, po tylu latach grania – nauka pokory jest w czołówce moich doświadczeń i przychodzi jako bolesna lekcja. Jeśli doszlifowywanie albumów byłoby wadą, Pink Floyd raczej nie byliby szanowani. Absolutnie nie stawiam się obok nich – ale to kwestia tego czego oczekujesz od siebie. My szukamy naszego limitu na różne sposoby; to jeden z nich.

Byli tacy co nosili koszulki z napisem „Nienawidzę Pink Floyd„. Jaką koszulkę ty byś założył?

Jedyną koszulką ze słowem nienawidzę, którą kiedyś chciałem mieć, miała być taka z cytatem z Kurta Cobaina „I hate myself and i want to die” – miał to być tytuł zdaje się trzeciej płyty Nirvany… De facto, nie ma dla mnie znaczenia czy muzyka jest doszlifowana czy nie, musi mi się jej dobrze słuchać. Stąd tak samo chętnie słucham zaprojektowanego perfekcyjnie Dead Can Dance jak i jedynki RATM nagranej na setkę.

Podoba mi się okładka płyty i ten tytuł – jest w tym taka fajna, wciągająca fizyczność. Bawicie się w odkrywanie niuansów w stosunkach damsko – męskich XXI wieku? Jest w tym coś z klimatu, który na swojej ostatniej płycie przemycał Psychocukier, z tym, że wy jesteście bardziej, hmmm, subtelniejsi.

Jak dopiero jakieś dwa lata temu zdałem sobie sprawę, że jako autor kompletnie ignorowałem słuchaczy – kobiety. Stając przed tym odkryciem, zamyśliliśmy aby zrobić może nie koncept, ale przynajmniej tematyczny album. Spięty z Lao Che robi w sumie dość interesująco tego typu wycieczki, co mnie onieśmieliło.

Lekkie pomysły

Lekkie pomysły

Ale jest w tym trochę pieprzu. Ktoś się dopatrzy węża na okładce i afera gotowa. Czyli jednak kobiety są…. trucizną w pewnym sensie…

Pieprz jak najbardziej, to jeden z podstawowych  motorów tej relacji.  A co do trucizny;  jestem świadomy, że oprócz słodyczy jaką bywa kobieta, może być inaczej – cytując Sartre’a: „Piekło to drugi człowiek„. W mojej opinii trucizna jest idealnym opisem tego stanu. A co się tyczy okładki, afera była – pewne osoby odpowiedzialne za media przez pewien czas uznawały tę okładkę za kontrowersyjną i prowokacyjną, co miało jakoby nie iść w zgodzie z linią programową tychże mediów.

I o to chodzi. Dzisiaj najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić zespołowi to mdły klimat. W zasadzie uważam, że tych kontrowersji jest zbyt mało. Taka jest prawda. Wpadliśmy w wir zaklętej poprawności politycznej. Chcemy być ok, nikomu nie przeszkadzać. I w takim wydaniu odchodzimy do lamusa… Dlatego macie szansę tu i ówdzie zwrócić na siebie uwagę…

Jak sam zauważyłeś, ta kontrowersja jest wyrafinowana – a dzisiaj jest raczej potrzebna w stylu „kawa na ławę i cycki na stół” aby zwrócić uwagę. Poprawność polityczna to oczywiście rak toczący kulturę zachodnią, ale trzeba również dodać gigantyczny natłok i lejący się strumień nowości w świecie mediów, których nie nadążamy filtrować z płynącego w nim gówna. Home recording jest zarówno pożyteczny jak i niebezpieczny – jak pisał Lem: „Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów„.

Czy w tym kontekście „Ciałokształt” ma możliwość przebić się i mieć swoje pięć minut? Jest na to szansa i jak jej pomóc? Macie pomysł?

Olaliśmy wytwórnię, pośredników, dystrybucję. Nasz pomysł to grać, tylko dla naszych słuchaczy. Chcemy mieć szczery i bezpośredni kontakt z nimi. Bo napompowane medialnie akcje kończą się w momencie gdy te same media cię wypluwają biorąc do ust kolejny kąsek. Ile dziś trwa szum wokół płyty? Tyle ile masz cierpliwość przewijać walla na FB… Rozmawiałem niedawno z Piotrkiem Stelmachem i powiedziałem mu, że współczuje mu nieco. Natłok gigantyczny, młodzi walą drzwiami i oknami, starzy pomrukują – ciężko zakwestionować często czy aby nie fałszują a tu jeszcze trochę życia prywatnego i doba, która nie jest z gumy.

Problem z „Ciałokształtem” jest taki, że ta muzyka dojrzewa. Ja dopiero po którymś seansie się z nią zakumplowałem. Wychodzą z niej jakieś niuanse, brzmienia i pomysły. Pobieżne przesłuchanie nic nie da, a przecież dzisiaj w szyscy słuchają pobieżnie…

Ja nie słucham pobieżnie – do mojej biblioteki płyt dołączam max jedną w miesiącu – a wtedy jadę po kilkanaście razy (śmiech).

Ale jest nadzieja – „Historia z ognia”, która do radia się nadaje… Premedytacja?

Nadaje się? Nie powojowała zbytnio jak się okazuje nawet u wytrawnego słuchacza. To jest prawdziwa historia jaką przeżyliśmy z moją żoną – mieliśmy bardzo trudne i bolesne doświadczenia, w których nie było nawet cienia światła. Straciliśmy w wyniku poronienia dwoje dzieci, ale później z większej perspektywy dostrzegliśmy, że historia ta po coś była, bym nabrał szacunku do spraw, których nawet nie dostrzegałem. W tekście zaś starałem się pisać bardziej uniwersalnie – tak aby mógł się w nim odnaleźć każdy. Nie chciałbym i nie czuję potrzeby być 100% bohaterem lirycznym swoich tekstów. Ważna jest dla mnie autonomiczność słuchaczy, którą bardzo szanuję. „Historia z ognia” to numer o problemie – bo każdy jakiś ma – nie definiuję jak ktoś ma się wobec niego zachować lub co ma nim być. Natomiast perspektywa czasu zawsze robi swoje. Czyniąc historię długą – krótką: do wesela się zagoi.CDZ - foto Marcin Juszczak

Poważna sprawa… Ale tu mi się nasuwa ciekawe pytanie – czy przez takie deklaracje, udział Maleo, trasę z Luxami nie masz wrażenia, że zaczniecie być postrzegani jako reprezentant „tej” sceny?

W Polsce scen już dawno nie ma. Żadnych, czego dowodem jest Męskie Granie – esencja fresz misz masz. Dla Darka piszę teksty od ponad 10 lat – jego udział jest naturalny. Graliśmy supporty przed Happysad, Myslovitz, Dezerterem, Triggerfinger, teraz gramy trochę z Luxami. Najbardziej cenię sobie szczerość wypowiedzi. Nie wiem i nie obchodzi do jakiej przypisze mnie to grupy ludzi. Podobno szczera była Maria Czubaszek. Szanuję to.

Czy podobieństwo utworu „Kat” do klimatów G. Wolf Wojtka Garwolińskiego to przypadek czy tylko moje złudzenia?

Nie znam człowieka, jeśli jednak słuchamy – On i my – podobnej muzyki – to nie przypadek…

Skąd pomysł na te ludowe wtręty – „Laboratorium Pieśni” itp. Zaskakujący pomysł w kontekście Waszej muzyki...

Przemo, nasz bębniarz, grał kiedyś w folkowym zespole Shannon, zarazili go tam (śmiech).

Myślę, że chyba każdy, kto chciał się skusić już został połechtany. Pozostaje pytanie – co dalej? Gdzie będzie można was zobaczyć, usłyszeć i co jeszcze szykujecie?

Latem gramy w kilku miastach – wszystko na naszej stronie i profilu FB, późną jesienią srogi cios z Luxami w zasadzie w całym kraju. Tak więc 2016 raczej domknięty planistycznie. Zaczynamy myśleć o 2017 koncertowo i chyba studyjnie…

I na sam koniec ostatnie słowo zostawiam tobie, wolne wnioski itp….

Nie pytany, nie mówię – tak z Kazika jakoś mi się wyrwało (śmiech).

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Łukasz Pepol/Marcin Juszczak (live)/Wojtek Zillmann (ściana)