BUDZY&TRUPIA CZASZKA – zwiastujemy pożar

Muzyka musi być jak pięść a słowa jak miecz. To chyba najlepsze podsumowanie najnowszego wcielenia Toma Budzyńskiego, który tym razem z Trupią Czaszką powraca, by siać wśród maluczkich mor. A w zasadzie MOR. Nie ma też wątpliwości, że to najostrzejsze, brutalne i bezkompromisowe dzieło, silne nie tylko złowieszczym, osadzonym na grind/noise/hardcore’owych resorach riffem, ale też słowem. Ciężkim, niepokojącym, niezrozumiałym, ale budzącym silne emocje. I o to zapewne chodziło. Jeśli ktoś czeka na melodię, zawiedzie się. Jeśli chcecie emocji, strachu, lasu podchodzącego pod sam dom, złowieszczego klimatu i dźwięków, które na pewno wytrącą Was z równowagi, znajdziecie tu coś dla siebie. W ramach promocji płyty „MOR”, opatrzonej dla niepoznaki wesołą okładeczką, rozmawiałem o bardziej i mniej poważnych sprawach z szefem grupy – Tomaszem Budzyńskim.

Pewnych elementów ludzkiej duszy nie da się przyklepać maskami „sympatycznego człowieka” i udawaniem „fajności”. (Tomasz Budzyński)

Zanim przejdziemy do meritum – zdradź nam, jak przebiegały „podróże na wschód” razem z Armią? Jakieś ciekawe wspomnienia?

Dla mnie trasa „Podróż na Wschód” mogłaby nigdy się nie skończyć. Mówię tak dlatego, że tak dobrze nam się gra. W ogóle ten powiększony, do siedmiu osób skład jest jakimś dla mnie wręcz idealnym. To samo mogę powiedzieć o nowych aranżacjach naszych starych utworów, które są prezentowane na tej trasie. W zasadzie to każdy koncert jest inny bo nas ciągnie w stronę muzyki improwizowanej. Formy są na tyle otwarte, że możemy sobie naprawdę poszaleć. I to robimy.logo tc

Twoja pisana historia Armii to jedna z bardziej inspirujących lektur tzw. „biograficznych” – możesz krótko opowiedzieć, jak pracowało się nad takim materiałem – dla Ciebie, człowieka stojącego na scenie było to duże wyzwanie mentalno-logistyczne?

Ta książka jest o czymś innym. Zespół Armia to tylko pewien epizod mojego życia i to wcale nie najważniejszy. Książka ma tytuł Soul Side Story i opowiada tajemniczą historię. Pisanie autobiografii ma tę dobrą stronę, że człowiek jest niejako zmuszony do pogłębionej refleksji nad swoim życiem. Dostrzega wtedy, że życie jest czymś dobrym , że jego historia ma sens ,że on sam nie jest przypadkiem, nie wziął się znikąd i że w tym wszystkim działa Bóg. Pisałem ją w wolnych chwilach, najczęściej po obiedzie leżąc na kanapie. Dlatego pisanie książki wydaje mi się czymś bardzo przyjemnym. Zapuściłem sobie nawet brodę aby wyglądać jak prawdziwy pisarz. Zajęło mi to rok.

Czas na danie główne, czyli „MOR”. Czy w jakimś – choćby i małym – sensie można uznać „Mor” za lekką reakcję na kierunek w jakim zmierza muzyka Armii ?

 nie uśmiechamy się do publiczności

nie uśmiechamy się do publiczności

„Mor” jest pewnego rodzaju niespodzianką. Bo ja w ogóle nie zamierzałem już grać takiej muzyki. I gdyby nie propozycja jaką otrzymałem rok temu aby napisać muzykę do wierszy „Ziutka” Szczepańskiego ta płyta, jak i w ogóle zespół Trupia Czaszka nie ujrzały by światła dziennego. Tymczasem teksty Ziutka – żołnierza z batalionu Parasol tak mi się spodobały, że zastanawiałem się pod jakim szyldem nagrać te groteskowe wiersze pełne niesamowitego, wisielczego humoru. Wpadłem na pomysł ,że można by reaktywować do tego celu właśnie zespół Trupia Czaszka. Bardzo szybko nagraliśmy trzy utwory, które ukazały się na składance „Wspomnij Ziutka” i na unikatowym singlu, którego wydaliśmy własnym sumptem. W czasie tej krótkiej, dwudniowej sesji tak dobrze nam się grało, że postanowiliśmy z rozpędu nagrać całą nową płytę . I tak powstał „Mor”. Jak feniks z popiołów.

Słuchając tej płyty zastanawiałem się, czy Trupia Czacha dotarła już do granicy hałasu, czy może masz nadzieję, na stworzenie w przyszłości jeszcze większego ekstremum?

