CIŚNIENIE – Zrzucanie sufitu na publiczność

Ok, wiem, że to moja wina. Wina, czyli przeoczenie Ciśnienia o czasie. Ale nie ma nic straconego, bo rozmawiamy z zespołem w przededniu nagrywania nowego materiału. Nowego, ale na żywo, bo Ciśnienie bardzo nie lubi nagrywać w studiu. Chcą uchwycić chwilę, to co stanie się w czasie rzeczywistym, i to się, cholera, udaje! O koncertach, jazzie i byciu dziwolągami sceny rozmawiamy z Michałem Paduchem i Maćkiem Klichem, którzy dzielą się z nami refleksjami po nagraniu poprzedniej płyty i przed nagraniem nowości. Zaiste, ekscytujący to czas dla zespołu. A… czy ten jazz tu jest? Tak, moim zdaniem jest, w niepokorności muzyków, w umiłowaniu swobody i traktowaniu muzyki jako otwartej przestrzeni i wolności do działania. Duch tej muzyki tu krąży i nawet jeśli Ciśnienie hałasuje ponadnormatywnie, to tworzy z tego wartość dodaną, która tylko dodaje im wyrazistości, a to chyba rzecz dla zespołu najważniejsza… 

Dobra, żeby nie owijać w bawełnę (100% bawełny), muszę się was zapytać, czy nie doskwiera wam, gdy ktoś waszą muzykę klasyfikuje jako post rock?

Nieszczególnie, aczkolwiek sami nie do końca byśmy się tak sklasyfikowali. Problem w tym, że post rock się dziś kojarzy z konkretnymi wykonawcami i bardzo określonym stylem, a powinien raczej ze wszystkim, co czerpie z rocka i dokłada do niego różne takie. Post rock w takim popularnym rozumieniu wydaje się być najwygodniejszym uogólnieniem, jeśli chodzi o naszą muzykę, bo mamy długie utwory, kulminacje i brak wokali. No ale jednak nie do końca post rock, niezupełnie jazz, nie bardzo prog rock, no nie wiadomo kurde.

I to jest w tym najciekawsze, bo faktycznie przy moim staroświeckim umiłowaniu do szufladek, bardzo trudno was złapać na jakiś haczyk. Dlatego jestem ciekawy, jak w ogóle podeszliście do muzyki, skąd taki pomysł – nie ukrywam, popularny ostatnio – tworzenia długiej, improwizowanej formy?

Pomysł wyniknął z koncertu Wrekmeister Harmonies na Offie, który nas poskładał jak mało co, i który zakładał tworzenie jak najbardziej intensywnych kulminacji, a to z kolei wymaga odpowiedniego nabudowania. Jeśli umielibyśmy stworzyć trzęsącą ziemią kulminację w trzy minuty, to pewnie byśmy takie utwory tworzyli. Cała długość i wszystkie improwizacje służą u nas doprowadzeniu do jak największego pierdolnięcia w odpowiednim momencie. Na płycie, którą wkrótce będziemy nagrywać, pojawią się utwory poniżej 10 minut, jednak cały czas przyświeca nam ten jeden cel. A samo tworzenie wyszło samo, czyli „dobra, to na razie graj to A, a my coś pohałasujemy, a potem te funty, a potem wpierdol”.

Ha, i tu muszę przytoczyć słowa pewnego żurnalisty, który o waszej muyzce napisał, że to „odlot powstający z niczego”. Na początku sie z tego śmiałem, ale teraz zaczynam dochodzić do wniosku, że coś w tym jest…

Który tak napisał? (śmiech) Nie do końca z niczego, bo zwykle wiemy jak ma wyglądać kulminacja, mamy wymyślone funty itd., a potem wymyślamy jak tam dolecieć.

