CANNIBAL CORPSE –  po co grać szybciej?

W Violence zazwyczaj staramy spotykać się z muzyką oryginalną, jednak nie jesteśmy nieczuli na klasyków gatunku, bez których te bardziej pokręcone rzeczy nie miałyby przecież miejsca. Zresztą, już nazwa Cannibal Corpse mówi sama za siebie. Ponad 22 lata na scenie, kilkanaście krążków, szacun fanów na całym świecie. Ikona death metalu wydała swój dwunasty album, który rewolucji nie wznieca, ba, nawet purytańscy Germanowie nie wnieśli zażaleń. Co nie zmienia faktu, że to parę ton ołowianych riffów, wokalnych rzygowin i koszmaru na starym, dobrym poziomie. Dlatego postanowiłem skontaktować się z zespołem, żeby na luzie, bez spiny pogadać o tym, co w trawie growluje. Ustawienie wywiadu było dość karkołomne, jednak w końcu o okrutnej, nocnej porze zadzwonił Pat O’Brien, odpowiedzialny za lwią część masakrycznych, kanibalowych riffów. Wyszła z tego całkiem sympatyczna rozmowa, która w jakiś tam sposób puentuje najnowsze dzieło Cannibal Corpse – „Torture”.

 

 

Może to trochę dziwne pytanie na początek, ale czy nadal uważasz, że jesteście ludziom potrzebni?

Pat:  Zależy, jak na to spojrzeć. Jeśli chodzi o sprzedaż, nadal nasze płyty znajdują nabywców, więc komuś jesteśmy potrzebni. Na koncertach też nie jest pusto,  myślę zatem, że nadal jest ok. Oczywiście, można spojrzeć na to bardziej ogólnie, ale wtedy dojdziesz do wniosku, że  metal nie jest już potrzebny, bo przecież słucha go mniej osób niż naście lat temu. Człowieku, wszystko się zmieniło, a my chcemy robić swoje, bo to lubimy – nie mamy do tego prawa?!  Nie możesz go odmówić zarówno nam, jak i tym, co przychodzą na koncerty…

Jasne, rozumiem, zatem, że nowa płyta to tylko i wyłącznie powód do satysfakcji…

Szukasz chyba problemu, he, he…  Jasne, że tak, co mam powiedzieć?  Wiesz, dla mnie nadal liczy się szczerość i gdybym uznał, że mnie to nudzi, darowałbym sobie. Nowa płyta jest na pewno taka, jak planowaliśmy – ciężka, mroczna i zła. To ciągle Cannibal Corpse, ale ponownie nieco inny, z innym klimatem. Zmieniamy się, ale cały czas jesteśmy sobą. Może być?

Dobra, może więc przybliżysz tym niezdecydowanym zawartość płyty?

Jak już wspomniałem, nadal brzmimy jak Cannibal. Mamy taką zasadę, że za każdym razem, zamiast odchodzić od własnego stylu, staramy się raczej dojść do jądra tego, czym jest Cannibal Corpse. Słyszysz niby te same numery, ale jeśli porównasz je z poprzednimi płytami zauważysz, że te nowe są głębsze, cięższe i jeszcze bardziej osadzone w naszym stylu. Wydaje mi się, że udało nam się tym razem zrobić trochę bardziej zróżnicowanych rzeczy, miejscami bardziej technicznych, wymagających. Ale to nadal takie właśnie dobre, Kanibalowe piosenki z gniotącym brzmieniem (śmiech…).

Jesteś pewnie kompozytorem sporej części materiału – masz jakiegoś swojego ulubionego killera?

Tym razem wszyscy maczali palce w nowych numerach. Alex, Paul i Rob, stworzyliśmy sporo rzeczy, potem zaczęła się tworzyć długa lista tytułów. Jeśli chodzi o nowy album… tak, mogę powiedzieć jedynie, że bardziej podoba mi się pierwsza połowa płyty. Tak wyszło…

Tak się zastanawiam, choć możesz mnie za to oskalpować, że dla wielu współczesnych maniaków ekstremalnego metalu Kanibale są już zbyt „lajtowi”. Czy uważasz, że wasza muzyka nadal może stanowić zagorzenie dla potencjalnych słuchaczy?

po co grać szybciej?

po co grać szybciej?

Nie zamierzam cię mordować, każdy ma prawo do własnego zdania. Muzyki jest od groma, więc nikt nie każe na siłę słuchać Cannibal Corpse. A jednak  ludzie nas słuchają, więc coś w tej muzie musi być. Co do ekstremy – jasne, zdaję sobie sprawę, że scena death metalowa jest dzisiaj inna, istnieje  wiele grup grających szybciej, technicznie i może bardziej obscenicznie. Ja np. lubię różne rzeczy – czasami posłucham metalu a czasami wręcz przeciwnie. Więc ktoś może posłuchać nas a potem czegoś mocniejszego. Nie interesuje nas osiąganie kolejnych pułapów ekstremy, bo liczy się raczej zgłębianie własnych kompozycji a nie tworzenie muzyki na zasadzie rywalizacji. Po co mielibyśmy grać szybciej? No bo ciężej niż my już się nie da (śmiech…).