Ta płyta nie jest jeszcze tak ekstremalna jak chciałem pierwotnie. Miałem w planie zaangażowanie znajomej śpiewaczki operowej Małgorzaty Godlewskiej i stworzenie czegoś na kształt awangardowej, turpistycznej opery, ale sam się przestraszyłem swoich wizji ( śmiech…).

Podczas naszej ostatniej rozmowy zasugerowałeś, że taki a nie inny kształt muzyki na „MOR” jest efektem tego, że czadów w zasadzie nie słuchasz. Czy istnieją jednak jakieś inspiracje (muzyka, sztuka…), które przyczyniły się do ostatecznego kształtu tej płyty?

 teatr szoku

teatr szoku

Na pewno nie jest to współczesna muzyka rockowa. Jak już to bardziej John Zorn czy Diamanda Galas. Mnie interesuje współczesna awangarda i dużo takiej muzyki słucham.

Zazwyczaj pokutuje opinia, że tak wściekłą muzykę mogą dobrze grać ludzie, którzy sami są wściekli i ich „mental” przekłada się na dźwięki. W waszym przypadku ta teoria chyba się nie sprawdza – co zatem pozwala Wam wygenerować taką wściekłość muzyczną, taką energię?

Ja nie uważam siebie za kogoś „dobrego”, poza tym nieświadomość i cała sfera snów musi w pewnym momencie znaleźć jakieś ujście bo inaczej można zwariować…  przykładów w historii sztuki jest bardzo wiele… późne malarstwo Goi , Bosh czy literatura Dostojewskiego albo Kafki. Pewnych elementów ludzkiej duszy nie da się przyklepać maskami „sympatycznego człowieka” i udawaniem „fajności”. My się nie uśmiechamy do publiczności i nie robimy min na pokaz. Mam już 51 lat i szkoda mi czasu na takie umizgi . Umizgi to niech robią ładne panny. (śmiech)

MOR to płyta, która w moim odczuciu ma słuchacza poruszyć, wyrwać z marazmu, nawet za sprawą tego niepokoju, który odczuwamy podczas lektury muzyki. Czy jest jakieś przesłanie – idea, która spaja całość tej płyty?

Idea jest bardzo prosta, jak mówił słynny reżyser: na początku jest trzęsienie ziemi a potem napięcie stopniowo rośnie!

 Jesteśmy czarnym lasem , który podchodzi pod zamek

Jesteśmy czarnym lasem , który podchodzi pod zamek

Pomijając muzykę, tekst na „MOR” jest kolejnym, nokautującym elementem, szczególnie ze względu na możliwości nad – interpretacyjne. Wkraczamy w strefę emocji, symbolizmu, zapominamy o znaczeniu słów. W jaki sposób przygotowywałeś te poezje, czy wynikały one z muzycznej agresji, czy pisałeś je w oderwaniu od dźwięków?

Ja jestem malarzem i myślę obrazami, moje płyty są w jakimś sensie muzyką ilustracyjną. Muzyka, która jest zawsze na początku, wywołuje we mnie bardzo plastyczne wizje. Tym razem jest trochę inaczej. Użyłem w tekstach wielu neologizmów, po raz pierwszy na tak dużą skalę. Interesowała mnie sama energia poszczególnego słowa. Słowa, którego nie ma w słowniku języka polskiego. To w jakimś sensie przypomina eksperymenty Białoszewskiego czy Jamesa Joyce w „Finnegans Wake”. Pierwotna siła języka! Te wymyślone prze ze mnie słowa posiadają ogromna siłę i działają jak zaklęcia. Tu nie chodzi o sens, ale o energię i „czucie”. To odbywa się w sferze metafizyki a nie intelektu. Ja nie uprawiam publicystyki ani jakiegoś moralizmu. Nie pouczam nikogo i nie daję wspaniałych rad jak kto ma żyć. Teksty są bardzo skondensowane i maksymalnie energetyczne. Mają przecinać jak obosieczny miecz. Nie interesuje mnie czy moja sztuka będzie zrozumiana, bo sztuka nie jest skierowana do intelektu tylko do ludzkiej duszy. Chodzi o poruszenie tego co w człowieku jest najgłębsze. W zasadzie można powiedzieć, że intelekt wręcz stoi tu na przeszkodzie.

„MOMorR” nie każdemu może się podobać (vide recenzja w TR…) – jak Ci się wydaje: czy ludzie nie związani ze sceną ekstremalną mają szansę przeniknąć przez ścianę hałasu, jaką im fundujecie?

W ogóle nie przywiązuję to tego wagi, to nie jest mój problem. „Mor” jest skierowany do wszystkich a nie do jakiejś wąskiej grupy… Podobać się ? To chyba nie jest dobre słowo… W tym przypadku słowo „wstrząs” jest chyba najlepsze.

