BROOKS WAS HERE – ultrapunkowy Johny Cash

Po co istnieje taki portal jak Violence? Ok., dla kaprysu, bo o co innego ma chodzić? A może po to, żeby wyszukiwać i promować nowe, nieznane zespoły, które kiedyś, opromienione sławą, przyczołgają  się do nas, by podziękować za umożliwienie startu w wielkim biznesie? Jeśli tak, to z nadzieją na to, że szczyptą przyszłych profitów się podzielą, przedstawiam młodą, ale już bardzo wyszczekaną załogę o fajnej nazwie i jeszcze fajniejszej muzyce. Kariery takiej jak film, z którego wyciągnęli pomysł na szyld, raczej nie zrobią, ale jeśli będą wytrwali i kreatywni, za czas jakiś mogą stanowić podstawę nowej fali zespołów, targanych nostalgią za czasami, gdzie na  komputer mówiło się „be” a Internet był, ale co najwyżej w książkach s/f. Brooks Was Here to trójka młodziaków, którzy wiedzą, co chcą grać, mają dużo do powiedzenia i z głowami pełnymi pomysłów wkraczają w naszą, niełatwą rzeczywistość. Dlatego z całą stanowczością i sympatią polecam ich Waszej uwadze.

 

Kilka słów o Waszej historii. Gdzie zaczynaliście i jakie ścieżki przywiodły Was do miejsca, w którym teraz się znajdujecie?

Romanoski: Parę lat temu moje i Majkela towarzystwa jakoś naturalnie się przenikały. Z czasem okazało się, że siedzimy w podobnych klimatach muzycznych. Podczas jednej ze wspólnych imprez dowiedziałem się, że Majkel montuje właśnie nowy skład w którym brakuje basisty i wokalisty. Ja akurat miałem bas w domu, bo parę dni wcześniej nagrywałem kilka ścieżek na drugą ep-kę Lora Lie, więc zaproponowałem, że moglibyśmy razem pograć. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zostanę też wokalistą. Wszystko wyszło bardzo spontanicznie. Jeśli chodzi o moje początki – mam takie szczęście, że mój pierwszy skład, The Spouds, którego korzenie sięgają jeszcze gimnazjum, dalej, mniej lub bardziej szczęśliwie, funkcjonuje. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że przewinąłem się na przykład przez Merakbah z którymi niedawno robiłeś wywiad. Scena jest bardzo mała i nagle się okazuje, że każdy albo z każdym grał, albo każdego zna, a jak nie zna, to tylko kwestia czasu…

Majkel: Wbrew pozorom w 2 milionowym mieście jakim jest Warszawa nie znajdziesz wielu osób chcących grać taką muzykę, więc nasze drogi prędzej czy później musiały się skrzyżować. Fajne jest to, że nie jesteśmy typami z ogłoszenia. Razem imprezujemy, chodzimy na koncerty i gramy. Jesteśmy kumplami na sali prób i poza nią.

Zapewne wielu zastanowi nazwa zespołu – czy jest w tym głębsza myśl, czy raczej chodziło o dobrze brzmiące słowa, w dodatku „się kojarzące”?

Majkel: Nazwa Brooks Was Here wzięła się stąd, że to jeden z moim ulubionych     motywów filmowych. Filmu Skazani na Shawshank przedstawiać nie trzeba. Kto nie obejrzał, niech jak najszybciej to zrobi, albo się do tego nie przyznaje. Kiedyś na próbie powiedziałem, że to fajnie brzmi. Graliśmy wtedy we dwóch z Kacprem i w zasadzie nie przywiązywaliśmy wagi do nazwy.  Po dołączeniu do składu Romana przez krótki okres funkcjonowaliśmy jako Catalog Of Disasters. Pod taką nazwą graliśmy nasze pierwsze koncerty w Warszawie. Jednak po jakieś mocno zakrapianej imprezie Roman odpalił „na kaca”  Skazanych. Przypomniało mi się wtedy, że kiedyś mieliśmy się tak nazywać. Przypomniałem o tym chłopakom i wszyscy się zajarali. Od tej pory jesteśmy Brooks Was Here i jest nam z tym dobrze.

Mieliście już kontakt z waszymi imiennikami z Oakland? Jakieś groźby, zmuszanie do zmiany nazwy itp.?