Wy to wiecie, ale kiedy słucha się muyzki, to faktycznie wyłania się trochę z niebytu i można odnieść wrażenie, że jest w zasadzie w całości improwizowana, zresztą fakt, że część numerów nagrano na żywo jeszcze bardzie taką teorię zdaje się potwierdzać. Zdaje się, co nie jest pewnikiem, rzecz jasna…

Można powiedzieć, że jest połowicznie improwizowana. Mamy pewne punkty zborne, w których w większości wiemy co się ma wydarzyć, ale właściwie za każdym razem do tych punktów dochodzimy trochę inaczej. Nagrywanie na żywo też z tego wynika, bo zdecydowanie lepiej nam się dochodzi, jak mamy publikę.  Zresztą, założyliśmy, że cały nasz materiał będziemy nagrywać na żywo. Na sali prób czy w studio nie do końca jesteśmy w stanie się wklimacić na tyle, żeby do porządku oddać emocje, które ta muzyka w nas wzbudza.

Zrzucanie sufitu na publiczność

Zrzucanie sufitu na publiczność

I to wszystko prowokuje kolejną kwestię, czyli skojarzenia z jazzem. Bo faktycznie improwizacja, pewne zwroty harmoniczne, mogą tak się kojarzyć, choć… jazz to nie jest do końca…

Z tym jazzem to w ogóle jest skomplikowana kwestia, bo niektórzy z nas jazzu nie znoszą, inni lubią, ale nikt nie chciał go grać. Jazzowa łatka nam się przylepiła w kontekście improwizacji i ewidentnie się na jazzowych festiwalach podobamy, ale nie na zasadzie EABS, którzy umieją w jazz jak mało kto, a bardziej na zasadzie dziwoląga, który przyciąga uwagę, bo ranyrety, jakie tu przestery i skrzypce, dlaczego oni tutaj grają i dlaczego mi się to podoba? Jeśli postrzegać jazz jako otwartość formy opartą o zespołową improwizację i granie emocjami, to tak, gramy jazz. Ale żaden z nas nie zagra jazzowego solo po skali ani nie wrzuci żrącego substytutu, bo nie o to chodzi. Bardziej nas interesuje zrzucenie znienacka sufitu na publiczność surową intensywnością, niż wtrąconą dominantą w trzecim obrocie.

Ale jesteście jednocześnie takim syndromem ostatnich lat, czyli kumania sie jazzu zalternatywą. Jazzowe skłądy szukaja wyjścia z matni właśnie na scenie alternatywnej, z kolei alternatywne zespoły improwizację odnalazły jako furtkę przez którą mogą iść do przodu. To ciekawa sytuacja. Pytanie, kto kogo zbawił/uratował w tej sytuacji? Jazzmani alternatywę, czy na odwrót?

Według nas jazzmani mają problem z przyjęciem alternatywy, który nie istnieje z drugiej strony, a który polega głównie na tym, żeby pokazać SIĘ jednocześnie jako członek zespołu, a z drugiej strony jako indywidualny utalentowany instrumentalista. U „amatorów”, którzy się zabierają za improwizację i nawet mimowolnie przesiąkają jazzem, jest jakaś prawdziwość i chęć poszerzania horyzontów i po prostu grania. U „prawdziwych jazzmanów” z kolei kumanie się z alternatywą zdaje się zawsze wynikać z jakiegoś wyrachowania i patrzenia z góry, na zasadzie, że „jeszcze tego nikt nigdy nie połączył, robimy”, choć oczywiście są wyjątki, nierzadko niebywałe. Swoją drogą jazz, rozumiany nie w kontekście solówek przekładanych tematem, właściwie JEST alternatywą. A przynajmniej powinien być. Tak więc bardziej na tym zyska jazz, bo zaczyna się wreszcie otwierać na coś więcej, a alternatywa zawsze zostanie alternatywą i jak nie z jazzu, to zaczerpnie coś z IDM, noisu, popu i wyprodukuje jakieś takie Daughters raz na jakiś czas.

