CALM THE FIRE – odciąć się od wszystkiego

Trójmiejski Calm The Fire rozwija skrzydła. Gdzieś obok możecie przeczytać, co sądzę o ich najnowszej płycie, dlatego nie będę się rozwodził jakie to z nich kozaki. Dość, że mroczna, brudna mikstura punka i hardcore’a, doprawiona nieco sludge’owymi eksperymentami, które – jak twierdzą sami zainteresowani – nigdy nie zdominują muzyki, żre bardzo dobrze, wali po nerach i otwiera oczy na zło tego świata. Może to dzisiaj niepopularne, ale CTF mają szansę, by komuś pomóc w zrozumieniu swojego miejsca. Więcej dowiecie się z obszernego wywiadu z zespołem, gdzie wyjaśnimy kilka drażniących kwestii i poddamy wiwisekcji poglądy na współczesną scenę hc i życie. Bo nic nie boli tak, jak ono…

 

Od wydania płyty „There Is No Cure” upłynęło już trochę wody w Wiśle i to JEST właśnie dobry moment, żeby przyjrzeć się płycie bez ciśnienia, na zimno – jak dzisiaj oceniacie te nagrania? Nadal full zadowolenie?

Radek: Nigdy nie jestem full zadowolony i szczerze mówiąc, to po nagraniu od razu myślę o kolejnych utworach, które trzeba zrobić i nagrać.

Pacior: Nigdy nie byłem w pełni zadowolony z naszych nagrań, ale to chyba dobry objaw? Najwięcej zastrzeżeń zawsze mam do siebie, ale to dlatego chyba, że po prostu nie lubię słuchać swojego głosu i wiem, że zawsze mogłem to zrobić lepiej.

Swoją nową płytą Calm The Fire wpisuje się w nawrócony na właściwą drogę hc/punk, który nie stroni od elementów metalowych, nade wszystko uwielbiając mrok, chaos i na wskroś brudne brzmienie. Czy poszukiwanie jądra ciemności jest tu głównym motorem działania?

R: Chyba nie poszukujemy jądra ciemności (śmiech). Robimy taką muzykę, jaka w danym momencie wychodzi nam z paluchów. Nie wydaje mi się, żebyśmy zakładali, że akurat teraz chcemy grać tak, a nie inaczej. Jedno jest pewne, nasza muzyka chyba nigdy nie będzie ładna i pozytywna, bo takiej po prostu nie czujemy. W każdym bądź razie na pewno ja nie odnajduję się w muzyce ładnej, łatwej i przyjemnej. A co do metalu to ja się na nim wychowałem i bardzo trudno mi od tego uciec. No i raczej nie chcę.

Na „There…” można znaleźć elementy charakterystyczne dla tzw. death’n’rolla – co jest w tej muzyce takiego zajebistego, że ze światka metalowego tak mocno wsiąknęła w środowisko hardcore’owe?

R: W sumie to nawet nie wiem co to ten death’n’roll. Ale bardzo lubię „Uprising” Entomed!

P: Każdy z nas bardzo lubi „Uprising” i generalnie Entombed. Myślę, że wiele hc/punk kapel jara się właśnie tą płytą, gdyż jest ona GENIALNA. To jest chyba odpowiednie słowo by oddać jej cześć. Kompozycje, brzmienie, motoryka i nawet szata graficzna są perfekcyjne! Jest w tym cholernie dużo punk rocka, dlatego tak chętnie wszyscy z tego czerpią. Ja osobiście nie słyszałem żadnej innej death and rollowej kapeli, poza zrzynaczami Entombed.

Osobiście uważam, że w kawałkach typu „Epitaph” czy „The End” pokazujecie swoją drugą naturę. Kiedy miłość do sludge metalu i noise przeważy i nagracie całą płytę w takim klimacie?

R: Te kawałki to odjazdy Wojtka. Nie zatrzymujemy go jak wpada w trans ha, ha. Ale nie wydaje mnie się żebyśmy kiedyś nagrali taką płytę, z tej prostej przyczyny, że to tylko on gra a nas jest 4, więc to musiałby być jego solowy projekt. Poza tym takie rzeczy są fajne jako przerywniki, tudzież inne intra i outra.

