CONTROLLED COLLAPSE – Czekamy na element szczęścia

Grają długo i właśnie uderzają najnowszym albumem post-traumatic.stres.disorder, który w równych proporcjach miesza smutek i radochę. Czyli tańczymy, ale pamiętamy o stresie pourazowym. Łódzki Controlled Collapse to już weterani, nadal walczą żeby znaleźć się na szczycie, i wraz z nową płytą mają duże szanse by zaistnieć w szerszej świadomości. Mieszanka gotyku, ciężkich, rockowych gitar i przemyślanej elektroniki robi niezłe wrażenie; wprawdzie chciałoby się, żeby zespół przesunął środek ciężkości w którąś stronę, ale nasz rozmówca, szef tego kramu, Wojciech Król, uważa, że takie wyważenie jest dokładnie tym, co jest zespołowi potrzebne.  Poniżej znajdziecie zapis naszej rozmowy oraz kilka uwag na temat najnowszej płyty.

Zawsze fascynowały mnie zespoły długowieczne. W dobie szybkich rotacji, zmian, zakładania nowych składów, grupy, które przekroczyły 10 lat są dla mnie równie intrygujące co małżeństwa z długim stażem. Co was trzyma w kupie już 14 rok? Jaki model współpracy trzeba wypracować, żeby było dobrze?

To jest bardzo dobre pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. Porównując obecny skład CC z pierwszym, jedyną wspólną rzeczą jestem ja. Z drugiej jednak strony zawsze był to „mój projekt”, tzn. wszystkie utwory były komponowanie zawsze tylko przeze mnie i jedynie od czasu do czasu pojawili się gościnnie muzycy. Skład koncertowy również mocno ewoluował. Pierwsze koncerty były z moim dobrym znajomym Kubą Włodarskim, który grał na klawiszach, potem również Milena Król, Piotr Król czy Tomasz Krawiec. Obecny skład działa mniej więcej od dwóch lat. Na perkusji jest Paulina Lewek, na gitarze Kuba Sawicki i na klawiszach Marek Smolski. Nowa płyta przyniosła też inne podejście do pisania utworów – każdy wniósł coś swojego. Jak długo pożyjemy w tym składzie? Trudno powiedzieć, mam nadzieję, że jak najdłużej gdyż nowa płyta jest zdecydowanie bardziej dojrzała, pełniejsza przez to, że nie było robiona tylko przeze mnie. Oczywiście, będąc control-freak’iem, nie było mi zawsze łatwo, ale jest to też element nauki również dla mnie.

Właśnie – ale jest też tak, że dzisiaj modne jest zmienianie wszystkiego – nowa nazwa, nowe idee itp. A ty mocno trzymasz się swojego pomysłu na CC. Patrząc na kontekst dzisiejszego biznesu – jakie są główne elementy twojej „wiary” w Controlled Collapse?

Zawsze wierzyłem w to co robię, dlatego też wielu ludzi mnie nie lubiło/lubi. Controlled Collapse jest wytworem mojej wyobraźni, który z czasem mocno się zmieniał i ewoluował, niemniej idea pozostawała zawsze ta sama. Owszem, miewałem momenty zwątpienia. Cały czas dostrzegamy pewną formę szklanego sufitu jeśli chodzi o rynki zagraniczne, ale zawsze wychodziłem z założenia, że jest to do przejścia. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nasza muzyka jest ciężka, trudna, niszowa, ale w głowie miałem jedno – Marilyn Manson/NIN/Rammstein – to też ciężkie, trudne zespoły… a jednak im się udało, a to znaczy, że sama muzyka nie jest problemem.

Czekamy na element szczęścia

Czekamy na element szczęścia

I tu dochodzimy już na początku do dość istotnej kwestii – czternaście lat na rynku, ale jednak sukcesu nie osiągnęliście – to musi być trochę frustrujące, kiedy często zespoły, powiedzmy to uczciwie, mierne gdzieś się przebijają, bo mają wejścia albo nakręciły fajny klip, który dobrze się sprawdza w tvp. Zastanawiałeś się, co można z tym zrobić?

