CALM HATCHERY – Granie metalu to dla nas czysta przyjemność…

Założony w 2002 roku zespół swoje korzenie wiąże ze Słupskiem, Bytowem i Wejherowem, jednak nie przeszkadza to grupie w stworzeniu solidnego i zwartego technicznie i muzycznie death metalu. W rzeczy samej, czysty gatunkowo wyziew świadczy o tym, że w czołówce peletonu śmierci pojawił się nowy i bardzo sprawny zawodnik. Druga w dorobku płyta „Sacrilege Of Humanity” pokazuje, że grupa ma aspiracje do bycia jednym z technicznych wymiataczy. Połączenie klasyki gatunku w warstwie kompozycyjnej, biegłości instrumentalnej i odrobiny mistycyzmu a la Karl Sanders może się podobać. Wszystko wskazuje na to, że – jeśli przeciwności ominą załogę – będziemy mieli kolejnego, eksportowego przedstawiciela śmierć metalu. Poniżej obszerny wywiad, którego udzielił mi Huzar, gitarzysta i założyciel zespołu, gdzie wyjaśniliśmy wszystkie chyba wątki i wątpliwości odnośnie nowej muzyki jak i całego, okołomuzycznego bajzlu, który w naszym grajdole nie jest szczególnie wesoły…

To pierwszy wywiad dla Violence, więc proszę się ładnie przedstawić  szanownym czytelnikom…

Witaj. Moja ksywka to Huzar, gram na gitarze i przyczyniłem się w dużej mierze do powstania tej formacji zwanej dalej Calm Hatchery. Z dumą reprezentuję najbardziej ograny i oklepany gatunek muzyczny jakim jest death metal…

Calm Hatchery nie należy do debiutantów, zamiatacie już sceny od jakiegoś czasu. Jakie macie przemyślenia odnośnie naszego, krajowego poletka?

Z przykrością muszę przyznać, że nasz kraj nie sprzyja takiemu zjawisku, jakim jest wykonywanie muzyki metalowej. Począwszy od problemów ze znalezieniem odpowiedniego miejsca do grania, żmudną i okupioną wielkim poświęceniem drogą do zebrania kasy na sprzęt oraz pełną ignorancją i zerową pomocą ze strony ludzi, którzy mogliby jej udzielić. Mam na myśli np. pracowników domu kultury, czy też urzędników z naszego urzędu miasta od spraw kulturalnych. Dopiero jak udało się nam wygrać konkurs, dzięki któremu zrobiło się o nas głośno, wszyscy nagle nas zauważyli i zaczęli z dumą podkreślać, że „to jest zespół z naszego miasta”. Nikt z tych ludzi nie ma zielonego pojęcia, ile nas to kosztowało – pracy, nerwów oraz wielkiej kasy wpakowanej w całe przedsięwzięcie. Po za tym traktowanie zespołów na koncertach przez organizatorów w Polsce. Z mojego punktu widzenia to uwłacza godności i poniża wykonawców. Organizatorzy w większości przypadków w Polsce robią zespoły zwyczajnie w balona. Kto to widział, żeby zespół, który dostał tylko kasę za zwrot kosztów, (nieraz było dopłacanie…) musiał sobie za własne pieniądze kupować piwo w lokalu, w którym gra tego samego wieczora. Ludzi pełno, obrót w klubie znakomity a zespół jest traktowany naprawdę jak gówno. Wiem o czym piszę, bo miałem okazję grać za granicą, np. w Niemczech, Czechach, Holandii i na Ukrainie Tam naprawdę mimo, że nie było jakichś kokosów, człowiek jest traktowany jak należy. Nie chodzi mi o kasę, tylko tam naprawdę wszystkich wykonawców, nieważne czy byli bardziej lub mniej znani, traktowano jednakowo godnie. Czyli żarcie, piwo i zwrot kosztów to rzecz naturalna. To chyba nie jest jakiś wielki wymóg? U nas, niestety, nie ma tej kultury, organizatorzy w Polsce (nie mówię o wszystkich…) są za cwani, by tracić kasę na takie duperele. Po za tym sprawa znajomości. Bez nich wiele utalentowanych zespołów w Polsce nie ma szans na wybicie się. Często promuje się byle co, tylko dlatego, że ktoś ma „plecy”. No i chora konkurencja między kapelami. Wszyscy się „ścigają” jeden chce być ważniejszy od drugiego, zadzieranie wysoko nosa do góry to dość pospolite zjawisko, tylko jakie ma to znaczenie w perspektywie ogółu? Nieraz byłem świadkiem kłótni za kulisami o to, że nikt nie chce zagrać pierwszy na koncercie, a o żadnej z tych kapel poza naszym, lokalnym rejonem nikt nie słyszał. To jest śmieszne! Ludziom potrzeba jest więcej skromności i koncentracji  przede wszystkim na samej muzyce, by była jak najlepsza, a nie przepychaniu z innymi zespołami i skupianiu się na rzeczach, które nie mają nic wspólnego z tym, co naprawdę jest najważniejsze. Zawiść, zazdrość, cała ta bufonada; staramy się od tego odcinać i w spokoju robić swoje. Piszę tak „czarno” o naszym ukochanym kraju, ale jednak w tym wszystkim jest jeden pozytyw. Mimo tylu przeciwności losu, człowiek staje się jeszcze bardziej zmotywowany do tego, co robi. Wiem z doświadczenia, że takie „bodźce” czasem skutkują lepszą muzyką, człowiek sfrustrowany ma w sobie więcej mocy i docenia każdą, małą nawet rzecz, na którą sobie zapracował przez te wszystkie lata.