P: Mam nadzieję, że nigdy, bo albo musiałbym się nauczyć śpiewać albo spać na scenie ha, ha. Te odjazdy Wojtasa to są super przerywniki/wypełniacze/urozmaicenia szczególnie „The End”. Bardzo to lubię, ale taka płyta nie przejdzie.

Minorowy klimat muzyki i okładka jednoznacznie  puentują zawartość literacką płyty – czy możesz (to do Paciora…) opisać w jednym, żołnierskim zdaniu, co chciałeś słuchaczowi powiedzieć za pośrednictwem „There Is No Cure”?

odciąć się od wszystkiego

odciąć się od wszystkiego

P: Tytuł jak i wszystkie teksty są moim osobistym wnioskiem, że nie ma leku na głupotę tego społeczeństwa i chorych mechanizmów, które ustawiły funkcjonowanie świata w taki, a nie inny sposób. Mam dość wciskania kitów, że branie udziału w wyborach jest moim obywatelskim obowiązkiem, za dużo razy słyszałem idiotyczne sądy nad moją dietą. Ludzie za bardzo są skoncentrowani na takich sprawach jak wygląd, orientacja seksualna czy światopogląd. Jeśli wyłamujesz się to jesteś albo pedałem albo lewacką kurwą. Możesz być jeszcze Żydem albo innym sługusem komunistów. Dlatego staram się po prostu odciąć od tego wszystkiego, robić swoje i nie zwracać uwagi na tych ludzi. Kreuję swój własny świat, bo wiem, że tego nie zmienię i z nim nie wygram. Zresztą on sam niedługo pierdolnie na pysk.

Oprawę brzmieniową płyty zapewnił polski, dwugłowy Kurt Ballou –  tandem Borsuk Bros – jak współpracowało się z tymi trudnymi przecież typami – wycisnęli z was wszystkie soki?

R: Każdemu jak mówię, że nagrywały nas Borsuki to nie mogą uwierzyć (śmiech…). Współpracowało się spoko. Grzesiek to nie tylko dobry realizator ale też niezły tekściarz, napisaliśmy razem tekst do jednego utworu, ale, niestety, Pacior go nie wykorzystał.

P: Było mega-śmiesznie, bo z Braćmi inaczej być nie może. Ale przede wszystkim cała sesja poszła sprawnie, a my złapaliśmy nowe, ważne doświadczenia.

Współczesna scena hc/punk przeszła bardzo dużą rewolucję. Geograficzną (migracje…) stylistyczną (metal, metal, ale też i inne gatunki…) jak i mentalną (trudno pisać o walce z systemem, jeśli zajmuje się niezłe stanowiska w firmach albo prowadzi własną działalność…). O ile 30 lat temu pewne ideały były nośne i miały pewne uzasadnienie, o tyle teraz należy chyba mocno przewartościować „bycie punkiem”. Czym owo „bycie” jest dla Was?

R: Ideały dla mnie są cały czas takie same. Jest to niechęć do bycia kolejnym statystycznym „kimś”. Zawsze wkurwiało mnie to wkładanie ludzi w obowiązujące schematy, a teraz z przekroczoną 30tką, wkurwia mnie to jeszcze bardziej. Jestem coraz bardziej punkowy. Punk czy też inny hardcore zawsze był dla mnie miejscem, gdzie nie musiałem być kimś kim nie chcę być. W sumie też nigdy jakoś specjalnie nie walczyłem z systemem, bardziej egoistycznie do tego podchodzę. Robię to dla siebie. System jako taki nie za bardzo mnie interesuje. Żyję w miarę możliwości po swojemu i tutaj trochę dziwne jest dla mnie, że na przykładzie własnej działalności gospodarczej chcesz udowodnić tezę, że trudniej o walkę i sprzeciw. Podchodzę do tego inaczej (prowadzę działalność gosp.) – właśnie jako wolność wyboru bo robię to co chcę i lubię. Bez względu na to, co system, szef czy otoczenie o tym myśli. Jedyne co mnie wkurwia, że muszę płacić ZUS i podatki – w tym aspekcie system wygrał. A co do muzyki i ewolucji w hc/punk. Jako, że muzycznie to wywodzę się z metalu w hardcorze zawsze uwielbiałem to, że jest tu wszystko, od folk po grind. Uwielbiam tę różnorodność!