Romanoski: Nie mieliśmy z nimi kontaktu, ale myślę, że jesteśmy na tyle odlegli muzycznie i geograficznie, że ta sama nazwa nie jest dla nich problemem.

W Waszej muzyce słyszę straszą nostalgię za latami 90 – tymi. W zasadzie, jak zresztą zrobiłem w recenzji, mogę wymienić kilkunastu wykonawców, których twórczość odbija się w waszej muzyce. Na ile takie wpływy są świadomym działaniem a na ile przypadkiem?

Romanoski: Muzyka z tamtego okresu chyba najbardziej wypłynęła na moją muzyczną wrażliwość. Zaczynałem słuchać takiej muzyki jeszcze w podstawówce, jeśli chodzi o te najbardziej komercyjne zespoły z okolic grunge’owych i to przez ten nurt zacząłem słuchać muzyki z Sub Pop dla której nagrywali przecież i Sunny Day Real Estate i Modest Mouse, których uwielbiam. Oczywiście, chyba poprzez film „1991 : the year punk broke” dotarłem też do Sonic Youth, chociaż wcześniej powoływała się na nich masa kapel. To taki skład, który wydaje Ci się zajebisty zanim usłyszysz jakąkolwiek płytę. I to Sonic Youth, od kiedy pamiętam, przewijało się w recenzjach moich innych składów – The Spouds i Lora Lie. To po prostu mnie kształtowało, ale nigdy nie chciałem grać „jak Sonic Youth”, czy „jak At The Drive-In”, po prostu gdzieś tam we mnie siedziało. Majkel, zanim zaczęliśmy razem grać, znał może ze dwie płyty Sonic Youth, więc ta grupa też nie miała na niego bezpośredniego wpływu. Oczywiście, lata 90-te to tylko jakiś skrawek rzeczy, których słucham. Mam ziomka, siedzącego w niektórych indie składach i kiedy wszyscy słyszą w naszej muzyce brzmienia w stylu Unwound, jemu się kojarzy z The Cribs. Cieszę się, bo na tym też się wychowywaliśmy. Fajnie, że otwarty słuchacz, nawet jeśli nie jest to do końca „jego brzmienie”, może wyłapać coś dla siebie.

Majkel: Byłem dzieciakiem, który godzinami siedział z discmanem i słuchawkami na uszach. Bardziej lub mniej świadomie te dźwięki wchodziły mi do głowy. Teraz są tego efekty. Dla mnie absolutnym przełomem było odkrycie muzyki At The Drive-In i Fugazi, kiedy byłem zbuntowanym gnojkiem. Do tej dwójki dołączył potem jeszcze Hot Cross. Potem pojawiły się różne inne ekipy grunge’owe, post-hc czy hc/punk. W międzyczasie poznałem The Smiths, Joy Divison, Interpol i tego rodzaju zespoły. Jednak  w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że muzyka, którą naprawdę „czuję” to co innego. Wróciłem do punktu wyjścia i w ten sposób powstał Brooks Was Here.

ultrapunkowy Johny Cash

ultrapunkowy Johny Cash

Romanoski: Nie wiem, czy takie brzmienia są postrzegane, jako „przebrzmiałe”. Na całym świecie pojawiają się kapele czerpiące z takich klimatów, albo takie, które rozwijają je w ciekawy sposób. Japandroids, Pulled Apart By Horses, czy Pissed Jeans wypadają, jak dla mnie, bardzo świeżo, chociaż da się wyczuć punkty styczne z muzyką z tamtych lat. Weźmy takie Thursday, kiedyś trzeba było ich definiować w kontekście rzeczy, z którymi ktoś tam był już osłuchany, a teraz sami są punktem odniesienia. A co wyjątkowego w muzyce z lat 90-tych? Podchodzę do muzyki cholernie osobiście, a nurt wczesnego emo, post-h/c i pewnego odłamu grunge oddaje to, co jest dla mnie ważne, nie tylko w muzyce, ale też np. w filmie, czy literaturze. Naturalność, szczerość, brak gwiazdorskiej napinki, mówienie o rzeczach istotnych, czy to z osobistego, czy bardziej społecznego punktu widzenia. Ciekawie się „czyta” taką muzykę również z socjologicznego punktu widzenia. Za Reagana, kiedy większość twórców dorastała, razem ze wzrostem rozwarstwienia społecznego w niespotykanej wcześniej skali wzrósł również współczynnik dolegliwości psychicznych wśród amerykańskiej młodzieży. Żeby było śmieszniej, było też więcej młodych osób utożsamiających się ze stwierdzeniem „jestem kimś ważnym” (w egoistycznym, egocentrycznym tego słowa znaczeniu), to o kilkadziesiąt procent więcej, niż np. w latach 50′. Nie pamiętam teraz, jak dokładnie nazywały się te badania, czytałem o nich w „duchu równości”, więc każdy zainteresowany na pewno będzie mógł to sprawdzić. W każdym razie postawa składów w rodzaju Fugazi dobrze sprzeciwiała się hipokryzji tamtych lat…