Kluczowymi słowami, opisującymi „MOR” są: hałas i agresja; zbliżacie się tym samym do granicy, dzielącej „muzykę” od „nie – muzyki”. Uważasz, że Trupia Czaszka z „MOREM” nadal może być uważana za zespół muzyczny, czy w którymś momencie zaczyna się coś co nazwałbym „teatrem szoku doktora Budzego”?

turpistyczna opera

turpistyczna opera

Bardzo mi się podoba ten „Teatr Szoku”, bo ja widzę nasze koncerty właśnie w teatrach, jako awangardowe widowiska multimedialne. Miałem już takie plany w czasach, kiedy promowaliśmy płytę Armii „Der Prozess”. Niestety, z różnych przyczyn nie udało mi się wtedy zrealizować tych zamierzeń. Przerwaliśmy wtedy trasę, na której wykonywaliśmy całą tę płytę, będącą koncept albumem. Po prostu nie mieliśmy możliwości aby w pełni oddać to o co nam chodzi. Szkoda, ale granie takiego materiału w klubach z barem piwnym było kompletnie bez sensu. Obawiam się, że w przypadku „Mora” sytuacja koncertowa może wyglądać podobnie.

Myślisz, że tak mocnym materiałem uda się wyjść poza krąg „armijnych” fanów w stronę współczesnej sceny hardcore’owo – punkowej?

Mnie nie interesują żadne sceny punkowe czy hardcorowe… mnie interesuje sztuka i wolność twórcza.

Słuchając „MORA” cały czas miałem wrażenie, że jest w tym jakaś delikatna premedytacja – coś w rodzaju chęci przełamania czegoś, co nazywam „instytucyjnością” Twojej osoby. Na zasadzie zejścia z postumentu do ludu, rozerwania bariery między widzem i twórcą. Czy taka fizyczność może być traktowana jako swego rodzaju nowe otwarcie dla Tomasza Budzyńskiego – muzyka i artysty?

Obawiam się, że lud ma kompletnie inne zapatrywania i pragnienia niż wokalista zespołu Trupia Czaszka. O gustach w ogóle nie mam zamiaru tu mówić. Wydaje mi się, że prędzej jestem odbierany jak ten błazen ze słynnej anegdoty Kierkegaarda, który biegnie do wsi prosząc o pomoc w gaszeniu płonącego cyrku. Nikt mu nie wierzy bo ma na sobie dziwaczny strój błazna. Ja jestem pesymistą a płyta „Mor ” zwiastuje właśnie taki pożar.

„Mor” jest dla mnie też swego rodzaju paralelą z historią Luxtorpedy: Robert w pewnym momencie zapragnął „wyjść do słuchacza” z typowo rockowym składem, podobnie i ty z Czaszką – nie ma bariery, jest mocny rock i przepocone kluby pełne kłębiących się ciał. Ma takie porównanie sens, czy spudłowałem?

Nie widzę żadnych podobieństw z zespołem Luxtorpeda. My nie czujemy się w ogóle zespołem rockowym. Mamy inne cele niż zabawianie młodzieży. Nie gramy po to aby spełniać czyjeś oczekiwania bo wtedy niemożliwym się staje jakakolwiek oryginalna twórczość . My wręcz działamy na przekór tym oczekiwaniom.

W gruncie rzeczy, po dogłębnym przesłuchaniu „MORA” okazuje się, że znajdujemy na płycie mnóstwo inspiracji – od grindu, przez hardcore, noise, d-beat aż po drony wszelakie. Będę brutalny: chcesz mi wmówić, że ani trochę nie śledzicie, co dzieje się we współczesnym hałasie i te nawiązania są przypadkowe?

 jak drzewa

jak drzewa

Ani trochę ! Ja w ogóle nie słucham takiej muzyki i nie wiem co są crust i drony. Nie znam w ogóle tych słów. Mnie interesuje Frank Zappa (śmiech…).

Wasza sesja zdjęciowa także nawiązuje do mroku muzyki – te malowane ciała mają w sobie coś z jakiegoś rytuału, jakbyście szykowali się na wojnę… Kryje się za tą sesją jakaś tajemnica, jakiś przekaz czy to tylko „widzimisię” makijażysty?

To są oczywiście barwy wojenne bo Trupia Czaszka jest zespołem apokaliptycznym. My wyglądamy jak drzewa. Jesteśmy czarnym lasem , który podchodzi pod zamek Makbeta.

Ostatnie pytanie musi dotyczyć planów Armii – czego możemy się z tej strony spodziewać w najbliższym czasie?

Na razie podróżujemy na Wschód i mógłbym to robić do końca życia, a jak po drodze uda się nam nagrać jakąś nową płytę, to też będę się cieszył. W sumie nasza działalność to jest takie życie po życiu…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Łukasz Jankowski/Metal Mind Productions