To jednak syndrom ostatnich czasów, usilne poszukiwanie czegoś nowego, klucza do bramy, żeby uciec. Wy też uciekacie?

Ani trochę. Gramy po prostu tak, jakbyśmy chcieli, żeby ktoś grał, bo nam się to cholernie podoba. A że ta muzyka jest jakąś wypadkową różnych stylów, to już czysty przypadek. Nie próbujemy odkrywać niczego nowego czy definiować jakichś nowych rzeczy, wszyscy wkładamy to, co chcemy, bo to lubimy. Nie mamy w planach zbawiać świata, ale też nie mamy przed czym uciekać. My się raczej wyżywamy w tej muzyce.

JazzArt

CIŚNIENIE – JazzArt Undergroud Trzeba przyznać, że się umiejętnie kamuflowali, skutkiem czego dopiero teraz rozmawiam i piszę co myślę o płytce. A myślę dobrze, a może i bardzo dobrze. To kolejna cegiełka dołożona do eksplozji długich, meandrujących w różne strony improwizacji, które biorą się z… może nie znikąd, co sugeruje jeden z recenzentów, ale z potrzeby nieskrępowanej wypowiedzi i podróżowania w przestrzeni nie ograniczonej sztywnymi aranżacjami. Choć niewątpliwe Ciśnienie odróżnia się od reszty peletonu choćby tym, że ich propozycja jest w gruncie rzeczy dość agresywna za sprawą wyrazistych brzmień oraz z powodu zastosowania tak nietypowego dla alter-impro światka instrumentu jakim są skrzypce. Kwartet pochodzi z Katowic, jak na razie bardzo sprawnie działa, stawia na nagrania nie studyjne jeno koncertowe (co jeszcze bardziej przybliża ich do środowiska jazzowego, z którym jednak nie czują powiązania) i właśnie szykuje się do rejestracji (oczywiście, podczas koncertu) nowego materiału. Na razie skupiamy się jednak na wydanym w ub. roku „JazzArt Underground”, którego tytuł doskonale puentuje zawartość. Najpierw trzy numery zarejestrowane podczas koncertu. Zespół prezentuje tu faktycznie bardzo różne odcienie muzyki wolnej od jakichkolwiek ograniczeń. Już „Fratres” rzuca nas na głęboką wodę. Długi, wolno rozwijający się tajemniczy obraz, mnóstwo pogłosów, metaliczne brzmienia i wszechobecna psychodelia. Już w tym utworze ujawnia się doskonała umiejętność stopniowania napięcia, co pozwala zespołowi dowolnie operować nastrojami, tworząc skończoną, dźwiękową opowieść. Osobiście oszalałem na punkcie „Rawy” bo to doskonały, doprowadzony do perfekcji trans. I znowu wodzą nas za nos, zmieniając kapryśnie klimaty, cały czas wszystko trzymając w ryzach miarowego, mistrzowsko dawkowanego pulsu. Ten numer jest chyba szczytowaniem płyty, choć bliziutko plasują się „Same trupy”. Tutaj oszczędna formuła jeszcze bardziej eksponuje klimat, robi się niemal rytualnie, odkładamy wszystko na bok i odjeżdżamy. Nie będę chyba odosobniony w twierdzeniu, że jest to mocno narkotyczna muzyka, czerpiąca z acid rocka, ale przekładająca go na współczesny system wartości, dokładając improwizację, która w niektórych zwrotach harmonicznych może jednak kojarzyć się z jazzowymi krawaciarzami. Nieco odstaje od płyty „Ego”, nagrany już w studiu, ze swoją „jasną” aurą. Oczywiście, w tym przypadku nie unikną skojarzeń z post rockiem, cokolwiek to znaczy. Ale raczej tym „starym” a nie z dzisiejszą jego odmianą, flirtującą z progresją i elektronicznymi odjazdami. Muzyka Ciśnienia ma jednak w sobie pewien rys indywidualności, to coś co powoduje, że niemal od razu wiadomo kto gra. Własny charakter to rzecz niezwykle pożądana i choć ten materiał jest pewnie przedsmakiem tego, co ten zespół może osiągnąć (dla przykładu – singiel „Reisefieber” ciąży w stronę post punka z odjazdami…) i tak uważam, że poznać go to obowiązek każdego miłośnika muzyki niepokornej, długich tripów i narkotycznego odjazdu bez narkotyków. Właściwie fakt, że zupełnie bez chemicznych wspomagaczy ta muzyka może porwać słuchacza w długą podróż, o czymś świadczy. Bohater nagrania? Pewnie skrzypek, który łączy w sobie szaleństwo na modłę Warrena Ellisa, ale dodaje do tego jakiś szalony, chory nerw. Reszta też jak najbardziej w normie, czyli wysoko. Podobnie błyszczał Chryste Panie, miejmy nadzieję, że Katowiczanie pociągną dłużej…