Jak postrzegacie tą „scenę” w Polsce – czy oprócz Plum itp. zespołów są jeszcze jakieś ciekawe twory, godne polecenia?

Romanoski: Pewnie! Głupio wychwalać znajomych, ale Setting The Woods On Fire, czy Karate Free Stylers to świetne składy też jakoś tam tkwiące w latach 90′. Z lżejszych klimatów fajnie wypadają lewe łokcie, to jest szkoła bardziej „pavementowa”. Shit Shaved Shovers nagrali zajebistą ep-kę, no i są bardzo koncertowi. Contra Contra w zeszłym roku nagrała świetną rzecz, ale zaraz premierze zdążyła wymienić połowę składu. Od pierwszych nagrań kibicuję Crab Invasion, ale oni teraz mają taką pozycję, że raczej nie potrzebują mojej reklamy. Spoza grona znajomych, kiedyś jarałem się ep-ką Anteny Error, śpiewała tam dziewczyna ze świetnym głosem, ale nie wiem, czy po niej coś wydali. Perspecto grali ciekawe rzeczy, też nie wiem, co z nimi. Z klimatów bliższych h/c na pewno Astrid Lindgren. Oczywiście mówię w tym momencie tylko o składach, które przychodzą mi na myśl, kiedy pytasz o „ninetines’owy sound”. Dla ludzi głodnych muzyki zawsze znajdzie się coś interesującego. Jeśli chodzi o Plum i Turnip Farm to bardzo podobają mi się ich ostatnie płyty, ale myślę, że czerpią z trochę innych rzeczy, niż my.

Nagrywaliście z kumatym gościem i płytka brzmi rasowo – jak przebiegały nagrania i jakie wnioski po sesji?

Romanoski: Nagrania przebiegły bardzo fajnie. I pod względem towarzyskim i twórczym. Marcin Klimczak, który nas nagrywał jest bardzo „w klimacie”, dobrze rozumiał rzeczy, które chcieliśmy wyciągnąć z tej muzyki. Dorzucił też kilka swoich pomysłów aranżacyjnych, czy wokalnych, ale nie będę zdradzał których, bo jeszcze by się okazało, że to są najlepsze momenty ep-ki.

Majkel: Marcin jest świetnym gościem. Intuicyjnie wiedział, o co chodzi w naszej muzyce. W zasadzie nie musieliśmy mu niczego tłumaczyć. Myślę, że nie mogliśmy lepiej trafić. Zresztą nagrywa tam cała masa zajebistych warszawskich kapel. Na pewno tam kiedyś jeszcze tam wrócimy.

Debiut to sześć kawałków, ale czy macie w zanadrzu jeszcze jakieś, czy możemy się spodziewać w niedługim czasie kontynuacji, czy może wzorem warszawskich kapel rozpadniecie się po nagraniu tego materiału?

Romanoski: Już zrobiliśmy dwa nowe numery! Ostatnio byliśmy z Majkelem na koncertach Gallows, Rise Above Dead, The Tidal Sleep, XERXES i Feed The Rino, które bardzo mocno na nas podziałały. Z nowszych rzeczy jestem też mocno zajarany Crash Of Rhinos. Mamy cztery, pięć numerów, które nie weszły na ep-kę, ale ich raczej nie będziemy nagrywać, są to lżejsze rzeczy, bliższe takiemu graniu bardziej sunnydayrealestatowemu, może czasami będziemy wracać do tych starych rzeczy na koncertach. Teraz robimy dużo mocniejsze, ale też bardziej złożone rzeczy. Nie mamy w planach się rozpadać, raczej zrobić nowe piosenki i wrócić do studia. Najprawdopodobniej zostaniemy przy systemie ep-kowym.