Bywa frustrujące, zgoda, jednak po czternastu latach grania, nagrywania i współpracy z różnymi muzykami człowiek sam dojrzewa i zaczyna zauważać, że irytowanie się takimi rzeczami nie ma kompletnie sensu bo to i tak nic nie zmieni. Trzeba robić dalej swoje, szukać innych dróg, poznawać kolejne osoby, które bardziej czy mniej chętnie pomogą w rozwijaniu kariery. Najprostszym przykładem jest nasza rozmowa. Ciężka praca, nauka i wiara w to co się robi są najważniejsze, na element szczęścia po prostu trzeba poczekać.

Ale – i tu wejdę trochę w rolę psychologa – masz jakieś marzenia i oczekiwania. Coś co skrywasz gdzieś z tyłu głowy. Gdzie chciałbyś dojść? Co byłoby taką wisienką na torcie pt. „14 lat kariery w polskim szołbizie„?

Niestety, jestem osobą, która potrafi sama sobie odpowiedzieć na pytanie co jest dla mnie sukcesem. Ta rozmowa była już prowadzona przeze mnie z wieloma moimi znajomymi i pojawiały się hasła typu: no tak, ale np. dla wielu to, że grałeś na Wave Gothic Treffen w Lipsku byłoby sukcesem, albo: twoja płyta była na 6 miejscu w Deutsche Alternative Charts. Moje podejście jest takie, że: tak, grałem i była. No i? To jest krok do mitycznego szczęścia, sukcesu, lecz pewnie nigdy sam tego nie zaznam. Marzenia pewne oczywiście mam: trasa koncertowa po USA (choć chodzą słuchy, że to jest dramat i żeby sobie darować), zagranie na głównej scenie jakiegoś z większych europejskich festiwali (np: Brutal Assault) itp. Ale i nawet na tym kariera się nie kończy…

To podsumujmy – czy na obecnym etapie CC jest zespołem, który jest w stanie na siebie zarobić, czy to nadal opcja „dokładanie z pensji” (bardzo mnie interesują te wszystkie mechanizmy przeżycia w brutalnym świecie…)?

He, he, nie i raczej nie będzie. Grając podobną muzykę jedyna opcja wyjścia na swoje oznacza co najmniej dwie, miesięczne trasy koncertowe rocznie + siedzenie nad muzyką tak jak w „normalnej” pracy – codziennie 8-16. Ja tak nie potrafię i nawet nie chcę. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że każde z nas żyje z muzyki w sensie, że robi jeszcze coś poza Controlled Collapse, typu daje lekcje gry, robi muzykę do gier/filmów. No chyba, że zaczniemy grać koncerty festiwalowe ze stawką jak nasze gwiazdy pop.

No tak. A skoro o koncertach – gdzie dotychczas było najlepiej? Co uznacie za wydarzenie godne wspomnienia w wywiadzie?

Po każdej serii koncertów rozmawiamy ze sobą i wspominamy co komu się najbardziej podobało i jak to w grupie ludzi, każdy ma inaczej. Dla mnie osobiście najbardziej utkwił mi w pamięci koncert w Londynie trzy lata temu z zespołem Combichrist. Cała sala bardzo entuzjastycznie nas przyjęła, bądź co bądź zespół im raczej mało znany, co spowodowało, że poczułem się szczęśliwy, że robię to co lubię, to na czym mi najbardziej zależy i zaczyna to działać.

Wspomniałeś o Gotik Treffen w Lipsku (byłem kiedyś, jazda „wampirowym tramwajem” robi wrażenie) – i tu pojawia się zasadniczy temat klasyfikacji waszej muzyki i koneksji z tzw. gotykiem. Obrażacie się na gotyk?

Nie. Każda muzyka jest ze sobą połączona w jakiś sposób. Pojęcie „gotyk” jest obecnie bardzo szeroko rozumiane. Od rzeczywiście gotyku, przez metal z damskimi wokalami, po stricte elektroniczne zespoły tyle, że np. z przesterowanym wokalem. Perkusista mojego drugiego projektu CLICKS – Łukasz Klaus – kiedyś mi nawet powiedział coś w stylu, że jako CLICKS musimy się pozbyć tego elementu „gotyckości” w muzyce. Chodziło mu oczywiście o minorowe kompozycje i taką nazwijmy to „ciężkość” w brzmieniach. Controlled Collapse aktualnie gra coś co bym po prostu nazwał industrial metalem. Gatunek zapomniany pod koniec lat 90-tych. Ciężka, przesterowana elektronika i do tego metalowe partie gitar.