Wracając do płyty. Muszę przyznać, że podoba mi się to, że w zasadzie każdy kawałek jest z innej parafii. Bo np ulubiony song na dzień dzisiejszy to „Same trupy” jako esencja transu. Czy można przyjąć ktoryś numera za drogowskaz co do waszej dalszej kariery, czy to wykluczone?

Ciężko stwierdzić, bo mamy jeszcze poza tym przynajmniej dwie godziny materiału i każdy numer jest z innej parafii, ale z tej samej doktryny. Choćby „Reisefieber”, który wypuściliśmy jako singiel, już jest zupełnie niepodobny do tego co słychać na albumie, a jednak słychać, że to my. Mamy jeden numer, powiedzmy, dubstepowy, jeden zalatuje Electric Wizardem, jeden taki jazzowaty i jeden postrockowy do bólu. Nie wiadomo, jak nagramy, to się zobaczy. A nagramy już 08.02 z udziałem publiczności! Trzeba być. (bezczelny plug). Nie wyznaczamy sobie żadnego kierunku, robimy nowe numery i się jaramy. Właściwie to trzyma nas w kupie instrumentarium, bo jednak skrzypce i waltornia robią swoje i będzie można wysłyszeć, że to my, ale stylistycznie dalszy kierunek jest w zasadzie nieokreślony. Będzie głośno i intensywnie, to jedyne, co możemy obiecać.

Właśnie – intryguje mnie ta zbliżająca się nagrywka z ludźmi. To bardzo fajny pomysł, kreatywna sprawa no i adrenalina musi być. Jak to wygląda z waszej strony – na ile dopuszczacie intuicję ,na ile jest to przygotowany kompletny materiał?

Materiał jest przygotowany na takiej samej zasadzie, co na „JazzArt Underground”, czyli został zagrany na paru koncertach, na których się podobał, a poza tym znów – mamy punkty zborne i mniej więcej wiemy, co chcemy zrobić, a resztę podyktują koncertowe emocje. Zobaczymy co będzie, przy poprzedniej płycie nikt nie wiedział, że była nagrywana, a tutaj z tego robimy wydarzenie, więc może być ciekawie. Zresztą „JazzArt” nagraliśmy głównie po to, żeby mieć jakieś nagranie, cokolwiek, a okazało się, że całkiem fajna z tego wyszła płyta.

Ok, a jak od technicznej strony to wygląda, czy różni sie od „zwykłego konecrtu”? Jakie warunki muszą być spełnione, żeby taka nagrwka się udała?

Jeśli chodzi o nasze podejście do grania, to niczym się nie różni. Jedyne co trzeba ogarnąć, to samo nagrywanie, czyli mikrofony, nadmierne okablowanie i czysto techniczne sprawy. Sami się miksujemy, więc poza tym nic nam więcej nie potrzeba. Tutaj warto wspomnieć, że mamy w zanadrzu taki znienacka nagrany materiał, który najprawdopodobniej ukaże się jeszcze w lutym. Koncertowy, oczywiście, ale dziwny, bo z udziałem górniczej orkiestry dętej.

