BROOKS WAS HERE – ciągle chcemy robić coś nowego

Świat należy do młodych. To oni decydują o tym, co jest modne, co hipsterskie a co trzeba olewać. Patrzę na te załogi i tak sobie myślę, że fajnych czasów dożyłem. Ze zgrozą wspominam lata, kiedy młodość plus gitara równała się punk, albo co najwyżej reggae. Dzisiaj muzycy mają dużo szersze zapatrywania, chęci i umiejętności, by tworzyć rzeczy, które na tle Europy wcale nie brzmią ubogo. Takie jest najnowsze dziełko Brooks Was Here. Załogi, która inspiruje się gitarową alternatywą zza oceanu, wie co chce osiągnąć i choć na razie jeszcze sporo ma do zrobienia, szczególnie w temacie promocji, uważam, że zasługuje na miejsce w naszym magazynie. Bo kogo mamy promować jak nie twórców, którzy za kilka lat będą pewnie tworzyć awangardę rockowego uderzenia nad Wisłą. O wydanej właśnie płytce „High Violence” i o tym, co piszczy w piwnicach rozmawiałem z Mateuszem i Majkelem.

Na początek szybka kwestia – co się u Was zmieniło na przestrzeni od wydania poprzedniego materiału a „Vigh Violence”? Jakieś wstrząsy, tragiczne albo ekstatyczne wydarzenia?

Mateusz: Przede wszystkim gramy teraz z basistą. Miałem początkowo zająć się tylko wokalem, ale wyszło jakoś tak, że nie gram na gitarze tylko w starych numerach, więc zamieniłem jeden instrument na drugi. Rozstaliśmy się też z poprzednim perkusistą, ale miało to miejsce w pokojowej atmosferze, więc trudno to nazwać wstrząsem. Z ekstatycznych wydarzeń: fajnieBrooks Awatar się grało w 007 Strahov w Pradze.

Majkel: Odeszliśmy też z dotychczasowego labelu (fyh records), na rzecz naszej obecnej oficyny wydawniczej Jagged Kid

Jak z dzisiejszej perspektywy podchodzicie do poprzedniej ep – ki? Jakich zmian w tej płytce dokonalibyście?

Majkel: Najtrudniej jest chyba oceniać siebie samego. Co do poprzedniej ep-ki jestem z niej osobiście bardzo zadowolony. Marcin Klimczak pomógł nam osiągnąć brzmienie, o które nam chodziło. Materiał był ukłonem w stronę muzyki, na której się wychowaliśmy. Z dzisiejszej perspektywy nie wiem czy wszystkie nagrane numery by się na niej znalazły. Jednak zarówno my i jak słuchacze mamy do niej ogromny sentyment i na koncertach numery takie jak „Offline Breakdown”, „Frames Of War”, „All Swinlders On Earth” są punktami obowiązkowymi.

Mateusz: Ja też niczego bym nie zmieniał. Poprzednia ep-ka dobrze oddawała naszą muzyczną wrażliwość w tamtym czasie i dalej uważam.

Można przyjąć, że dzisiejszy BWH to zupełnie inny zespół, szczególnie z punktu widzenia mentalnego?

Mateusz: Poza tym, że jestem starszy, grubszy i bardziej zarośnięty, nie widzę większych zmian. Może jestem też ciut bardziej nerwowy…

Majkel: Cały czas staramy się rozwijać jako ludzie i muzycy, więc chyba rzeczywiście trochę się zmieniliśmy. Jednak ta zmiana nie wydaje mi się jakaś diametralna. Po prostu robimy swoje i idziemy do przodu.

Nagraliście ponownie krótki materiał – czy mam rozumieć, że taki format jest dla Was najodpowiedniejszy? Planujecie nagranie całej, dużej płyty?

Majkel: W najbliższym czasie nie planujemy raczej wydawania LP. Ep-ka to dla nas optymalne rozwiązanie, jest krótka, intensywna. My jesteśmy niecierpliwi, szybko się nudzimy, ciągle chcemy robić coś nowego.

Mateusz: Do tego braku cierpliwości dodałbym tylko brak pieniędzy. Sam chciałbym zmierzyć się z pełną płytą, mam nadzieję, że kiedyś to zrobimy.

Jakie – Waszym zdaniem – elementy najbardziej wyróżniają „High Violence” na tle konkurencji?

Majkel: Nie mam pojęcia. U nas z reguły albo jest się zajebistym hardkorowcem, albo hipsterem. My nie jesteśmy ani jednymi, ani drugimi. Może to nas wyróżnia, ale nie zawsze dobrze na tym wychodzimy. A tak na serio to Marcin Buźniak (Setting The Woods On Fire) odwalił kawał dobrej roboty przy nagrywaniu i produkcji „High Violence”. To dzięki niemu ta ep-ka brzmi tak jak brzmi i jesteśmy mu mega wdzięczni.