Elektro industrial ok, ale klimat i ogólnie minorowy nastrój gotykiem trącą, co jest dobre. Nie boicie się jednak, że trochę będą was kojarzyć z dość strasznym zjawiskiem na polskim rynku czyli „gotyckim metalem”? Nie ukrywam, że przez szereg takich zespołów, które szczególnie upodobała sobie jakiś czas temu pewna duża stajnia, gotyk został strasznie obrzydzony, a w zasadzie wypaczony. Dopiero teraz coraz częściej pojawiają się zespoły, wykonawcy, którzy znowu docierają do sedna takiego grania…

Jeśli komuś będzie podobała się muzyka, to co i jak gramy – może nas nazywać jak chce. Niech to będzie nawet symphonic death-trash shoegaze. Póki co, nie jesteśmy zespołem stricte metalowym. Nie jesteśmy już też zespołem wyłącznie elektronicznym. Nie boję/boimy (?) się raczej skojarzeń. Koncertowo gramy zdecydowanie mocniej i bardziej bezkompromisowo niż zapewne niejeden polski zespół „gotycki”, poza tym, jeśli zaczniemy być kojarzeni z innymi zespołami, trafimy wtedy też do szerszego grona odbiorców. To jest raczej pozytywny efekt.

Controlled_Collapse

CONTROLLED COLLAPSE | Post-Traumatic.Stress.Disorder (Machineries)   Controlled Collapse to zespół łączący metalowy, gitarowy gruz oraz industrialny, syntetyczny puls samplerów i syntezatorów. W zasadzie taka definicja tłumaczy wszystko, stygmatyzuje, nagradza i nie pozostawia nadziei. Skupiając się na tym ostatnim – rzeczone połączenie powoduje, że istniejący od 2003 roku Controlled Collapse ma w zasadzie ciut pod górkę do większej kariery i skazuje się na swego rodzaju niszę gatunkową, gdzie mieści się gotyk i elektroindustrialne poczynania Marilyna Mansona a także dalekie echa klimatycznego hałasu sprzed paru ładnych lat. Ustalmy zatem wytyczne: na najnowszej płycie łódzka ekipa kłania się mrocznym, gotyckim dźwiękom z dużą, taneczną gracją, łącząc w niemal równych proporcjach wspomniany gruz i plastik. Dużym plusem jest sprawność techniczna, która pozwala wykonywać taką muzykę perfekcyjnie, bez zgrzytów. Mechanizm jest nieźle naoliwiony, każdy zna swoje miejsce. Całość cały czas kojarzy mi się z pomysłem, jaki realizuje chociażby krajowy Thy Disease, z tym, że w przypadku CC zamiast typowo metalowych środków wyrazu (piszę głównie o pracy sekcji rytmicznej…) mamy do czynienia z iście rozrywkowym groovem. Metalowe pozostają jedynie wjeżdżające co i rusz riffy gitar. Nie ukrywam też – i tu będzie wtręt subiektywny – że najciekawiej robi się, kiedy syntetyczne, a może nawet lekko synth popowe brzmienia zaczynają nad fizycznością Controlled Collapse dominować. Wtedy zaczynam odczuwać coś w rodzaju prób wyjścia zespołu ze swoistej matni w jakiej się znalazł, trzymając niepotrzebną chyba równowagę. Mówiąc wprost – lubię, kiedy łodzianie bardziej ryzykują. Ale to tylko jedna strona medalu. Z drugiej – dostajemy bardzo dobrze opracowany materiał, który ciężar równoważy pulsującą rytmiką, dodaje do tego słuszny pomysł liryczny (stres pourazowy) i całą masę energii. Być może muzyka sprawdzi się najlepiej na klubowych deskach niż w domowym zaciszu, ale zawiera parę nośnych tematów i bardzo fajnie opracowanych partii klawiszowych. Słychać, że włożono w te nagrania sporo pracy, że zespół ma wizję, którą potrafi zrealizować, sprawnie mieszając kilka stylistycznych wątków. I to powoduje, że nawet jeśli chciałbym, żeby było ciut inaczej (mniej gitar…), słucham płyty z przyjemnością i życzę zespołowi jak  najlepiej. Niech wykorzystają szansę. Jak nie tu, to poza granicami.