Reprezentujecie klasyczną odmianę death metalu, rezydując w dość ściśle określonych ramach, dlatego chciałbym, byście wyjaśnili, czym jest dla Was metal śmierci?

Ciężko się wypowiadać za wszystkich członków kapeli, ale dla nas death metal to wręcz sposób na życie, swoista filozofia. Teraz od siebie: od lat młodości interesowała mnie ludzka egzystencja, jej sens oraz ulotność naszego marnego życia i tak się fajnie złożyło, że powstał gatunek muzyki, który obsesyjnie porusza tę tematykę a do tego sama muzyka: wściekła, pełna agresji, mocy i ciężaru. Kiedy pierwszy raz usłyszałem płytę „Human” Death czy „Blessed Are the Sick” Morbid Angel czy „Descanting in the Insalibrous” Carcass, zostałem zmiażdżony  podejściem do muzyki, to było szokujące a jednocześnie ekscytujące odkrycie! To była miłość od pierwszego usłyszenia. Dzisiaj nie jest tak, że słuchamy tylko death metalu. Gdyby tak było, zanudziłbym się na śmierć. Słucham naprawdę różnej muzyki od klasyki poprzez jazz i ambient. Próbowałem nawet grać coś innego, ale gdyby metal nie istniał, nie potrafiłbym czerpać przyjemności z grania w innym zespole. Pozostałbym jedynie biernym słuchaczem. To naturalne odczucie, płynące prosto z serca i to nie tylko moje zdanie. Granie metalu to dla nas czysta przyjemność. Niezależnie od sytuacji życiowej metal pozostanie z nami na zawsze!

Nie obawiacie się, że zamknięcie w ściśle określonej stylistyce, w dzisiejszych, dość eklektycznych czasach narazi was na pewien rodzaj ostracyzmu? To może być ciężka sytuacja, bo przecież pod ten nihilistyczny, old schoolowy retro – nurt też nie podpadacie z takim technicznym graniem?

Nie obawiamy się. Po pierwsze: mimo iż nie jesteśmy muzycznymi ignorantami i mniej więcej orientujemy, co się dzieje w świecie muzycznym, co jest teraz ”trendy” a co nie, nie zamierzamy tracić swojej „death metalowej tożsamości”. Gramy to, co czujemy. Nie jest to podyktowane żadnymi innymi warunkami. Wychodzimy z założenia, że dobra muzyka obroni się sama, niezależnie od tego, czy to jest modny gatunek czy też nie. Żebyś źle mnie nie zrozumiał. Nie zachwycamy się własną twórczością ale czujemy, że mamy w sobie jeszcze tyle potencjału, że stać nas na lepsze granie niż to, które ostatnio zaproponowaliśmy na swojej ostatniej płycie. Naszym marzeniem jest oczywiście poszerzać w miarę możliwości nasze horyzonty muzyczne, jednocześnie zachowując ekstremę i jednocześnie być sobą w tym, co robimy to jest dla nas najważniejsze. Jeśli przy okazji słuchaczom się to spodoba to jest super.