P: Nie mogę się nie zgodzić z Radkiem i właśnie dlatego gramy razem w zespole (śmiech…). Każdy z nas robi swoje, po swojemu. Ja od zawsze starałem się robić coś samemu, głównie po to, żeby mnie było dobrze, a moje działanie nie robiło krzywdy innym. Ignoruję system, bo wiem, że go nie obalę i nie wygram. A nawet jakby został obalony, to zaraz nastałby następny, z którym znów trzeba byłoby walczyć. Dlatego robię wszystko aby żyć tak, jak mam ochotę. Staram się nie robić czegoś, bo wypada albo żeby ktoś sobie nie pomyślał o mnie źle. Również prowadzę działalność gospodarczą i mimo, że ZUS wyciska ze mnie pieniądze to po prostu MUSZĘ go płacić. Na szczęście te wkurwienie daje mi motywację do tego żebym zmieniał swoje życie, nie patrząc na innych i nie gadając innym, co mają robić ze swoim życiem. To jest chyba dla mnie bycie pankiem. Robienie tego, co się chce, a nie tego, co wypada.

Jak zatem oceniacie rzeczywistość muzyczną sceny – mnie osobiście trochę przeraża mnogość zespołów, bo zrobiło się trochę zbyt tłoczno. Czy nie uważacie, że teraz – w odróżnieniu od np. lat 90 – tych czy wcześniejszych  – założenie zespołu i nagranie płyty jest właśnie takim pójściem na łatwiznę? Bo o ile nagranie i wydanie płyty jest dzisiaj dość proste, o tyle np. wydanie tomika poezji, czy zorganizowanie wystawy własnych prac, na jakimś tam profesjonalnym poziomie ekspozycyjnym, nadal jest dość trudne?

R: Nie wiem czy zorganizowanie wystawy swoich prac jest trudniejsze od nagrania i wydania płyty. Wiesz, to jest tak, że teraz możesz w tydzień wszystko zrobić i dzięki Internetowi teoretycznie może usłyszeć to cały świat. Tak samo jest z innymi dziedzinami bo załóżmy, że rysujesz – to zakładasz bloga i efekt jest taki sam. Tylko jest małe „ale”, bo nie wszystko jest dobre i przy tej łatwości „pokazania się” nie oznacza, że od razu będziesz nie wiadomo jaki sławny. To samo tyczy się muzyki, malarstwa i poezji. To wszystko jest teraz prostsze w sferze technicznej, ale wydaje mi się, że i tak i tak trzeba być dobrym w czymś żeby doceniło to więcej ludzi niż kumple na twarzoksiążku.

kreujemy własny świat

kreujemy własny świat

P: Zespołów jest ZA DUŻO jak dla mnie. Po prostu nie jestem w stanie już ogarnąć wszystkich nowinek. Ba, nie staram się już nawet, bo mi się nie chce. Dzisiaj założyć zespół to nie jest problem. Wszystko masz na wyciągnięcie ręki, a dzięki temu, że nagrać płytę możesz już nawet w swoim kiblu, to porobiło nam się pełno „super” hord. Nie narzekam na to, bo to jest po prostu znak czasu. Ale w tym całym natłoku trudno jest znaleźć coś, co zachwyci, często te bardzo dobre kapele giną w natłoku chłamu i nachalności internetowej promocji miernych zespołów. W roku kalendarzowym widzę około 150 koncertów w całej Europie i uwierz mi, że nie jest dobrze. Większości z tych zespołów nie da się słuchać ani oglądać. Ale jest też druga strona medalu. Może po prostu dojrzewam jakoś muzycznie? Może zmienia mi się gust? A może po prostu nie kumam Kęstowicza i wciągam serial „Dom”?

Czy w tej muzycznej, scenowej magmie pojawiły się jakieś zespoły, które was zaskakują i miażdżą muzycznie?

R: Średnio stoję z nowościami, ostatnio bardzo duże wrażenie zrobił na mnie album Oathbreaker – słuchałem tej płyty przez dwa miesiące codziennie po kilka razy. Z polskich rzeczy to ostatnio zaskoczyło mnie Hard to Breath – bardzo dobry zespół!

P: Ja ostatnio bardzo polubiłem rzeczy trochę inne. Gypsy, bardzo fajny college rock, black metalowa Furia na maxa mi weszła no i The National to moja obsesja. Poza tym, bardzo lubię nasz zespół (śmiech…).