Dobra, skoro wiemy już na czym stoimy, czas przejść do nowej płyty. Bardzo fajna okładka – lubię szarość – no i ten mocny tytuł. Skąd takie, „medyczne” w zasadzie, nazewnictwo? Co za tym stoi?

Dzięki. Okładkę i całą szatę graficzną zrobiła nam Aleksandra Burska. Ja miałem gdzieś ogólny pomysł co bym chciał żeby było na zewnątrz płyty i w środku. Po kilku próbach udało nam się znaleźć odpowiedni motyw. PTSD czyli syndrom stresu pourazowego; jest to chyba nawet jednostka chorobowa, jaką przechodzą ludzie po traumatycznych przeżyciach typu, wypadki samochodowe, wojna, postrzelenie czy nawet włamanie do domu. Tekstowo płyta opowiada o podobnych przeżyciach – wyobrażanie sobie „co by było gdyby…„, przeżywanie sytuacji ponownie itp. W tym konkretnym przypadku, stwierdziłem, że może są na świecie ludzie, którzy przeżyli traumę „w miłości”, dlatego postanowiłem użyć tego tytułu.

To wszystko bardzo poważne tematy – czy liczysz na jakiś feedback, swego rodzaju polemikę ze słuchaczem?

Hmmm, nigdy w ten sposób nie myślałem o tekstach, które piszę. Zazwyczaj są to swego rodzaju manifesty, przemyślenia czy przeżycia w mojej głowie. Może na następny album spróbuję napisać coś w tym kierunku?

Jasne, ale i tak wiadomo, że w pierwszej kolejności liczy się muzyka. A ta jest zaskakująco nośna; choć słuchając jej, wymyśliłem sobie ciekawą (tzn. dla mnie ciekawą) teorię – warstwa elektroniczna powoduje, że momentami mogłaby to być nawet całkiem komercyjna rzecz, jednak pojawiają się gitary, które są użyte jako takie „zabrudzacze”, element skutecznie odstraszający tych co szukają bardziej przystępnych dźwięków – czy to celowe działanie?

Nie zapominajmy, że zabrudzone gitary też mogą być komercyjne. Przykłady podawałem wcześniej. Gramy to, co nam się podoba (mam nadzieję). Na PTSD każdy miał coś do powiedzenia, nie było, jak wcześniej, na zasadzie „nagraj mi to, to i to„. Większość partii bębnów, zostały wymyślone przez Paulinę i tak samo gitar, przez Kubę. Po raz pierwszy w CC zadziałało również to, że partie wymyślone przez poszczególnych muzyków w zasadzie zadecydowały o ostatecznym brzmieniu utworu. Przykładem jest właśnie „Unhappy” gdzie zmiany w perkusji jak również kompletnie odjechane riffy gitary spowodowały, że ze standardowego „dema” utwór stał się bezdyskusyjnym singlem.

W którą stronę się to wszystko przechyla? Czasami mam wrażenie, że dominuje elektronika, która nadaje muzyce ton, ale jednak gitary także zajmują sporo miejsca...

Aktualnie jest właśnie mniej więcej 50/50. Koncerty takie są już od jakiegoś czasu a wręcz nawet chyba trochę bardziej metalowe. Trudno powiedzieć jak będzie dalej. Zobaczymy co nam będzie w głowach siedzieć.controlled collapse 2

Patrząc na to co dzieje się na scenie tzw alternatywnej, to aż prosi się, żeby szala przechyliła się w stronę elektroniki (śmiech)…

Czemu tak uważasz? Patrząc na to co dzieje się na scenie tzw. alternatywnej elektroniki… myślę, że nie ma co się oglądać na „sceny” i grać to co się chce grać.

Oczywiście, że tak, to była spekulacja, tym bardziej, że przecież muzyka CC jest i tak mocno naznaczona elektronicznym znamieniem. Swoją drogą, jak wygląda to od strony technicznej – jakiego sprzętu używacie, co może nas w waszym ekwipunku zaskoczyć? Jesteście fanami poszukiwania starych instrumentów/klawiatur (modna rzecz…), czy raczej nie ma to znaczenia?

