CRYPTOPSY – powrót unikalnej chemii

W  Kanadzie, szczególnie w Monteralu, mamy całą masę utalentowanych zespołów. Może coś jest w wodzie, którą pijemy?” – zastanawia się Flo Mounier, perkusista i wokalista kanadyjskiego Cryptopsy. Powód do takich dywagacji jest całkiem przyziemny – nowa, kolejna w dorobku płyta „Cryptopsy”. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że ostatnim krążkiem „The Unspoken King” zespół narobił sobie raczej wrogów, najnowsze dzieło jest znaczącym wydarzeniem. Czyli w zasadzie powrotem do korzeni. Rasowym, technicznym, szaleńczym, death metalowym wymiataniem na poziomie jak zwykle dostępnym nielicznym. Moja przygoda z zespołem rozpoczęła się od płyty „Whisper Supremacy” a swoje apogeum miała na poziomie „Once Was Not”, dlatego z ulgą przyjąłem fakt, że grupa, na czele z powracającym po kilku latach absencji gitarzystą Jonem Levasseur, znowu jest na dobrym kursie. O zawirowaniach w zespole i powrocie na dobrze znaną ścieżkę rozmawiałem z perkusistą i wokalistą formacji.

 

Jak samopoczucie po nagraniu nowej płyty? Coś w stylu – „ufff, wreszcie wróciliśmy jako stare, dobre Cryptopsy…”?

Ha, ha… raczej nie, to bardziej coś w rodzaju ulgi, że kolejny album został napisany i nagrany. Spełnienie. Jedyna różnica była taka, że miałem znowu starego partnera do komponowania muzyki, bo, jak wiesz, wrócił Jon. A to dla mnie zawsze było wyzwaniem. A jednocześnie bardzo radosny czas, coś w stylu – wreszcie znowu razem…

Pierwsze zaskoczenie to brak wytwórni – co się stało, że tym razem sami wszystko trzymacie we własnych łapach?

Po prostu nie chcieliśmy tym razem pieczy wytwórni, bo momentami było z tym więcej kłopotu niż pożytku. Przyznam, że musieliśmy ostro powalczyć, żeby rozwiązać kontrakt z Century Media i czuliśmy, że wreszcie nadszedł czas, by wszystko zrobić na własną rękę.

Cryptopsy” to „duża” wycieczka do przeszłości – czy możemy uznać nową płytę za odpowiedź na poprzednie dzieło „The Unspoken King”? Czy można „Cryptopsy” porównać do jakiegoś innego albumu z przeszłości?

Dla  mnie to mieszanina elementów z wszystkich naszych płyt, ale to chyba normalne – napisaliśmy razem z Jonem większość muzyki, więc ludzie na pewno usłyszą sporo elementów, charakterystycznych dla naszego stylu. Np. „The Unspoken King” był napisany bez Jona, więc trudno dziwić się, że brzmi nieco inaczej…

Wspomniałeś już kilka razy o „The Unspoken King” – albumie, który wywołał raczej dość mieszane reakcje. Co sądzisz o nim dzisiaj, po nagraniu „Cryptopsy”? Szczególnie jeśli chodzi o te nieszczęsne, czyste wokale…

Cóż, niektóre elementy z „TUK” bez problemu wychwycisz na nowej płycie, takie jak np. miejsca bardziej przestrzenne, dzięki którym muzyka oddycha. Przecież nawet  w kontekście nowej płyty, na „TUK” była cała masa bardzo brutalnego grania, które nie ustępowało wczesnym nagraniom Cryptopsy. Niestety, co mnie nieco denerwuje, z jakiegoś powodu ludzie mówią tylko o tych czystych wokalach, które stanowią jakieś 5% tego materiału. To był dla nas pewien eksperyment, który w tamtym okresie chodził nam po głowach i który zrealizowaliśmy. Teraz Matt nie korzysta z takich środków wyrazu, skupiając się na growlach, więc już nikt nie będzie narzekał.

powrót unikalnej chemii

powrót unikalnej chemii

Rozumiem zatem, że tytuł płyty jest w pewnym sensie symbolem, deklaracją ideową – na zasadzie, 100% Cryptopsy w Cryptopsy?

Mija już 20 lat, odkąd jesteśmy razem jako zespół, mimo zmian składu, cały czas żyjemy muzyką. Dlatego chłopaki zaproponowali taki tytuł, żeby podkreślić, że nadal jesteśmy i pozostajemy sobą. Myślę, że to dobry moment, by tak zatytułować płytę. To nie deklaracja a raczej potwierdzenie naszego status quo…

Do zespołu, o czym już wspomniałeś, powrócił oryginalny gitarzysta, jeden twórców brzmienia Cryptopsy – Jon Levasseur – czym była podyktowana jego decyzja i jaki miał wpływ na ten materiał?

Zadzwoniłem do niego pod koniec 2010 roku i zostawiłem mu info na poczcie głosowej, to było w czasie, kiedy Jon znowu zaczął chwytać gitarę do ręki, po kilku latach rozbratu z instrumentem. Oddzwonił jakieś trzy miesiące później i rozmawialiśmy długo o tym, że fajnie byłoby po prostu znowu sobie pojammować i dobrze się bawić muzyką. Spotkaliśmy się faktycznie niedługo po tej rozmowie i trochę pograliśmy, głównie stare kawałki Cryptopsy.  Okazało się, że było to fajne doświadczenie, zobaczyliśmy jak bardzo brakowało nam wspólnego grania. Jon zagrał mi także swoje dwie nowe, prawie gotowe piosenki, które były znakomite – wtedy stało się już oczywiste, że robimy nowy album – znowu razem. Znowu powróciła ta unikalna chemia, jaka panowała między nami w najlepszych latach działalności Cryptopsy. Nie muszę więc chyba dodawać, że jego wpływ na nową płytę był oczywisty…

Flo i jego maszyneria

Flo i jego maszyneria

Jak wyglądały prace nad płytą – w momencie, kiedy wszystko już ruszyło pełną parą – tylko radocha, czy jakieś problemy też się pojawiły. Nie było docierania?