Mateusz: Trudno mi mówić o konkurencji. Muzyka to nie wyścigi, właściwie każdy zespół, z którym mieliśmy przyjemność grać, nawet jeśli pasuje do niego etykietka post-hardcore, był z innej parafii. Jeden mój dobry kumpel powiedział, że brzmimy jak post-hardcore’owe Interpol. Bardzo lubię ten skład, więc to dla mnie duży komplement. Może odróżnia nas natężenie Interpolu w muzyce post-hardcore’owej?

W stosunku do poprzedniczki, nowy matex jest bardziej zwarty, może nawet hardcore’owy w kwestii wokali – zależało Wam na stworzeniu muzyki konkretniejszej? Były jakieś założenia podczas tworzenia muzyki?

Majkel: Tak, mieliśmy swoje założenia i w dużej mierze zostały one zrealizowane. Miało być ciężej i bardziej energetycznie. Materiał na „High Violence” powstawał bardzo spontanicznie. Po dołączeniu do składu Demiana w zasadzie z miejsca zaczęliśmy robić nowe numery. Nie siedzieliśmy nad nimi godzinami i nie analizowaliśmy ich zbytnio, stąd może wrażenie tego, że jest „zwarty”. Przy pierwszej ep-ce długo ogrywaliśmy materiał, inaczej też powstawał. „High Violence” praktycznie w całości powstała w sali prób. Jest to materiał zdecydowanie koncertowy.

Mateusz: Ja nie przypominam sobie żadnych założeń; parafrazując Araba, „na początku pomyślałem, no, nie wiem, co z tym zrobię, a potem pomyślałem, „o, zagram” i zagrałem”.

„High…” to także, w moim odczuciu, mniej Sonic Youth, więcej rockowej alternatywy. Zmieniły się Wasze inspiracje, czy tylko mój punkt widzenia?

Majkel: Tak jak mówiłem, pierwsza ep-ka to był ukłon w stronę muzyki na, której się wychowaliśmy (Fugazi, At The Drive In), natomiast „High Violence” jest zainspirowana bardziej aktualnymi składami. Dla mnie przede wszystkim Daitro i „francuskim graniem”, ale też Touche Amore, La Dispute i całym tym nowym graniem . Z kolei teraz idziemy jeszcze w innym kierunku, więc kolejna ep – ka powinna być zaskoczeniem.

ciągle chcemy robić coś nowego

ciągle chcemy robić coś nowego

BWH w ciekawy sposób wpisuje się w nową krajową alternatywę. Czujecie, że tworzy się cos w rodzaju oddolnego ruchu młodych, (indie) rockowych projektów? Możecie jakoś scharakteryzować z Waszego punktu widzenia, to co dzieje się w podziemiu, niekoniecznie punkowym?

Mjakel: Trochę to wszystko zaczyna się ruszać. Jest sporo fajnych składów takich jak Dead Dingo, Lie After Lie, Beaver, Astrid Lindgren. Powstają nowe ziny np. Lost iZine. Jeśli to wszystko pójdzie w dobrym i sensowym kierunku, może doczekamy się takiej mocnej sceny jaką mają chociażby nasi zachodni sąsiedzi. Ludzie przestali się chyba bać melodii i powoli można to usłyszeć. Zwłaszcza nasi rówieśnicy i nowe zespoły.

Mateusz: Podziemie kipi. W Eufemii każdy najebus/ka ma po 16 składów i właściwie nikt nawet nie potrafi wymienić w jakich konfiguracjach i kiedy gra. Ścigamy się z Poznaniem, gdzie też dużo osób nie wie w czym gra, ale musi zakładać coraz więcej składów, bo tylko koledzy z innych zespołów chodzą na ich koncerty. Z tego, co ogarniam w Gdyni też się fajnie dzieje. Szacunek dla Graveyard Drug Party, Frondy, Social Cream, Jakuba Lemiszewskiego, Złotej Jesieni, Francis, Karate Free Stylers, Merkabah, There Is No Tommorow, Evvolves, Setting The Woods On Fire, No Values, Rachael, Spirits of the Air, Gremlins of the clouds, Nevady, Palcolor, Skinny Girls, Bibi & The Wave, Judy’s Funeral, 1926, Borowski/Miegoń, Kiev Office i Black Mynah. Wymieniając oczywiście tylko te najpopularniejsze składy. Z nowych rzeczy bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie nagrania składów Radioteleskop, The White Kites i Yoko Chanel. Oczywiście, nie sposób pominąć sceny improwizowanej, która w Warszawie działa bardzo prężnie. Songwritersko biję pokłony dla Map Of The Human Heart, Chasing The Sunschine, Pol Wanda, Leaky Boat i Totemy/Unrobe. Właściwie to można wymieniać i wymieniać tyle jest pyszności.