Był moment kiedy, trochę oldschool’owych rzeczy miałem. Korg monopoly, polysix, potem na moment pojawił się nawet ms20. Z różnych względów jednak musiałem się ich pozbyć. Aktualnie z hardware’ów mam microkorg, waldorf micro-q oraz roland sh-201. Do tego mam zestawy syntezatorów od Native Instruments oraz Arturia. Kuba gra na 8 strunowym ibanezie prestige + axe fx 2 a Paulina na zestawie Mapex z blachami Paiste.

Wasz zespół – mam takie wrażenie – bardziej doceniany jest za granicą. Dlaczego tak się dzieje? Myślisz że jest szansa by nowa płyta znalazła odbiorców poza Polską? Są jakieś plany w tym temacie, jeśli chodzi o promocję?

Jak najbardziej. Zdecydowana większość przedsprzedaży nowej płyty pochodzi z zagranicy. Są to głównie Niemcy, ale pojawiły się zamówienia z Wielkiej Brytanii, Beneluxu czy nawet ze Stanów Zjednoczonych. Debiutancka płyta „Injection” była wydana przez niemiecką wytwórnię Dependent Records, dziesięć lat temu. Muzyka „industrialna” jest zdecydowanie bardziej znana zagranicą niż u nas. U nas również, mam wrażenie, że lata jej „świetności” też już minęły. Promocja zagranicą jest dla nas bardzo ważna. Począwszy od samej dystrybucji (audioglobe) po właśnie działaniach, nazwijmy to, marketingowych. Wzmianki o nas wraz z recenzjami nowej płyty pojawią się w niemieckich gazetach Zillo czy Orkus. Płyta wysłana była do 300 DJów. Mamy nadzieję, że pomoże to nam również z zagraniem koncertów w tych rejonach. Tak na prawdę, to PTSD jest pierwszą płytą Controlled Collapse, którą szerzej promujemy w Polsce.

No właśnie promocja, magiczne słowo. Macie jakiś pomysł na te zabiegi promocyjne? Dzisiaj chyba tylko kontrowersje mają szansę na podbicie stawki…

Głośne związki z gwiazdami pop są w modzie a przynajmniej były jakiś czas temu. Ale to chyba nie jest ten kierunek (śmiech). Naszą kontrowersją jest to, że chcemy wbijać się w promocyjne cliche, zjadać głów kotów czy czcić szatana. Chcemy grać bardzo dobre koncerty, które same przyciągną ludzi.

Ale jakiś skandaliczny klip zrobiłby swoje…

Szczerze? W dzisiejszych trudno o wywołanie skandalu bo wszystko już było. Zresztą, jest to typowo marketingowo – biznesowe podejście do całej sytuacji. Ja bym zdecydowanie bardziej wolał wywołać „artystyczny” skandal poprzez, nie wiem, nagranie utworu z Moniką Brodką czy Katarzyną Nosowską.

Skoro o gościach mowa – z kim na krajowej scenie najlepiej się współpracowało? Macie swoich „ulubionych” artystów? Często mówi się, żeCC na muzycznej scenie panuje jednak zawiść, kumoterstwo i szanse na takie współpracę są nikłe. Zdementujesz?

Nie jestem za bardzo w stanie na to odpowiedzieć, bo też pytanie co rozumiesz poprzez polską „scenę”. Mamy różnych znajomych, którzy robią muzykę na różnych poziomach, ale współpraca najczęściej kończyła się na remixach. Z działki, nazwijmy to, kultury popularnej tak na prawdę to nie znamy prawie nikogo.

Ostatnio dość popularną formą wejścia na wyższy szczebel kariery są udziały w różnych teleturniejach typu „must be the music” itp itd. Czy to dobra forma promocji? Zdecydowałbyś się na udział w takim programie?

Rozmawialiśmy na ten temat w zespole. Zdania są podzielone, ja uważam, że nie tędy droga, muzyka to nie konkurs to nie rywalizacja a do tego sprowadzają się tego typu programy. Na samym końcu i tak liczą się ci, którzy mają najwięcej znajomych czy kasę na automaty do „lajkowania”.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Willy Wilson/Aleksandra Burska