Jaki macie pomysł, żeby zaistnieć w świadomości potencjalnego fana metalu – jakoś na razie nie słyszałem o spektakularnych akcjach promocyjnych, czy mrożących krew w żyłach wydarzeniach, które Was wypromują? Macie jakiś patent „na siebie”, pomijając doskonalenie umiejętności i tworzenie dobrej muzyki?

Do każdego egzemplarza najnowszej płyty będzie dołączony woreczek z wymiocinami wokalisty no i zamierzamy uszyć sobie złowrogie kostiumy i pomalować się na biało! A tak poważnie – może to ignorancja z naszej strony, ale jakoś zbytnio o to nie dbamy. Licz, że dźwięki zawarte na płycie trafią do potencjalnego słuchacza. Może brak doświadczenia w tej materii, a może to jeszcze nie ten etap, by szukać czegoś spektakularnego poza samą muzyką

Karol, szef Selfmadegod jakiś czas temu w różnych rozmowach zarzekał się, że nie będzie już wydawał polskich zespołów. Co takiego zrobiliście, że zgodził się wziąć Was pod swoje skrzydła?

Tak naprawdę nie wiem. Wszystko było dziełem przypadku a może i nie. Selfmadegod była jedną z nielicznych wytwórni, do której nie wysłałem promo. Miałem to zrobić w ostatniej partii przesyłek, którą zamierzałem wysłać na początku września. Pod koniec sierpnia zakwalifikowaliśmy się spośród 100 zespołów do finału GENERACJA 2010 w Koszalinie, gdzie w jury między innymi znalazł się właśnie  Karol. Finał był dość zacięty, na koniec wyszliśmy my, zagraliśmy swoje no i okazało się , że wygraliśmy. Po koncercie Karol poprosił mnie o nasz materiał. Na drugi dzień w finale zagraliśmy jako support przed Vader i Napalm Death. Więc Karol znów miał okazję zobaczyć nas na żywo. Po trzech następnych dniach zaproponował nam kontrakt. Bardzo nas to ucieszyło. Wierzę, że spodobała mu się choć trochę muzyka z płyty, ale myślę, że występ na też miał jakieś znaczenie.

Zastanawia mnie pewien lekko schizofreniczny wydźwięk Waszej muzyki – macie orientalne zagrywki, intro i outro skłaniają się w stronę nieco egzotycznych klimatów, z jednej strony słychać Immolation a z drugiej zdarzają się Wam  bardzo bliskie spotkania z np. Hail Of Bullets, tak muzycznie jak i tekstowo, bo wojna to chyba jeden z główniejszych tematów, dominujących na płycie, choć na okładce macie jakąś piramidę – czy pomożecie mi lepiej zorientować się w takiej plątaninie?

Może po kolei: kilka tekstów dotyczy kultur tam żyjących min. Majów i Azteków.

Grafik miał trudny orzech do zgryzienia, bo ciężko było na jednej okładce ukazać wszystkie ważniejsze aspekty z tekstów, które są dość różnorodne, mimo, że dotyczą jakby natury człowieka. Jeden z tekstów do utworu „Shine for the chosen one” jest inspirowany historią podboju Meksyku przez hiszpańskich konkwistadorów, którzy między innymi używając religii jako przykrywki przybyli na dziewicze ziemie kontynentu amerykańskiego powodowani chęcią zysku, zniszczyli świat tamtejszych plemion, zakłócając symbiozę tych ludów z matką naturą, to tak bardzo ogólnikowo. Reasumując okładka nawiązuje do czasów upadku pradawnych plemion, dawna chwała pogrzebana na zawsze przez rasę ludzi żądnych zysków, ponad piramidą widoczne jest zaćmienie słońca (przypomnienie, że jesteśmy częścią kosmosu, częścią nieznanej siły, dzięki której również my, rasa ludzka, istniejemy, a po lewej stronie, jeśli się przyjrzysz, widać lekko zarysowany wybuch nuklearny, który jest ostrzeżeniem dla nas samych. „Blood of Stalingrad” jest jakby zakończeniem płyty i z zamierzchłej przeszłości wracamy na koniec do czasów niemalże współczesnych – natura ludzka, mimo upływu dziejów, wciąż pozostaje bez zmian.