Wracamy do Calm The Fire – trochę już pograliście w nowym składzie z Kozą za beczkami. Jest lepiej, inaczej, pewniej? Czy zatem nowy mateks powstanie szybciej?

R: To tak jak nagrywaniem przez Borsuków, he, he… Bardzo trudno się mówi, że na perkusji gra Koza. A tak na serio, to jest bardzo dobrze, wpasował się idealnie. Materiał powstaje bardzo szybko i też jest szybki.

P: Działa ten sam efekt, gdy przyszedł do nas Miłosz za Żwirka. Nowe numery, nowa motywacja, poziom znów rośnie. Jesteśmy na maxa zadowoleni z grania z Kozą, ale inaczej być nie mogło. Radek i Wojtek grali już z nim wcześniej w No Heaven Awaits Us, więc mógłbym napisać, że znają się jak łyse konie, ale koza koniem być nie może… Zrobiliśmy już kilka nowych numerów, cztery nagraliśmy i chyba nie mogę się doczekać aż ujrzą światło dzienne.

Na „There…” otworzyliście sobie kilka ciekawych, moim zdaniem, furtek – w którą z nich zamierzacie teraz wejść? Bliżej Neurosis czy raczej Discharge?

R: Dużo mamy tych furtek pootwieranych, ale, tak jak gdzieś wcześniej pisałem, nie obieramy sobie celu, że teraz chcemy grać tak czy inaczej. Oczywiście, mamy obraną drogę, którą wyznaczyliśmy sobie na „Blackout”. Chyba już znaleźliśmy to „coś”, co odpowiada nam wszystkim. Czasami jest smutno, czasami szybko. Lubimy ten syf i brud w muzyce. A Wojtek lubi blasty (śmiech….).

P: Na „Blackout” w końcu zaczęliśmy grać to, do czego zmierzaliśmy i chyba to jest najważniejszy punkt zwrotny. „There Is No Cure” to kontynuacja, a najnowsze nagrania również są w podobnym klimacie, czuć już rękę nowego perkusisty i nowe, szalone pomysły Wojtka. Jest ciągle wściekle, jest do przodu, ale miejscami, jakby się mocno postarać… to można usłyszeć trochę melodii!

Skoro przy sprawach materiałowych i wydawniczych jesteśmy – co się stało, że obraziliście się na kompakty a tym samym na rzeszę ludzi, do których sam się zaliczam? Nie uważacie, że dzisiejszy, vinylowy flow jest w pewnym sensie snobizmem? Oczywiście, rozumiem – winyl w domu dla szpanu i radochy a mp3 na wyjazdy. Ja jednak nadal, jeśli mam wybór, wolę słuchać dobrej, dynamicznej jakości muzyki z CD…

R: Wg mnie tu wszystko rozchodzi się o koszta. Po prostu nie opłaca się wydawać CD. Bardziej odpowiada opcja winyl + digital download.

P: Ekonomia. Nikt tego nie kupuje. „Blackout” to w zasadzie rozdaliśmy jako promo, bo prawie nikt tego nie kupował. Z kolei LP schodzą dobrze.

Gdzie udało Wam się dotrzeć najdalej z muzyką, pomijam trasę z Cast In Iron…

P: Estonia, południe Węgier to chyba najodleglejsze punkty na mapie. Fajnie było. Mam nadzieję, że uda nam się pojechać jeszcze gdzieś daleko.

R: Parę razy chyba byliśmy dalej niż na trasie z CII. Co prawda ja jeszcze nie grałem ale chłopaki pojeździli już trochę.

 Jak przedstawiają się plany Calm The Fire na najbliższe czasy – koncerty, czy raczej skupiacie się na nowej muzyce? Kiedy coś powstanie?

R: Aktualnie wróciliśmy z nagrywania kilku utworów. Mamy też kilka jeszcze zrobionych, więc pora  na granie koncertów.

P: Nagraliśmy właśnie kilka nowych numerów, które powinny jesienią się ukazać w różnych formach. O tym już niedługo poinformujemy, jak dostaniemy zielone światło od labeli. Przed nami DIY Fest w Gdyni i jesienią zagramy kilka koncertów w Polsce. Bądźcie tam!

Rozmawiał Arek Lerch