Nowa płytka to dość mocarne, niemal growlujące wokale – czy takie było założenie? Przyznam, że troszkę mi brakuje „jaśniejszych” wokaliz. Skąd taki kierunek w interpretacji warstwy wokalnej?

Mateusz: Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Chyba po prostu intuicyjnie stwierdziłem, że najfajniej będzie dużo krzyczeć.

Skoro przy wokalach jesteśmy – jaki przekaz kryje się za „High Violence” – wiem, że teksty zawsze były dla Was istotne; jakie tematy tym razem poruszacie, na co chcecie zwrócić uwagę?

Mateusz: Teksty krążą wokół tematu przemocy i reakcji na nią. „Five Broken Cameras” jest inspirowany filmem o tym samym tytule, który opowiada o walce mieszkańców palestyńskiej wioski z opresją ze strony Izraela. „White White Creeps” jest o przymierzu dzianych zmęczonych dorosłych osób z idiotami, którzy wychodzą na ulice z wizją supremacji białej rasy, albo z coverkrzyżem celtyckim. „Under Control” i „Factory Foor” to takie obrazki z pracy, jakaś taka bezsilność wynikająca z faktu, że jedyne, co rzeczywistość ma do zaproponowania moim znajomym to praca w gastronomii albo call-center. „Underclass Consumers” to jakaś moja utopijna wizja rewolty. „Bluesmith” to tekst, który miał tyle wersji i miałem na niego tyle pomysłów, że ostatecznie dzień przed nagraniem napisała go Bibi z Evvolves i Bibi & The Wave, dotyczy przemocy domowej.

Zmieniliście pałkera – dlaczego? Jest lepiej? Szybciej, ciężej? Jak przebiegała ta operacja na żywym organizmie?

Majkel: Bębniarza zmieniliśmy dość niedawno. W zasadzie to chyba 2 tyg temu. Materiał w całość jest nagrany i zrobiony z naszym poprzednim perkusistą. Kapcer nie miał czasu na próby, koncerty, ogólnie na granie. Zmieniły mu się trochę priorytety. My to rozumiemy, nadal jesteśmy kumplami. Przez dwa lata było naprawdę zajebiście. Nasz nowy bębniarz Mikołaj gra trochę inaczej bardziej punkowo, szybciej, nowe numery na pewno będą cięższe. Zmiana przebiegła bardzo sprawnie i szybko, z racji tego, że Mikołaj chodził na nasze koncerty i był na bieżąco z numerami.

Mateusz: Gdyby nie to, że zaszła taka sytuacja i tak wcześniej czy później założyłbym z Mikołajem jakiś projekcik, bo kiedy po raz pierwszy zobaczyłem go na koncercie jego składu Złota Jesień zbierałem szczękę z podłogi. Można powiedzieć, że życie da się zrozumieć tylko po zobaczeniu Złotej Jesieni na żywo. Żadna tam księga apokalipsy, ani księga Koheleta, po prostu Złota Jesień.

Gdzie znajduje się obecnie Brooks’? Jesteście w połowie drogi na szczyt? Zaczynacie? Co tak naprawdę chcecie osiągnąć? Macie jakieś cele, które obligują Was do takiej a nie innej pracy?

Majkel: Myślę, że w dalszym ciągu jesteśmy na początku naszej drogi. Ciężko tu mówić o jakimś sukcesie. Robimy to co lubimy, chyba całkiem spoko nam to wychodzi. Chciałbym, żebyśmy grali jak najwięcej dobrych koncertów, z fajnymi zespołami i poznawali zajebistych ludzi. Dobrze byłoby wyjść z koncertami poza Polskę. O to chyba w tym wszystkim chodzi.

Koncerty – gdzie było fajnie, czego unikacie? Najlepszy koncert w tym roku? Gdzie Was wygwizdali?

Majkel: Jednym z lepszych koncertów jaki zagraliśmy był występ w czeskiej Pradze. Może byliśmy zmobilizowani bardziej niż zwykle? Nie wiem. Był to ostatni koncert jako trio i wypadł on świetnie. Byliśmy w mega formie. Jeden z najgorszych zagraliśmy chyba w Olsztynie, gdzie było pusto i nie było zbyt koncertowej atmosfery. Bardzo dobrze gra nam się też u siebie w Warszawie, przychodzi sporo ludzi, jest dobra zabawa.