Kilka technicznych uwag z Waszej strony – jak przebiegały nagrania w osławionym Hertzu i co szczególnie dało się Wam we znaki podczas sesji?

Sesja była mozolna, jednak wspominamy ją z przyjemnością! Bywały trudne chwile, kiedy po 30 godzinach nagrywania partii gitar miałem ochotę rzucić ją raz na zawsze, zresztą nie tylko ja. Ale sesja przebiegła, mimo wszystko, zgodnie z planem. Może powielę po raz kolejny opinię o braciach Wiesławskich, ale naprawdę współpraca z tymi ludźmi to prawdziwa przyjemność. Ich zaangażowanie i cierpliwość oraz wyrozumiałość są godne podziwu. Ujęło nas ich podejście do nas. Jesteśmy zespołem właściwie nieznanym a traktowali nas na równi z innymi wielkimi, którzy nagrywali u nich swoje płyty. Najważniejsze, że Wiesławscy nie trzymają się jakichś utartych schematów w kwestii brzmienia. Podchodzą do każdej kapeli bardzo indywidualnie i potrafią zoptymalizować brzmienie w zależności od muzyki. Biorąc pod uwagę budżet, jakim dysponowaliśmy, uważam, że wykonali super robotę. Brzmienie naszej nowej płyty jest tak dobrane, że uwypukla każdy szczegół, jest soczyście i selektywnie i chyba o to chodziło. Nie obyło się też bez śmiesznych sytuacji. Pewnego razu moje buty zostały zamknięte w studio i nie miałem w czym wyjść do miasta, a było wtedy –25 stopni. Więc pożyczyłem kamasze od braci Wiesławskich, (bez ich wiedzy, ha, ha…) których używają by napalić w kotłowni. Reasumując, było tak sympatycznie, że mamy nadzieję trafić tam przy okazji nagrywania kolejnej płyty!

Calm Hatchery przechodził różne zmiany składu, teraz grają z Wami persony znane z takich hord jak TeHaCe czy Aggressor. Skąd takie roszady – czy dołączenie do składu doświadczonych muzyków zmieniło pracę w zespole?

Roszady były spowodowane po części moją przeprowadzką z Białegostoku (miasto w którym studiowałem…), po części braku chęci grania death metalu przez byłych muzyków, którzy po prostu sami zrezygnowali. Zmiany na pewno pomogły zespołowi. Jak napisałeś, doświadczenie przyspieszyło pracę nad muzyką a i sama muzyka ewoluowała, na pewno nowi muzycy przyczynili się do tego. W tej chwili udało nam się „wywalczyć” własną, niezależną salę prób i w tym składzie bardzo fajnie układa nam się współpraca.

Co robicie poza grą w Calm Hatchery? Są jeszcze jakieś projekty, pomysły, czy proza życia zmusza Was do poświęcenia się pracy zarobkowej?

Ja osobiście nie mam za bardzo na to czasu, ale nawet nie chcę grać w kilku projektach naraz. Nie dałbym rady. Uważam, że lepiej się skupić na jednym zespole i dać z siebie maksimum. Grając w kilku zespołach jednocześnie trudno jest dawać każdej kapeli 100 procent. Co nie przeszkadza moim kolegom grać gdzie indziej, ale absolutnie nie mam im tego za złe! Jeśli mają czas i energię, to czemu nie. Hacel gra w Agrressor jako gitarzysta, Szczepan jest basistą i wokalistą w zespole Deabhar a Radek pomaga Tehace

Jak napisałem w recenzji, nad płytą unosi się dość wyraźny cień Nile – chodzi o pewne harmonie, konstrukcje utworów – czy ten zespół jest dla Was inspiracją? Co poza ekipą Sandersa miało na Was, jako ludzi i muzyków największy wpływ?

