CIEŃ – człowiek jest mentalnym gównem

Oto zespół, który ostatnim, przedsylwestrowym strzałem wcisnął się ze swoim długograjem – „Ecce Homo” – na pokaźną listę dobrych, polskich wydawnictw z gatunku muzyki niekomercyjnej, anno satani 2014. Mimo iż od kilku lat robią hałas w krakowskim podziemiu, dotychczas raczej pozostawali w cieniu. Z czego to wynika i czy planują zmienić takowy stan rzeczy? O tym, jak i o przeszłości, przyszłości zespołu, wariacjach nazewniczych, ale też o kondycji współczesnego człowieka, czy współczesnej „sceny” opowiadali członkowie kapeli Cień, których dorwałam tuż po krakowskim koncercie w ramach „trasy” Silent March. Aby sprawdzić co jeszcze udało mi się z nich wydobyć podczas tej długiej rozmowy przy złocistym trunku, zapraszam poniżej.

Ponieważ, przed chwilą zakończył się Wasz koncert w ramach „trasy” Silent March („tour” w przypadku raptem dwóch gigów mnie trochę bawi, a może planujecie kontynuować tę trasę w dalszej części roku?) zacznijmy od pytania o granie na żywo. Wielu twierdzi, że to tzw. „sprawdzian” dla kapeli, bo weryfikuje umiejętności zespołu. Czym są dla Was koncerty? Dobra zabawą, sprawdzianem, a może koniecznością promocyjną? Jesteście zadowoleni z dzisiejszej sztuki, jako „gwiazda” wieczoru?

C.: Gwiazda (śmiech) dużo powiedziane. Nie no, tak poważnie to jesteśmy zadowoleni, ja przynajmniej jestem. A planów kontynuacji na razie nie ma.

Gulver: Daliśmy z siebie tyle, ile byliśmy w stanie dać. Koncert ocenić można przede wszystkim po reakcji publiki, a dziś było bardzo dobrze. Ludzie się bawili, a to jest najważniejsze w trakcie występów na żywo. Przykładowo w porównaniu do gigów we Wrocławiu, gdzie publika jest dość specyficzna, żeby nie powiedzieć sztywna i ciężko jest ją „rozkręcić”, dziś pod tym względem było naprawdę dobrze.

Suffer: A ja sądzę, że koncert to rzeczywiście trochę wszystkiego, co wymieniłaś. Nieco sprawdzianu, trochę dobrej zabawy, ale też kwestia promocji, czy się chce czy nie, dobrze jestDSC_0685a zagrać, żeby móc pokazać się ze swoją muzyką.

C.: Generalnie wychodzimy z takiego samego założenia przed każdym koncertem, nie ważne ile jest ludzi, wpadamy, robimy swoje i tyle.

Suffer: Przede wszystkim bez spinania pośladków, bez nadmiernej napinki, gramy i koniec. Chyba po to są koncerty generalnie, chyba, że ktoś po coś innego gra?

Skoro o sztukach na żywo mowa, kilka ciekawych było Wam dane zagrać. Macie jakieś wyjątkowe (czy też wyjątkowo ekstremalne) wspomnienia koncertowe? Jakiś gig, który szczególnie utkwił Wam w pamięci?

C.: Zdecydowanie Korba (śmiech). Śląsk rządzi.

Gulver: Ja osobiście wspominam najlepiej koncert z XX-lecia Arkony. To był gig zorganizowany bardzo profesjonalnie, przyjęcie wówczas było wyjątkowo dobre. Mieliśmy co prawda o tyle ciężką sytuację, że musieliśmy grać po Arkonie, która zdecydowała grać jako pierwsza, ale mimo wszystko daliśmy radę i koncert zaliczam do jednych z lepszych.

Suffer: Wiesz, każdy koncert ma coś w sobie. Nie zagraliśmy ich zbyt dużo, ale każdy w jakiś sposób utkwił w głowie. Zawsze wyjazdom towarzyszą pewne, mniej lub bardziej zabawne, lub warte zapamiętania przygody. Ale rzeczywiście, chyba największe wsparcie, jak dotychczas, mamy w katowickiej publiczności. Prócz krakowskiej oczywiście. Mamy nadzieję, że oprócz Śląska uda nam się odwiedzić także inne rejony Polski czy nawet Europy. Wszystko przed nami.

Sed: Bardziej zamorskie rejony, typu Dolny Śląsk (śmiech).

Koncert ma na celu promocję waszej najnowszej, a zarazem pierwszej pełnej płyty „Ecce homo”, która ukazała się końcem grudnia ubiegłego roku. Jeśli przyjąć, że zespół Cień w swoim zalążku, jeszcze pod szyldem Malum, powstał z inicjatywy Gulvera i Suffera już w 2005 roku, tak trzeba przyznać, że blisko dziesięcioletnie oczekiwanie na pierwszy krążek to kupa czasu. Przypomnijcie zainteresowanym, jak to było z tymi początkami?

Suffer: Tak naprawdę Malum to nie był pomysł ani mój ani Gulvera, tylko jeszcze innego, bardzo dobrego kolegi. Jednak dzięki temu, że razem spotkaliśmy się i zaczęliśmy grać, powstał Cień, można zatem powiedzieć, że rzeczywiście był to pewien zalążek, którego następstwem był fakt, że gramy razem, że złapaliśmy do składu Chorza itd., itp. W sumie szkoda, że się ten pierwotny zespół rozpadł, bo miał duży potencjał na granie znacznie bardziej surowej muzyki, niż to co obecnie prezentujemy.

Gulver: Jeśli mówimy o następstwie, to właściwie część kawałków, jak choćby „Existance”, z naszego demo „Anti Humanity”, robiona była pod Malum, ale dopiero wraz z Cieniem ujrzały światło dzienne.

Suffer: Uchylając rąbka tajemnicy, mamy w planach odegranie i na żywo i być może studyjnie, jednego z kawałków Malum, który jest chyba najbardziej reprezentacyjnym dla tego zespołu utworem. Będzie to więc może taka miła niespodzianka, czy też ciekawostka, dla osób, które chodzą na nasze koncerty.

Zerkając na personalne wariacje nie trudno zauważyć, że nie macie szczęścia do basistów i gitarowych. W obecnym składzie również gracie względnie krótko. Powiedzcie coś o następcach Hlothar Virt’a i Nhor’a. Jak Prins i Sed dostali się do zespołu i jak układa się wasza współpraca? Jaki był ich wkład w powstawanie waszego krążka? I kto ma najwięcej do powiedzenia w kapeli? Czy trzon w postaci Suffera i Gulvera trzyma wszystkich w ryzach, a może w Cieniu panuje pełna DSC_0625demokracja?

C.: Trzonem, jeśli chodzi o kompozycje utworów, zawsze był Gulver i to nie podlega dyskusji.

Gulver: Tak naprawdę ja z Sufferem założyliśmy kapelę, więc weryfikujemy to co tworzy reszta. Nowy gitarzysta Sed grał kiedyś inną muzykę i musiał się dotrzeć, żeby wczuć się w to co gramy, ale sprawnie mu to poszło i już zasypuje nas pomysłami, które być może zostaną wykorzystane w przyszłości. Gitary na nową płytę to głównie moje dzieło. Odpowiadam za wszystkie bardziej akustyczne solówki, natomiast za te elektryczne odpowiada właśnie Sed, ale też były gitarzysta Nhor, kawałek „Umarły krzyk” z nowej płyty to jego kompozycja. Mam zasadę, że do basu się nie wtrącam, więc basista miał wolną rękę.

Sed: Jak chodzi o „wpasowanie” się do kapeli, moje i Prinsa, wydaje mi się, że nie mieliśmy z tym kłopotu i mam nadzieję, że reszta nie ma na co narzekać. A co do tego „przestawiania” o którym mówił Gulver, chodzi po prostu o to, że jestem trochę starszy od reszty chłopaków, dlatego można powiedzieć, że miałem więcej czasu, żeby przebrnąć przez różne, muzyczne gatunki, nie tylko metalowe. Nie uważam jednak, żeby to miało jakiś negatywny wpływ na moje poczynania w kapeli. Gra w Cieniu to dla mnie taki trochę powrót do moich pierwotnych muzycznych inspiracji, do których należał właśnie stary dobry black metal pokroju Mayhem czy Darkthrone.

C.: Sed potrzebował jakichś dwóch miesięcy, żeby się z nami oswoić (śmiech), za to w przypadku Prinsa już po pierwszej próbie wiedzieliśmy, że to jest „nasz” basista. Mam nadzieję, że w ten skład okaże się na tyle stabilny, że przynajmniej przez najbliższe pięć lat pozostanie bez zmian.

Gulver: Wiesz, nikt nie lubi zmian, ale one są nieuniknione. Zmiany w kapeli, chcąc nie chcąc, często cofają lub przynajmniej zatrzymują zespół, jednak te wcześniejsze były konieczne. Brak czasu, inne zobowiązania chłopaków – po prostu życie. Czasem trzeba ułożyć listę priorytetów. W ich przypadku nie było na niej Cienia. Dlatego mam nadzieję, że obecny skład rzeczywiście okaże się tym, z którym będziemy mogli iść dynamicznie do przodu.

Sed: Ja myślę, że jedyne co możemy zmienić w najbliższym czasie, to wyrzucić C. (śmiech)

Wróćmy do wydawnictw. Demo „Anti Humanity” na którym prezentowaliście najbardziej surową wizję waszych depresyjnych dźwięków przeszło bez echa. Późniejsza ep-ka „Time of Desolation” pomimo kilku przychylnych recenzji również nie wywołała większego szumu w „metalowym światku”. Czy zatem w przypadku „Ecce Homo”, które wydajecie pod szyldem Old Temple, spodziewacie się większego rozgłosu? Planujecie jakąś promocję krążka? Czy śladem wcześniejszych wydawnictw nikomu nic nachalnie do odtwarzaczy wpychać nie zamierzacie?

Gulver: Obecne czasy wcale nie są łatwe dla muzyki metalowej. To nie są lata 90-te kiedy polska telewizja transmitowała koncert zespołu Moonspell. Mamy może dwie, może trzy większe wytwórnie, które wydają i promują kapele lepsze i gorsze, czasem robiąc rozgłos dla samego rozgłosu, a czasem patrząc głównie na konotacje personalne, nie koniecznie na jakość muzyki. Jak ktoś znany gra w kapeli – świetnie – bierzemy, bo to się sprzeda. My nie mamy w kapeli sławnych osobistości, więc znacznie ciężej jest zaistnieć w tym całym kumoterskim światku. Ale grunt to grać i robić swoje licząc, że muzyka obroni się sama. Wiadomo, chcielibyśmy mieć sporą grupę odbiorców, ale nic na siłę. Ostatnio dość chłonnym rynkiem dla metalowych dźwięków z Polski jest rynek Ameryki Południowej. Mieliśmy już odzew z tamtych stron, zobaczymy, czy cokolwiek się z tego urodzi. Być może to jest sposób. Przecież sporo naprawdę dobrych kapel z Polski jest znacznie bardziej znana gdzieś poza granicami kraju.

C.: A ja to ujmę tak. Jak sama nasza nazwa wskazuje, pozostajemy w cieniu i ogólnie mamy wywalone na to co kto o nas mówi i na tzw. „rynek”. Ba, nawet nie wylądowaliśmy na masterfulu i to jest plus.

człowiek jest mentalnym gównem

człowiek jest mentalnym gównem

Gracie swoje, choć depresyjna odmiana black metalu nie jest zbyt popularna w naszych polskich granicach a i przedstawicieli niewielu. Jak myślicie z czego to wynika?

C.: Moim zdaniem, jesteśmy najmocniejszym przedstawicielem tego gatunku – depressive black metalu – w Polsce. Ha, ale jestem skromny (śmiech). Jest jeszcze Pustota i kapela gitarzysty tego zespołu – Man o’Moon Faces. No i Odraza dodała swoje trzy grosze, bo moim zdaniem ich muzyka jest bardzo depresyjna, zalatuje mi Shiningiem.

Suffer: Nie chciałabym, żebyśmy byli szufladkowani jako kapela grająca depressive black metal, ponieważ go nie gramy. Od kiedy zaczęliśmy z Gulverem grać, nigdy nie zakładaliśmy, że będziemy grać depressive black metal, melodic black metal czy jakikolwiek black metal, lub w ogóle black metal.

Gulver: O ile osobiście lubię wspomniany gatunek, to jednak kojarzy się on często jako coś prymitywnego. My, jeśli już ktoś musi określić to co gramy jako depressive, zawsze chcieliśmy grać ambitniej niż klasyczni przedstawiciele tego gatunku. I jakościowo i kompozycyjnie. Głównie właśnie w jakości często jest problem, wiadomo im więcej brudu, tym bardziej tru, ale ja osobiście tego nie podzielam. Skoro Chorzo już wspomniał o kapeli Shining (szwedzkiej), to uważam, że właśnie oni jako pierwsi grali depressive, gdzie produkcja to nie jedynie szum rzeki i nic poza tym, gdzie liczy się zarówno jakość nagrania (wiadomo nie wymuskana, ale po prostu dobra), jak i pomysł urozmaicenia kompozycyjnego.

Suffer: Shining, tak, ostatnią płytą depressive w ich przypadku był „Halmstad”, a jak ktoś twierdzi inaczej to znaczy, że jest głuchy. A tak swoją drogą czekam, bo gdzieś tam Kvarforth mówił, że nowa płyta, która ma wyjść w kwietniu, ma być i dla miłośników i V i wcześniejszych nagrań, więc ciekaw jestem.

Jeśli jesteśmy przy kwestiach gatunkowych i promocyjnych. Od jakiegoś czasu obserwujemy wykwit post-wszystkiego, na naszym podwórku np. post-furiowych tworów, które prześcigają się w wymyślaniu polskojęzycznych nazw dla kapel i graniu jak najbardziej leśno-nihilistycznego metalu, co tu dużo mówić, zazwyczaj z bardzo miernym skutkiem. Cień z tego co mi wiadomo, również swoją polską nazwę zawdzięcza chociażby upodobaniu Furii czy Mgły, jednak Wy raczej nie chcecie ich kopiować, szukając swojego brzmienia. Co sądzicie o takich masowych wykwitach post-czegoś czy nachalnych akcjach promocyjnych? Lub szerzej, co sądzicie o kondycji tzw. „sceny”?

Suffer: Jeśli chodzi o nazwę zespołu, fakt, coś w tym jest, kiedyś tak powiedziałem, ale równie dobrze można zapytać gościa ze Szronu, czy nie sugerował się jakąś polską kapelą, moim zdaniem ta kwestia to takie bzdety, niewarte rozdłubywania. Co do „sceny”, ciężki temat. Obecnie w Polsce widać taką tendencję, o której rozmawialiśmy w naszym zestawie zespołowym, a o czym wspomniał już pokrótce Gulver – im więcej masz gości na płycie i znanych osób w zespole, tym jesteś bardziej znaną kapelą, bardziej „tru” kapelą i chyba umiejętną kapelą. Gdybyśmy mieli w pewnym utworze przez pięć sekund gitarzystę zespołu X, to przypuszczam, że wylądowalibyśmy na okładce Metal Hammera, a jakbyśmy mieli przez dziesięć sekund przypuśćmy wokalistę zespołu Y, to nasze mordy zdobiłyby nowy Terrorizer. A kwestia co gramy, jak gramy i po co gramy, zeszłaby na drugi plan. Nie wiem, nie rozumiem tego i nie Okładkapodzielam, ale tak to widzę.

Gulver: Z tą nazwą to trochę chłopaki pomieszali fakty. Otóż, o ile mnie pamięć nie myli, a pamiętam ten fakt dość dobrze, w czasach licealnych grałem w kapeli, która nazywała się Shadow. Później, kiedy już nasze drogi z Michałem (Sufferem) się jakoś zeszły, zaproponowałem dla naszego zespołu polskojęzyczną wersję tejże nazwy. Nie przypominam sobie, żeby były w tym jakieś inspiracje konkretnymi kapelami, po prostu, jesteśmy polakami, żyjemy w Polsce, to i nazwę wybraliśmy po polsku.

Suffer: Mamy w planach nazwać nowy projekt w języku izraelskim, czy tam hebrajskim i na każdym koncercie zginie 50 osób, do tego specjalna edycja płyt z guzikiem do autodestrukcji. Ogólnie wszyscy powinni zginąć (śmiech).

Skupmy się przez chwilę na waszym najnowszym wydawnictwie. „Ecce Homo” – oto człowiek. Zdaje się ono być kontynuacją kierunku obranego na ep-ce. Jest nadal mrocznie, depresyjnie, czarno, chwilami nostalgicznie, jednak w moim odczuciu to, co najlepsze w Waszej muzyce, to jakiś taki niemal rock’n’rollowy drive. Jak wy oceniacie swój materiał? Doszły już do Was jakieś opinie na ten temat? Jakie macie wzorce, inspiracje?

C.: Pamiętam jedną opinię, że jesteśmy Shiningiem dla ubogich. Ale to było odnośnie ep-ki i w pewien sposób był to prztyczek w nos. Redaktor zarzucił tym cytatem kolegi, by stwierdzić, że może nie jego stylistyka, ale ok., nie ma sensu pewnych rzeczy drążyć a krytykę moim zdaniem należy przyjmować w każdej formie.

Gulver: Co znaczy Shining dla ubogich? Że kopiujemy Shining? W jakim względzie? Najbardziej śmieszy mnie fakt, że porównują nas do jakichś kapel, o których nawet nie słyszeliśmy. Staram się nie wzorować na niczym, a po prostu grać to co we mnie siedzi, a że czasami podświadomie przemycam coś do muzyki, którą tworzę to inna kwestia. Mamy ograniczoną ilość dźwięków, więc najzwyczajniej w świecie jak ktoś będzie chciał wynaleźć choćby najbardziej absurdalne podobieństwa, to je wynajdzie.

Suffer: Prawda jest taka, że mogłabyś zapytać 200 innych kapel, w tym największych jak Slayer czy Metallica, na czym się wzorują – oni po prostu słuchają muzyki, to nie jest wzorowanie się, a granie swojego, choć może mają gdzieś w głowie riffy, które kiedyś słyszeli. Nie oszukujmy się, najlepsze riffy powstały w latach 80-tych i tego nikt nie zmieni. Teraz można je jedynie zagrać na innej skali w innym tempie itd…

Gulver: Jak chodzi o nową płytę, to akurat znaczną część kawałków skomponowałem nie słuchając właściwie innej muzyki. Zabawne jest, że na przykład w kawałku „Despair Tears and Blood”, dopiero po miesiącu zorientowałem się, że podświadomie nawiązałem do Leonarda Cohena. Ale nawiązanie a kopiowanie to różne kwestie. Lubię tego muzyka, szanuję, słuchałem, więc pewnie gdzieś jego kompozycje we mnie zostały.DSC_0584a

Ponieważ nie dostałam tekstów, a jak wiadomo, lubię się czepiać tejże kwestii, przybliżycie, o czym opowiada płyta. Oto człowiek – nazwa, tytuły i to co udało mi się wyłapać, sugerują, że rozprawiacie o kondycji obecnego człowieka. No właśnie, jaka ona jest według Was? Czy świat obecnie rzeczywiście leci na łeb, na szyję, na skręcenie karku?

C.: Teksty, hmmm… Człowiek jest mentalnym gównem i właśnie to starałem się wyrzucić w tekstach, tak najbardziej ogólnie mówiąc. No prócz „Slave of Live”, bo to nie mój tekst, a naszego byłego basisty.

Suffer: Tak dla rozwinięcia to sama koncepcja albumu miała właśnie tyczyć się tego, jakie mamy podejście do rasy ludzkiej. Przewrotnie mówiąc wszystko o ludzkości napisał już Famine (Peste Noire) w tekście do utworu „La Condi Hu”…  My tylko chcieliśmy ubrać to w inne słowa….

