COLISEUM – królowie średnich temp

Coliseum należy do grona unikatowych zespołów, które wywodząc się ze sceny hardcore’owej, ciągle zerkają na boki a jeszcze bardziej do tyłu, łącząc to, co najlepsze w starej szkole HC z nowoczesnością. Choć w tym przypadku owo „nowoczesne i otwarte podejście” polega na twórczym zinterpretowaniu big beat’owego hardcore’a z lat 90 – tych, połączenia go z elementami noise rocka i wreszcie opakowania w prostą, ale zajebiście sugestywną, miarową motorykę. Wychodzi z tego Killing Joke, grający punka i to chyba najfajniejsza definicja muzyki Amerykanów. O tym, że padłem przed „Sister Faith” na kolana, mogliście przeczytać już w recenzji, teraz przyszedł czas na kilka słów od dowodzącego zespołem gitarzysty i wokalisty – Ryana Pattersona.

W minionym roku było trochę cicho wokół Coliseum – pozornie nic się nie działo. Czym byliście zajęci?

Miniony rok był dla mnie osobiście dość trudny. Związane to było ze stratą ważnych i bliskich mi osób. To był bolesny i ciężki okres, na kilku różnych płaszczyznach, choć w sumie dzięki tym wydarzeniom mieliśmy inspirację do nagrania płyty „Sister Faith”. To było coś w rodzaju podsumowania tego okresu, wyrzucenia z siebie nagromadzonych emocji. Mogę powiedzieć, że po raz kolejny, życie, które jest szorstkie i nieprzewidywalne, staje się inspiracją dla sztuki, nasza nowa płyta to dobry przykład.Coliseum Logo

Zastanawiałem się często, skąd wzięła się Wasza nazwa, czy była czymś inspirowana, czy to po prostu przypadkowe słowo?

InspiracjaTo było chyba pierwsze słowo, jakie wpadło mi do głowy, kiedy rozpoczynaliśmy naszą działalność. Może dlatego, że byłem lekko zszokowany, że nikt jeszcze na nią nie wpadał, a to dzisiaj ewenement. Oczywiście, pomijając zespół Colosseum z lat 70 – tych. Jasne, że nie był to jednak przypadek, bo zawsze musi być coś, co cię zainspiruje, skądś to słówko musiało się wziąć. W moim przypadku było tak, że zwróciłem uwagę na nazwę wzmacniacza, którego używaliśmy – Sunn Coliseum (śmiech…). Krótka, mocna nazwa, monolityczna. Dobra dla zespołu…

Dzisiejsze czasy są świadkiem wysypu miliona zespołów, wśród których jest z pół miliona grup hc. Myślisz, że Coliseum wyróżnia się w jakiś sposób z tej masy?

Wiesz, na całym świecie zawsze było pełno zespołów, każdy ma swoje miejsce, swój unikatowy charakter, będący kombinacją różnych osób i to powoduje, że w sumie każdy jest inny. Dlatego jakoś nie martwię się tym nadmiarem. My gramy już z dziesięć lat, mamy sporo zrobionej muzyki i nie jesteśmy czysto hardcore’owym zespołem (dla niektórych wcale takiej muzyki nie gramy…), mieszamy i trochę punka, trochę indie, czy jak tam nas jeszcze nazwać. Choć uważamy się właśnie za punkowców, czujemy się z tym dobrze i robimy to, co uważamy za słuszne. Inni mogą definiować nas jak chcą. Mogą nas słuchać ale nie muszą, wolna wola, na świecie jest jeszcze dużo miejsca…

Skoro patrzymy nieco bardziej ogólnie na twórczość Coliseum – możesz dokonać porównania waszej pierwszej płyty „Coliseum” z najnowszym dziełem? Jak daleko posunęła się wasza ewolucja?