Trzeba przyznać, że jesteście mocno rozkręceni. Dużo tego. A jeśli ktos np zapyta o „materiał studyjny”.. to?

To o ile będzie się dało nagrać to na setkę i z udziałem publiczności, to bardzo chętnie. Ale na to się nie zanosi, zresztą ani nikt nie ma na to ochoty, ani pieniędzy, ani potrzeby. Nasza muzyka naprawdę najlepiej działa na koncertach, więc żeby chociaż oddać namiastkę tego, co się na nich dzieje, jesteśmy zdecydowani nagrywać jedynie materiały koncertowe.Ciśnienie live

Co to jest ten program Dzielnica Brzmi Dobrze Już kolejny zespół tak wydaje płytę. Opowiedzcie coś na ten temat?

To jest program, dzięki któremu się wszyscy poznaliśmy. Działa w Katowicach i polega na tym, że co roku odbywają się przesłuchania dla zespołów związanych z Katowicami, w których wyłaniane jest pięć z nich. Każdy z tych zespołów otrzymuje dwuletnie wsparcie od miasta, w postaci darmowej sali prób, dostępu do studia, sesji zdjęciowych, bookingów, nagrań itd. My jako Ciśnienie wprawdzie nie braliśmy udziału w przesłuchaniach, ale składamy się z części zespołów, które wygrały pierwszą edycję, więc mieliśmy dostęp do tej samej sali prób i z okazji tego programu parę razy wcześniej współpracowaliśmy przy różnych projektach. Aż uznaliśmy, że trzeba zrobić coś nowego, skoro już mamy takich fajowych gości pod ręką. Sam program ma za zadanie zebranie do kupy najciekawszych młodych wykonawców związanych z Katowicami i stworzenie jakiejś lokalnej sceny, z której mogą wyrastać takie kwiatki, jak my. Gdyby nie Dzielnica, to pewnie nigdy byśmy się nie spotkali i pewnie nigdy nie zagralibyśmy na JazzArcie, więc polecamy każdemu taki program. Zwłaszcza, że jest unikatowy w skali kraju.

Czy nowa płyta też wyjdzie w ramach tego programu?

Nie, nową płytę wydamy już sami, ale będziemy ją nagrywać we wspomnianej sali prób (duża jest) i na pewno będziemy dziękować Dzielnicy w creditsach, bo bez tego by nic nie było.

Nowa płyta i… Czy jest coś co chcecie osiągnąć? Macie jakieś, nie wiem, cele, marzenia. Coś co was nakręca do działania, pomijam banalne „kochamy grać” ?

Marzenie mamy jedno, ale trochę nierealne, to znaczy móc się utrzymywać z tego grania, bo kochamy to grać. Poza tym bardzo byśmy chcieli zwrócić na siebie uwagę programerów festiwalowych, a zwłaszcza tych z Offa, bo moglibyśmy tam wbić na piechotę z całym backline’m, tak mamy blisko, a to jednak tam się pojawił pomysł na zespół. Poza tym mocno nas nakręca odbiór „JazzArtu”, bo nie spodziewaliśmy się ani trochę takiego entuzjazmu odbiorców i cały czas nas zaskakują kolejne podsumowania 2019, w których się pojawiamy. Nam się podoba, Wam się podoba, wszyscy chcemy więcej. Nie spotkało nas to nigdy wcześniej, więc się jaramy jak pochodnie. A do tego chcielibyśmy zagrać na Glastonbury, no bo kto by kurde nie chciał.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Radek Kaźmierczak (live)/Tomasz Makula (band)

Ciśnienie nagrywa!!!

                                                               CIŚNIENIE ZAPRASZA DO KATOWIC!