Oczywiście nie wypieram się wpływów Nile. Uwielbiamy tę kapelę. Czytając recenzję naszej płyty, o tym, iż wyczuwalny jest wpływ tego zespołu, odbieramy to jako komplement i nie wypieramy się tego, bo po co? Inspiracje muszą być, bo bez tego nie ma ewolucji. Uważam, że to jest nieuniknione, ciężko jest dzisiaj grać w stu procentach oryginalnie. Nie można też zbyt dosłownie cytować swoich idoli, ale próbować „przemycić” pewne elementy. Liczę, że z biegiem czasu odnajdziemy swój styl. Każda kapela, zaczynając swoją karierę, praktycznie zawsze inspiruje się dokonaniami poprzedników. Niewątpliwie duży wpływ miały na nas zespoły takie jak: Decapitated, Morbid Angel, Hate Eternal, Gorguts, Immolation czy nawet Behemoth.

Zawsze staram się ciągnąć za język młodych muzyków odnośnie aktualnej sytuacji w biznesie muzycznym. Co sadzicie o ekspansji Internetu i całej opcji z wymianą/ściąganiem/kopiowaniem plików. Jeszcze parę lat temu był to proceder kryminalny, teraz już i wytwórnie i same zespoły przerzucają się na taką formę promocji a nawet wydawania płyt, które to same w sobie są powoli uważane za przeżytek. Macie jakieś prognozy odnośnie muzycznego biznesu – w jaką stronę to wszystko pójdzie, Waszym zdaniem?

Ekspansja technologii w naszym życiu jest czymś nieuniknionym. Szczerze ci powiem – nie mam pojęcia, jak to się potoczy. Zauważyłem jednak, że wytwórnie w obliczu coraz słabszej sprzedaży płyt stawiają częściej na koncerty. Jest coraz więcej organizowanych festiwali open air i tras. I widać , że jest na to popyt. Nie wiem, do jakiego stopnia zmieni się forma nośnika muzyki, ale wierzę, że na koncerty live będzie długo jeszcze zainteresowanie…

Na koniec kilka słów o Waszej aktywności koncertowej – jakie najlepsze rzeczy przydarzyły wam się na scenach a o czym chcielibyście raczej zapomnieć?

Jednym z lepszych koncertów, jaki zagraliśmy to był finał GENERACJA Koszalin 2010. Graliśmy u boku Vader i Napalm Death. Na koncercie było prawie 2 tysiące ludzi. Grało się wspaniale nawet panowie z Vader i Napalm chwalili nas za występ – to było dla nas niesamowite przeżycie. Do dzisiaj wydaje się nam jakby był to tylko sen. Trudno uwierzyć, że nagle wkroczyliśmy na wielką scenę u boku takich sław, które wcześniej oglądałem na MTV Headbangers Ball i znałem z kaset oraz płyt. Inny, udany koncert to występ w mieście Cork na południu Irlandii. Mimo niedużej frekwencji przyjęcie było ludzi było bardzo ciepłe i super się nam grało. Najgorszy koncert był w pewnej małej miejscowości na Pomorzu, gdzie dosłownie nie było niczego. Zamiast pieców do gitar ktoś przyniósł głośniki Hi-Fi. Nie było żadnej promocji. Przyszło kilku rodziców z dziećmi. I jak się okazało byliśmy jedyną kapelą. Mimo chęci nie da się tego zapomnieć…

Ku przyszłości – co dalej z Calm Hatchery? Jakieś nowe pomysły, następne kroki – co planujecie w zespołowym gronie?

Staramy się prowadzić stery żaglowca Calm Hatchery spokojnie. W tej chwili czekamy na premierę płyty. Spełnienie naszego najważniejszego marzenia. Do końca roku nie planujemy już żadnych koncertów. W międzyczasie pracujemy już nad nowym materiałem. Po premierze płyty spróbujemy wywalczyć parę koncertów i po cichu liczymy, że posypią się zaproszenia. W lutym mamy jeden taki koncert u boku   grup Parricide, Lost Soul i Aphyx na Metal Fest w Krakowie. To chyba tyle. Ważne, żeby ta machina, którą udało nam się ruszyć, nie stanęła a nabrała większego rozmachu.

Pozdrowienia i „faki” dla potomności na pożegnanie!

Dziękuję za wywiad, Arek. Pozdrawiam ciebie i wszystkich czytelników Violence Magazine oraz w ogóle koneserów ciężkiej niezależnej muzyki!

Rozmawiał Arek Lerch