Nigdy nie zajmowałem się zbytnio porównywałem naszych płyt, przeszłości z teraźniejszością itp. Jestem skupiony na tym co dzieje się dzisiaj i co będzie się działo w przyszłości. Ale ok. – nagraliśmy nasz pierwszy album po kilku miesiącach ćwiczeń, nawet przed tym, zanim zagraliśmy pierwszy koncert jako Coliseum. Słuchałem tej płyty niedawno po raz pierwszy od kilku lat i nadal uważam, że daje radę. To materiał ciężki, surowy, bardzo klarowny jak na debiut. Jest tu sporo melodii. A dekadę później nagrywamy „Sister Faith” i muszę przyznać, że jest to płyta, którą chyba zawsze chcieliśmy nagrać. To na razie szczyt naszych możliwości, finał wieloletniej pracy. W sumie osiągnęliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy, napisaliśmy świetne piosenki a przy tym sporo eksperymentowaliśmy. Ale jednocześnie wiem, że to nadal ta sama misja, kierunek, jaki obraliśmy na początku naszego wspólnego grania. Piszemy muzykę, która nas napędza, której ludzie chcą słuchać a najważniejsze jest to, że jesteśmy szczerzy i uczciwi, to jest najistotniejsze.

W recenzji płyty napisałem, że „Sister Faith” jest jednym z kamieni milowych współczesnego hardcore’a, nadal zresztą podtrzymuję swój entuzjazm – czujesz, że udało się stworzyć dzieło w dużej mierze wyróżniające się na tle tzw. sceny?

Ha, miło to usłyszeć, wspaniale… Myślę, że czas i historia pokażą, gdzie jest miejsce „Sister Faith” na tle sceny hardcore’owej. Na pewno głównie jest to kamień milowy dla nas jako zespołu i dlatego jesteśmy bardzo zadowoleni.

 królowie średnich temp

królowie średnich temp

Kawałki z „Sister Faith” w ciekawy sposób nawiązują do twórczości jednego z mniej znanych, ale niezwykle ciekawego moim zdaniem zespołu z lat 90 – tych – hardcore’owego Guzzard. Znasz muzykę braci Beeman?

Nie przypominam sobie, żebym słyszał ich muzykę, ale nazwa jest mi znana. Jest jednak wiele rzeczy z wczesnych lat 90 – tych, które miały na nas wpływ i przeniknęły w sposób naturalny do muzyki. Chodzi mi głównie o dokonania artystów z Dischordu czy Touch&Go, choć to tylko część wpływów. Tak, mogę szczerze wyznać, że mnóstwo zespołów z lat 80 – tych i połowy 90 – tych wywarło na nas a w szczególności na „Sister Faith” niebagatelny wypływ.

Jeśli miałbym określić jakoś twórczość Coliseum z nowej płyty, brzmiałoby to mniej więcej tak: „królowie średnich temp”. Czy to wasze optimum? Liczy sięC1 spójność zamiast zróżnicowania?

Staram się pisać piosenki w podstawowym metrum 4/4, nie wymyślam jakich szczególnie dziwnych rzeczy, ma być prosto i do przodu. Dopiero kiedy kawałek ma swój drive, staramy się odpowiednio go aranżować, pracujemy nad rytmiką i brzmieniem. Zazwyczaj ja robię demo, potem Carter (bębny) przejmuje muzykę i dobiera do niej rytmy i jakoś nam to wychodzi. Jeśli chodzi o tempa, szybkie rzeczy zrobiliśmy na „No Salvation” i nie jesteśmy zainteresowani szybkością i bardziej gwałtownymi formami przekazu. Za wyjątkiem tego albumu faktycznie jesteśmy królami średnich temp (śmiech). Oczywiście, muzyka jest przeplatana różnymi zmianami, można znaleźć zróżnicowane rzeczy, dla nas jednak najważniejsze jest to, by nadać każdemu utworowi własny, niepowtarzalny charakter, niezależnie jego motoryki.

„Sister Faith” to bardzo zwarty kawałek muzyki, w której stopiliście w monolit kilka różnych, muzycznych fascynacji. Jeśli jednak zabierzemy się za rozbiór, możemy wydestylować punk i hardcore, ale też i sludge no i oczywiście – noise. Co jest podstawą?