 Osobiście uważam, że najlepsza płyta Kanibali minionej dekady to „Kill”. Jest na niej muzyka inna, bardziej intensywna i  zła, inaczej napisana…

Myślę, że wynika to po części z faktu, że do zespołu przed nagraniem płyty dołączył wracający po latach Rob Barrett. To na pewno wpłynęło na jakość tej płyty. Byliśmy wtedy szaleni, coś w nas drgnęło inaczej. Tym razem to była praca moja i Roba, więc  zwartość materiału wpływała na jego całościowy odbiór. Zawarliśmy w nim maksymalną wściekłość i po latach to słychać. Nie ma co ukrywać, lubię ten stuff…

Wracając do „Torture”, ten album wygrywa z kolei za sprawą ultra ciężkich riffów, które brzmią jak kawałki ołowiu rzucane na głowę. Zakładaliście stworzenie najcięższych kompozycji w karierze, czy po prostu „tak wyszło”?

To nasz dwunasty album, więc można powiedzieć, że jesteśmy profesjonalistami. Dlatego dokładnie wiemy, jak mają  brzmieć nasze płyty. Na pewno znaczenie miał fakt miejsca, gdzie nagrywaliśmy płytę. W studiu w El Paso był nieco inny sprzęt, mikrofony. Poza tym – styl pracy. Zamiast studia gdzieś w pobliżu naszych domów, gdzie byśmy po prostu dojeżdżali, mieszkaliśmy w tym miejscu, budziliśmy się i można było pracować, bez myślenia, że o 16 spadamy do chaty. Taki styl pracy pozwolił skupić się tylko na muzyce a to na pewno wpłynęło na lepsze dopasowanie brzmienia, wyszukanie takich możliwości instrumentów i sprzętu do nagrywania, żeby wszystko było boleśnie prawdziwe, żywe i ciężkie.

Właśnie – czy po tylu latach bycia razem w zespole nadal możecie mówić o sobie, że jesteście przyjaciółmi czy tylko kumplami z pracy?

Ponad dwadzieścia lat razem – w moim przypadku piętnaście –  może zjednoczyć albo przeciwnie – wygenerować wrogów. Nam udało się zachować dobre stosunki i mogę powiedzieć, że jesteśmy sobie bliscy. W takim zdrowym rozumieniu, wiesz, nie spędzamy ze sobą każdej wolnej chwili. Poza tym, jak jesteśmy razem, też trzeba umieć się relaksować tak, żeby innych nie wkurzyć (śmiech…). Często mówi się o zespołach jak o rodzinie. Pewnie i my taką jesteśmy. Raz zgodną a raz nie.

Muszę o to zapytać – jak grało się z bogami thrash’u – Slayer, zastępując Jeffa Hannemann’a. Ręce Ci się pociły?

Pieprzone, trudne wyzwanie. Cholerna, mocna rzecz! Miałem nieco ponad tydzień, by nauczyć się kawałków. Cały czas grałem, bez przerwy, żeby wszystko wyszło, obserwowałem zespół. Na szczęście członkowie Slayer byli absolutnie ok. wobec mnie. Co ci mam powiedzieć… To było niesamowite, cudowne doświadczenie grać razem z bogami…

Twój entuzjazm świadczy o tym, że wspomnienia ze starych, zamierzchłych czasów nadal podnoszą ciśnienie. Jak porównujesz swoje wspomnienia z tym co jest teraz – ogarnia cię rozczarowanie?

Tu nie chodzi o rozczarowanie, bo wszystko się zmienia i nie mam co narzekać, przecież robię dokładnie  to, co lubię. Wtedy, kiedy byłem gówniarzem, wszystko było prostsze. Mocniejsze i intensywne. Nie było kasy, piwo zastępowało żarcie, sprzęt był kiepski, ale nastroje takie, że chcieliśmy zdobyć świat. Teraz jest lepiej, sprawniej i profesjonalnie, jest kasa. Tyle, że teraz jest to zwykły biznes. Tylko tyle…

Niektóre zespoły, chcąc zapewne powrócić do tych czasów, montują stare składy i grają retro – koncerty. Czy wyobrażasz sobie, że Cannibal  Corpse gra np. „Butchered At Birth Tour” a za mikrofonem pojawia się gościnnie Chris Barnes?

Nie, sorry, ale nie widzę tego. Daj spokój…

Dobra, więc krótka piłka – najlepszy i najgorszy koncert Cannibal Corpse w minionym roku?

Ok., najlepszy – występ na Wacken Open Air w Niemczech. Wszystko było idealnie. Rewelacja. Najgorszy – koncert w Kolumbii – wszystko było do dupy, kiepskie nagłośnienie, psujący się sprzęt, nic nie działało, jedynie ludzie byli ok., ale wiesz, jak na scenie nic ci nie gra jak należy to schodzisz zwyczajnie wkurwiony.

I na koniec najskrytszy sen Pata – kolejne dziesięć lat z Cannibal Corpse?

Kto wie…

Rozmawiał Arek Lerch 

Zdjęcie koncertowe: Antony Roberts (www.metalgigs.co.uk)