Majkel: Nie ma mowy o żadnym rozpadzie! Gramy dalej! Od razu po nagraniach zaczęliśmy pracować nad nowym materiał. Mi osobiście dostarcza to najwięcej emocji i radości. W ten sposób „ładuję swoje baterie” i jestem w stanie chodzić do pracy czy na uczelnię. Tak, jak mówi Roman, chodzimy na koncerty, słuchamy nowych składów i na bieżąco ogarniamy co się dzieje na scenie. Odbije się to na pewno na kolejnej ep-ce, którą mamy w planach.

Trochę o stronie tekstowej – tytuły sugerują dość poważne tematy poruszane w pieśniach, co z kolei może puentuje Wasz związek ze sceną hc/punk – coś w tym jest?

Romanoski: Ja scenę punk odbieram bardziej, jako etos, niż muzykę. Dla mnie na przykład taki Johny Cash był ultra-punkowy, bardziej punkowy, niż większość punków. Z jaką sceną jesteśmy związani? Tego nie wiem. Wiem, że subkulturowe łatki mnie średnio przekonują. Każdy z nas z pewnością spotkał kiedyś zapalonego anarchistę, który ogarnia ze swojego anarchizmu tyle, co hip-hopowiec słuchający Bilona nawijającego o Monsanto, albo Mesa wkurwiającego się na zamknięte osiedla. W ramach każdej subkultury jest chyba podobnie. Jedni kąsają temat, a drudzy robią to, co wydaje im się fajne. Mi wystarcza, że prędzej byśmy się zabili, niż przyszłoby nam do głowy zostać nowym Guns’n’Roses. Jeśli chodzi o teksty to chyba tytuł „invisible hand” mówi sam za siebie. Kapitalizm uważam za kompletne gówno, a terror rynku nie jest dla mnie w niczym lepszy, niż terror państwa. Wystarczy poczytać takie rzeczy, jak „www.polskatransformacja.pl” Kowalika, „Prywatyzując Polskę” Dunn, czy „Doktrynę Szoku” Klein, żeby przekonać się, że Polska jeśli chodzi o brutalność transformacji ustrojowej jest ewenementem na skalę światową. O ile o sprawach światopoglądowych jakkolwiek się u nas dyskutuje, to jakiekolwiek dyskusje o prawie pracy, czy innej szkole ekonomicznej, traktuje się u nas, jak zamach na papieża. Wypycha się je poza dyskusję, jak wypycha się biednych w Bytomiu do osiedli kontenerowych. O tym też jest „Feed The Overweight Parts”, narrację rzeczywistości budują zawsze wygrani. Kiedy słucham typów pracujących w telewizjach informacyjnych za grube tysiące wypowiadających się o tym, że umowy śmieciowe nie są wcale śmieciowe i o tym, że trzeba znieść płacę minimalną mam ochotę wpierdolić ich w buty wszystkich tych, którzy zapieprzając w gastronomii ledwo mają na wynajęcie mieszkania. „Frames Of War” jest zainspirowany książką Judith Butler o tym samym tytule, a „Offline Breakdown” fragmentami „Psychologii Internetu” Patricii Wallace. Jedynym osobistym numerem jest na ep-ce „Post War Love Kampf”. Do naszej ep-ki będą dodane cytaty z niektórych z wymienionych pozycji. Jeśli uda się kogoś w ten sposób uwrażliwić, to fajnie. Jeśli nie, to będzie słuchał nas dla samej muzyki. Znam miłośników Janusza Korwina Mikke, którzy jarają się Rage Against the Machine. Ja sam uważam, że Bobkowski to jeden z lepszych polskich pisarzy, chociaż nie zgadzam się z jego stosunkiem do kilku spraw.

Plany na przyszłość itp…

Majkel: Chcemy grać jak najwięcej koncertów, aby nasza muzyka dotarła do jak największej liczy osób. Dość często gramy w Warszawie, więc w najbliższym czasie skoncentrujemy się na koncertach w innych miastach. Będziemy ciężko pracować nad nowym materiałem, aby stawać się coraz lepszym zespołem i to na tyle. Czas pokaże, jak to się wszystko potoczy. Gramy przede wszystkim dla siebie, więc chcemy to robić dobrze i tak, aby czerpać z tego satysfakcje. Cytując klasyka „nie dla sławy, nie dla pieniędzy”.

Rozmawiał Arek Lerch