Polska nazwa, polski zespół, a jeśli chodzi o teksty, to zdecydowana przewaga anglojęzycznych treści. Czy to z racji faktu, że – cytując fragment pewnej gorzko-wesołej piosnki – „po angielsku wszystko brzmi o całe piekło lepiej, a dowolny debilizm przejdzie w języku Shakespeare’a”? Nie od dziś wiadomo, że pisanie w ojczystym języku tekstów posiadających jakąś wymowę łatwe nie jest, a nie każdy rodzi się Kostrzewskim lub Nihilem. Czy planujecie w przyszłości pozostać przy angielszczyźnie, czy może planujecie podjąć trud zmagania się z polską mową? A może jak w przypadku „The Clock”, skorzystacie z dorobku poetów?

C.: Generalnie po angielsku wszystko brzmi o całe piekło lepiej. Jest właśnie tak, jak Tymek zaśpiewał. Ogólnie mam tak, że jak napiszę tekst, to nieważne czy po polsku, czy po angielsku, stwierdzam, że jest chujowy. Nie jestem Nihilem, nie jestem lingwistą, nie jestem poetą, aczkolwiek staram się opatentować swoją formę. A czy teksty będą po angielsku, czy polsku, kto wie? Może cała przyszła płyta będzie po polsku, a może nie.

Z tego co mi wiadomo, niebawem planujecie wydać kompilację złożoną z waszego dema i ep-ki. Czy ukaże się ona również nakładem Old Temple? W sumie od preDSC_0569miery upłynęło niewiele czasu, więc i pewnie niewiele da się w tej kwestii powiedzieć, ale czy na chwilę obecną jesteście zadowoleni ze współpracy z tą stajnią? Czy macie jakieś niepisane lub pisane „umowy” co do kolejnych materiałów, a może w przyszłości szykujecie jakieś podboje wielkich wytwórni?

Gulver: Co do wszelkich umów, to wszystko zawsze na piśmie, nic na gębę. Zawsze chcemy mieć wszystko na papierze. Jeśli chodzi o naszą współpracę… dobrze, że znaleźliśmy wydawcę, jednak nie jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani, bo obsuwa wydania krążka była znaczna (prawie półroczna). Podejście wydawnicze w stylu – ok, wydam Was jak będę mieć czas i pieniądze, nie jest w moim przekonaniu najlepszym rozwiązaniem. Oczywiście, jeśli nowa płyta zyska jakiś rozgłos (a mam nadzieję, że zyska, bo to moim zdaniem naprawdę dobry materiał) pewnie będziemy rozglądać się w przyszłości za innym wydawcą.

Suffer: Jak na razie minęły zaledwie trzy tygodnie od wydania płyty, więc ciężko cokolwiek powiedzieć. Zobaczymy, jak duży będzie odzew jak chodzi o recenzje, czy możliwości koncertowe. Fakt, trochę jesteśmy rozczarowani terminem. A co do reszty to się okaże.

Miło się siedzi, miło się pije, miło się rozmawia, ale wszystko co dobre musi się skończyć, tak więc na koniec tradycyjnie już pytanie o przyszłe poczynania Cienia. Jakieś plany, jakieś wizje, jakieś sensacje?

Gulver: Aktualnie mamy już kilka utworów. Jednak zanim nowa pełna płyta i plany co do niej, chcielibyśmy zrobić jakiś split. Będziemy rozglądać się i negocjować z rodzimymi zespołami i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Przynajmniej ja chciałbym ten split zrobić z jakąś w moim przekonaniu dobrą, polską kapelą. Jednak ten aspekt jest dopiero w fazie przemyśleń. Muzyka się tworzy w każdym razie.

C.: Ja bym chciał split z kapela francuską, jakieś Peste Noire może, czy coś (śmiech).

Rozmawiała: Justyna Bochenek

Zdjęcia: archiwum zespołu/Justyna Bochenek