C2Na pewno nie powiem, że jest jakiś jeden, konkretny muzyczny styl, który preferuję. Ale oczywiście, u podstaw jest punk, on nas inspiruje i to właśnie ten gatunek nadziewamy innymi wpływami. Ja do twojej interpretacji dodałbym jeszcze indie, post rock, gotyk i alternatywę. Sporo różnych rzeczy. Lubię też metalowe rzeczy, ale to nie jest muzyka, która tkwi w mojej duszy. Na pewno za to nie znajduję w naszej muzyce wpływów sludge, chyba, że ten termin na przestrzeni lat zmienił swoje znaczenie. Tak jak np. „emo”, które kiedyś oznaczało coś zupełnie innego, niż w dzisiejszej interpretacji. Sludge to rzeczy w stylu Eyehategod czy Church Of Misery, takie historie. Kocham wiele z tych stylistyk, o których tu powiedziałem, uważam jednak, że Coliseum jest inspirowany tylko przez niektóre z nich. Zresztą, podobne kontrowersje dotyczyły stoner rocka, zawsze będzie to zależeć od osoby, punktu widzenia i kontekstu…

No to dodajmy do tej układanki jeszcze jeden element – niektórzy opisują muzykę Coliseum jako „Killing Joke grający hardcore”. Jak to skomentujesz?

Tak, Killing Joke znajdują się w samym centrum naszych inspiracji, tego nie ma co ukrywać, dlatego jest to dla mnie duży komplement.

Skupmy się zatem na moment na tekstowej stronie „Sister Faith”. Tytuł sugeruje, że jest to bardzo osobisty album?

Jak już wspomniałem, ostatnie czasy były dla mnie dość trudne, bolesne i to odbiło się oczywiście na stronie tekstowej albumu. Ból, zamieszanie, frustracja… Musiałem zrzucić z siebie ciężar związany z utratą ukochanych osób, musiałem znaleźć sposób, żeby pójść dalej utrzymując te osoby w mojej pamięci. To główny temat. Ale to rodzi kolejne pytania odnośnie naszego życia, o brak bezpieczeństwa i porażki, z którymi się borykamy. Ale piszę także o tym, jak bardzo ważna jest dla mnie społeczność puC4nkowa, środowisko, które dało nam tak wiele. Każda piosenka to inny temat, ale motyw przewodni brzmi – jak znaleźć w sobie siłę, by przetrwać ból i smutek i wyjść z tego silniejszym i ubogaconym.

Przeniesiemy się teraz z wyżyn emocjonalnych do czeluści studia nagraniowego – jak przebiegały prace nad muzyką i co zapamiętałeś z tego, niewątpliwie intensywnego okresu?

Cały proces nagrywania był w sumie dość… zabawny. Znowu muszę powiedzieć, że była to chyba najfajniejsza sesja nagraniowa, w jakiej brałem udział. Byliśmy bardzo dobrze przygotowani, nagrywaliśmy wcześniej dema z tym materiałem, żeby ewentualnie poprawić, jeśli coś będzie nie tak. Niektóre rzeczy nagrywaliśmy po kilka razy, zanim uznaliśmy, że brzmią jak należy. Niektóre odpadły. Niektóre nagraliśmy ostatecznie w wersjach pierwotnych. Mieliśmy nawet przed nagrywaniem gotową kolejność tych utworów. Nagrywaliśmy z Jamesem Robbinsem (basista jednej z klasycznych formacji z Waszyngtonu – Government Issue – przyp. red.) w niesamowitym, nowym miejscu – Magpie Cage. Wszystko wyszłoC3 perfekcyjnie. Z Robbinsem pracowaliśmy już wcześniej przy różnych okazjach, znamy się od ponad dziesięciu lat, dlatego nadawaliśmy na jednej płaszczyźnie i mieliśmy jasny obraz tego, co chcemy razem osiągnąć. James ma zawsze świetne pomysły i jego wkład w powstanie płyty jest niebagatelny. To było świetne doświadczenie.

Czym zajmujesz się poza muzyką?

Najważniejszy jest dom, moja żona. Staram się jak mogę zachować zdrową równowagę między działaniem zespołu a życiem prywatnym, bo tylko to daje zadowolenie w każdym z tych aspektów. Oglądam dużo filmów itp. A poza tym jestem współwłaścicielem firmy Shirt Killer i jako freelancer robię projekty dla różnych zespołów. W ten sposób zarabiam, ale chcę podkreślić, że jest to nie tylko praca, ale moje hobby, w którym realizuję się poza zespołem.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu