CATHETER – grind core to nasza miłość

Po szesnastu splitach i dwóch albumach studyjnych, pochodzący z Denver twór o jakże sugestywnej nazwie Cewnik postanowił raczyć nas trzecią płytą. Już jej tytuł – „Southwest Doom Violence” wiele mówi o zawartości krążka. Gwałcący uszy, old school’owy grind core zmieszany z gruzowatymi zwolnieniami nie zapewni może wrażeń artystycznych na poziomie operowym, ale jeśli chcecie zostać sponiewierani jak za czasów „Scum”, jest szansa na spełnienie. Namówiony na krótką pogawędkę zespół zdradził, dlaczego lubi grind, co porabiał przez ostatnie lata a także dlaczego Szwecja jest gorsza od Polski…

 

 

Jak tam nastroje po wydaniu najnowszej płyty? Zadowoleni?

Czujemy się świetnie bo udało się zrobić ten materiał w bardzo naturalny sposób. Wszystko poszło bardzo sprawnie. Niczego nie musieliśmy robić na siłę. Kocham te nagrania, również to, co zrobił  z tymi kawałkami w studiu Steve Goldberg z Cephalic Carnage.

Zanim przejdziemy do nowej płyty, chciałem się dowiedzieć, dlaczego zdecydowaliście się na taką, dość dziwną nazwę zespołu? Skąd ten pomysł – czy ma dla was specjalne znaczenie?

Nazwę wymyślił nasz oryginalny wokalista i jesteśmy na nią skazani… Dlaczego? Bo ta idea i jej klimat nadal dobrze reprezentuje hałas, który robimy. Ma to swoją moc.

Jesteście od zawsze klasyfikowani jako zespół grindcore’owy. CZy to dla was  optymalne określenie? Co według Ciebie oznacza?

Ten termin jest dla nas najlepszy! Jemy, śpimy i żyjemy grind core’m. Oczywiście, w najszerszym zakresie podczas tras. Grind core to nasza miłość!

Wasza poprzednia długogrająca płyta ukazała się siedem lat temu. To kupa czasu!  Co przez te lata się z Wami działo?

Człowieku, zajmowaliśmy się grind core’m! Głównie były to nieustanne trasy, promowanie materiału. Nie jesteśmy zespołem, który chce każdego roku mieć nowy, pełny album, musimy czuć, że mamy coś nowego do powiedzenia. Trudno jest tak często stworzyć w tym gatunku nową muzykę bez powtarzania się. Zazwyczaj czekamy na moment, kiedy nowa muzyka jest w naszym mniemaniu czymś zaskakującym, czymś, co posuwa Catheter do przodu.

Co zatem jest ważniejsze dla was, kiedy szukacie tych nowych dźwięków – rozwój techniczny czy raczej pomysł, riff?

Dla nas ważna jest jakość naszej muzyki, oryginalność, umiejętności oczywiście też, ale najważniejsze jest to, by być wiernym old school’owej formule grind core’a.

W waszej muzyce wyraźnie słychać punk rockowe korzenie – to trzon, który powoduje, że można bez problemu określić pierwotne fascynacje – mam rację?

Tak, mogę powiedzieć, że do pewnego stopnia masz rację, ale my jesteśmy przede wszystkim grind core’owym zespołem.  Jeff  i H Murder  poznali grind core, kiedy dopiero powstawał, kochamy przede wszystkim oryginalne, klasyczne gówno, z okresu, kiedy Earache była jeszcze dobrą wytwórnią, zespoły typu Siege, Deep Wound czy Heresy.  Widzieliśmy wiele zespołów, które grały grind core’a i rozpadały się czy zmieniały styl, ale my zawsze byliśmy w tym miejscu i gramy taką muzykę bo kochamy ten styl i nigdy nie będzie to dla nas jakiś towar czy produkt.

Wracając do muzyki – czym różnił się proces komponowania i nagrywania „Dimension 303” od prac nad „Southwest Doom Violence”? Jakie są różnice między tymi płytami?

grind core to nasza miłość!

grind core to nasza miłość!

Muzyka na najnowszej płycie jest nieco bardziej osadzona, zwarta, grana „w punkt” oraz krótsza. Chodziło nam o to, że 40 minut grind core’a nie jest w stanie utrzymać  uwagi słuchacza. Taka prawda… Nowa muzyka jest bardziej surowa brzmieniowo, chaotyczna, ale muszę przyznać, że produkcja jest znakomita. „Dimension…” był troszkę przeprodukowany, nie miał tego surowego sznytu. My uwielbiamy ciężar, syf i gruz, dlatego chcielibyśmy jeszcze bardziej pójść w stronę sludge i umieścić takie elementy  naszej muzyce, ale to uda się zapewne zrobić na naszej następnej płycie – Doom To Grind. Czekajcie!

Skoro mamy już jakiś obraz samych dźwięków warto na chwilę skupić się na stronie tekstowej – czego dotyczy ten album, co chcieliście przekazać za pośrednictwem tych piosenek?

Jeśli chodzi o teksty, to duży wkład miał Nate z Black Market Fetus, który pomagał nam wokalnie podczas koncertów w 2010 roku. Reszta to opinie, pomysły zmieszane z własnymi doświadczeniami. Myślę, że są bardzo wyraziste. Np. piosenka „Encapsulation” jest o śmierci przez zamarznięcie. Z kolei „Can’t Dream” jest o tym, jak brak snu prowadzi do szaleństwa. „Ingestion”  jest o zabieraniu rolnikom ziemi, o procesie genetycznej mutacji nasion i roślin, jak kukurydzy, którą wprowadzono do masowego użycia, bez troski o długofalowe skutki uboczne…

Myślisz, że za pomocą słów możecie zmieniać ludzkie zachowania czy przynajmniej poglądy?

Nie sądzę, by można było ludzi w ten sposób zmienić. Chodzi o to, by raczej dać im wiedzę i pomysły. Możemy się zmienić wtedy, kiedy tego sami chcemy…

Wasza nowa płyta ma bardzo sugestywny tytuł, który w dużej mierze obrazuje muzykę, która oprócz gwałtownych, punk/grind’owych elementów zawiera także dawkę ociężałego doom/sludge metalu – czy to jest finał ewolucji Catheter?

Mamy nadzieję, że nie, bo co to za zespół, który nie może się rozwijać, zmieniać i udoskonalać? Nie chcemy tylko nagrywać kolejnych płyt, zleży nam na tym, żeby ciągle być tak bardzo innowacyjnymi, jak to tylko możliwe.

Jak zatem przebiegała sesja nagraniowa nowej płyty – trudny proces? Jak wspominasz ten okres – było zabawnie?

Nie, przeciwnie, to był bardzo przyjemny czas, nasz inżynier, Steve Goldberg był bardzo cierpliwy i nigdy się nie denerwował, kiedy zabieraliśmy mu czas naszymi pomysłami, czy kombinacjami podczas nagrywania nowych utworów. Opłacało się. Nie było do końca wesoło, raczej utkwił nam w pamięci smutny fakt – w trakcie sesji nagraniowej zmarła matka Steva (RIP). Ale on się nie zatrzymał, tylko jeszcze intensywniej pracował nad naszym materiałem. NAPRAWDĘ polecam tego gościa! Gdyby to trafiło na mnie, nie byłbym w stanie pracować, tylko pogrążyłbym się w bezdennej rozpaczy…

Ok., przejdźmy zatem do przyjemniejszych elementów waszego życia, czyli koncertów – jakie były najlepsze koncerty w karierze Catheter a o których chcielibyście zapomnieć? Niedawno graliście też w Polsce – jakie macie wspomnienia z krakowskiego występu?

Tak, najgorsze występy na ostatniej, europejskiej rasie to niewątpliwie koncerty w Szwecji. W Gothenburgu było może 12 osób, na szczęście graliśmy z świetnym zespołem z Algierii  – Democratia. Podobnie było w Sztokholmie. Osiem osób na sali, w zasadzie strata czasu… Ale z kolei Kraków był niesamowity. Graliśmy z cholernie fajnymi zespołami, szczególnie Cast In Iron, których słuchaliśmy już z płyty. Organizator koncertu był spoko kolesiem, więc spędziliśmy czas na alkoholizowaniu się w tym pięknym miejscu, jakim jest Kraków. Mogę powiedzieć, że to nasze ulubione miejsce w Polsce. Gość, u którego nocowaliśmy – Tomek – był niesamowity, przez niego cały czas się śmiałem, to była chaotyczna noc, he, he… Ale pieprzonym kluczem do takich dni jest oczywiście organizacja. Żadnych, kurwa, kompromisów…

Ok., powiedz jak wygląda wasze życie poza trasami i pracą w zespole. Czym się zajmujecie, jak wasze  rodziny reagują na muzykę?

Mamy wszyscy jakieś zajęcia, ale także inne zespoły, w których hałasujemy. Jeff gra w zespołach  Tree of Woe i Sinister Creed, H Murder działa w Capitalist Casualities i różnych innych projektach. Z kolei Brandon gra chyba w pięciu zespołach. Pracujemy w różnych miejscach, min w gastronomii i imamy się dziwnych zajęć, dzięki którym możemy prowadzić życie takie jak lubimy.

Jakie macie plany na najbliższą przyszłość?

No więc trasy koncertowe przez najbliższych siedem lat, aż napiszemy następną płytę.  Przygotowujemy tez Split z Exhibit Atrocity, mamy też plany na następnych kilka splitów…

Rozmawiał Arek Lerch