Nie było problemów – po prostu pisaliśmy i graliśmy muzykę taką, jaką czuliśmy i jaka była najlepsza dla Cryptopsy. Niektóre piosenki napisaliśmy błyskawicznie, w kilku trzeba było nieco dłużej podłubać, normalka. Najważniejsze było to, że kiedy dany kawałek jest już gotowy, trzeba go grać w kółko, tak, by wychwycić ewentualne słabsze miejsca, coś dodać, coś zmienić, aż do momentu, kiedy wszystko chodziło jak w zegarku. Reszta zespołu też miała wkład w płytę – Chris przyniósł kawałek i kilka luźnych riffów, także Youri Raymond (aktualnie nie ma go już w zespole…) dostarczył kilka dobrych dźwięków. W zasadzie proces tworzenia materiału był całkiem podobny do okresów, kiedy pracowaliśmy nad poprzednimi krążkami.

W recenzji nowej płyty napisałem, że ta muzyka jest powrotem do korzeni Cryptopsy – zgodzisz się z takim opisem?

W zasadzie tak – ludzie muszą zrozumieć, że my wróciliśmy przede wszystkim do naszego teamu kompozytorskiego i może w takim wymiarze jest to powrót do korzeni. Choć podkreślam, że na tej płycie znalazło się kilka elementów w aranżacjach, z jakich w przeszłości jeszcze nie korzystaliśmy.

Jak Matt poradził sobie z dopasowaniem tekstów do Waszej muzyki – udało się stworzyć coś intrygującego  w przekazie?

Matt chciał tym razem stworzyć coś w rodzaju konceptu tekstowego, opartego na prawdziwych zdarzeniach, które miały miejsce u nas w Kanadzie. Jakieś niewyjaśnione morderstwa, zniknięcia ludzi, w sumie ciekawe, choć mroczne historie. Może pobudzą kogoś do działania prowadzącego do zmian? Nie jesteśmy jednak żadnymi moralizatorami…

Skupmy się na sesji nagraniowej – jak przebiegały prace w studiu? Może coś na temat sprzętu, jakiego używa Cryptopsy podczas nagrań – czy różni się on od tego, używanego podczas koncertów?

Samo „wbijanie” śladów poszczególnych instrumentów trwało bardzo krótko i poszło sprawnie. Na pewno dlatego, że byliśmy doskonale przygotowani – każdy z nas długo i intensywnie ćwiczył swoje partie. Długo trwało a to miksowanie i masterowanie płyty. Chcieliśmy uzyskać najlepsze brzmienie, każdy dźwięk musiał się do nas uśmiechać. Jeśli chodzi o sprzęt – używałem zestawu, z jakiego zawsze korzystam podczas gry, koncertów i ćwiczeń. Czyli bębny Pearl, blachy Sabian, pałki Vic Firth  i naciągi Evans. Do central użyłem modułu Rolanda TD-20, próbowałem różnych mikrofonów, ale efekt mnie nie zadowalał. Dzięki temu dźwięk był zdecydowanie bardziej pod kontrolą.

Jest płyta, będzie promocja – co planujecie?

Wszystko wskazuje na to, że jest bardzo dobrze. Wprawdzie nie ma wytwórni, ale Clawhammer robią niesamowitą pracę, taki układ bardzo nam odpowiada. Mam nadzieję, że w 2013 rozwiniemy żagle i zjeździmy wiele kontynentów promując płytę. Jesteśmy gotowi i czekamy na oferty!

Jaki koncert chętnie byście przeżyli ponownie – było coś takiego?

Hmmm… może koncert z Morbid Angel, jaki graliśmy całkiem niedawno w Halifax? Z nimi zawsze fajnie się występuje i spędza czas po koncercie. To nasi starzy przyjaciele. Zresztą, nawet jak gramy dla 50 osób to jest dla nas ważne – każdy, kto chce nas zobaczyć i wspólnie się bawić, jest dla nas nagrodą za trud, jaki ponosimy.

Ok., na koniec zdradź nam jeszcze swoje plany związane z innymi zespołami – czego możemy spodziewać się w najbliższych czasach?

Mam różne projekty, jeden z nich nazywa się Digital Doomsday – jest to miks ekstremalnego metalu i rapu; w tej chwili pracujemy nad nowym materiałem. Kolejny projekt to Temple of Thieves. Tworzę go razem z ex – basistą Nile. Gramy coś w rodzaju progresywnego rocka i metalu. Nagrywałem bębny na naszą płytę tego lata, teraz chłopaki kończą realizować swoje partie. No i na koniec Nader Sadek – to projekt, który spotkał się z dużym uznaniem ze strony zarówno prasy branżowej jak i fanów. Rune, Nader i ja spotykamy się już w listopadzie, żeby pracować nad drugą płytą, tak więc konkretów należy spodziewać się dopiero w 2013 roku. To tyle i dzięki za wsparcie!

Rozmawiał Arek Lerch

KONKURS!!

Uwaga, wszyscy maniacy technicznego grania! Jest szansa, by wejść w posiadanie świeżutkiego krążka Cryptopsy. Nagrodę ufundował sam zespół, a droga do niej jest banalnie prosta. Należy odpowiedzieć na jedno proste pytanie:

 Jakiej marki pałeczkami posługuje się perkusista Cryptopsy – Flo Mounier?

Osoba, która do 1 października wyśle poprawną odpowiedź na adres arek@violence-online.pl ma szansę na zwycięstwo!