Mateusz: Koncert w Pradze nie był ani tegoroczny ani ostatni, jako trio, bo potem jeszcze zagraliśmy w Desdemonie, ale rzeczywiście był jednym z lepszych naszych gigów. Mnie akurat w Olsztynie grało się bardzo fajnie. Przez parę lat grania chyba odzwyczaiłem się od rozczarowywania jakimikolwiek miejscami i publicznością, dopóki jest na sali ktokolwiek, kto się cieszy. Raz w życiu straciłem cierpliwość, kiedy grałem z moim innym składem w Poznaniu i czterech kolesi przekonywało mnie, żebym ich wszystkich wpuścił za 10 złotych, bo przed chwilą widzieli Luxtorpedę za darmo. Mnie generalnie rozczarowuje sytuacja polskich, niezależnych składów, które jeśli już gdzieś jadą muszą się stresować, czy przyjdzie tyle osób, że zwróci im się za benzynę, albo jadą osobówką, żeby nie musieć wypożyczać busa, a potem grają na rozpieprzającym się, pożyczonym sprzęcie.

Kiedy ktoś powie o Was, że gracie hipsterskiego rocka – co czujecie? Chęć mordu czy coś innego?

Majkel: Szczerze mówiąc, nikt chyba o nas tak jeszcze nie powiedział. Przynajmniej ja nigdy nie słyszałem takiej opinii. Nawet jeśli ktoś tak mówił, albo mówi to niespecjalnie mnie to interesuje.

Mateusz: Wszyscy mamy brody, więc jak najbardziej jesteśmy hipsterami, a tak na serio, to strasznie denerwują mnie w Polsce ortodoksyjni „scenowcy”, dla których punk skończył się na Sex Pistols, a hardcore na Black Flag i wydaje im się, że w swoim snobizmie to oni są bardziej hipsterscy od nas.

Jakie najgłupsze określenie Waszej muzyki do Was dotarło?

Majkel: Nie przypominam sobie jakiegoś szczególnie głupiego określenia naszej muzyki. Mam za to ulubione cytaty z recenzji jednym z nich jest „głośna gitara, fajny basik, ale dlaczego on się tak drze?” he, he. Poziom niektórych blogerów muzycznych zwłaszcza na „fajnych, hipsterskich i opiniotwórczych” portalach jest powalający. Trzy zdania sklecone na kolanie i jakieś Brooks śpiewafarmazony. Mało kto zna zespoły, którymi się inspirujemy. Zabawnie się potem to czyta.

Mateusz: Pierwsze miejsce na podium należy się chyba recenzentce music is za „ot splot niezrozumiałych wrzasków z całkiem niezłym graniem”.

I na koniec – co dalej – kontrakty, trasa z… no właśnie – jak wyobrażacie sobie ten biznesowy szczyt? Z kim chcecie wycierać sceny i czy bliżej Wam do Franz Ferdinand czy El Bandy?

Majkel: Zdecydowanie bliżej nam do El Bandy. Nie mam nic przeciwko Franz Ferdinand, ale ten półświatek to jednak nie nasza bajka. Co do biznesów, kontraktów, coś takiego raczej nie istnieje, no chyba, że mówimy tu o dinozaurach jak Maryla Rodowicz czy gwiazdkach „alternatywy” pokroju Kamp!, Moniki Brodki i innych super, modnych, odkrywczych, zajebistych zajawkach. Wszystko robimy sami, od koncertów, przez wydawanie po promocje.

Mateusz: Biznesowym szczytem będzie taki, na którym nie będziemy musieli dokładać do własnej muzyki. Może głupio to zabrzmi, ale przy obecnej sytuacji w Polsce granie muzyki, koncertowanie i wydawanie jej gdziekolwiek jest moim zdaniem przywilejem. Cieszę się, że mogę sobie na niego pozwolić chociaż w wersji mikro. Ja scenę mogę dzielić z każdym/ą, kto mnie nie denerwuje. Mamy trochę dylemat, bo gramy muzykę o małym zasięgu, a każdy klub w Polsce ma jakąś swoją lokalną specyfikę. Nie mam specjalnego pomysłu, gdzie i z kim grać, żeby trafić do osób, które rzeczywiście chciałyby nas słuchać. Graliśmy koncerty ze PCTV i lewymi łokciami, które są z innej muzycznej bajki. Graliśmy z Anchors Aweigh, Wschodem i There Is No Tommorow, do których trochę nam bliżej pod względem ciężaru. Zawsze znajdzie się ktoś, kogo nasza propozycja ucieszy i ktoś, kto stwierdzi, że to, cytując moją ulubioną recenzję, jest to „splot niezrozumiałych wrzasków z całkiem niezłym graniem”. Mógłbym stwierdzić, że po prostu gramy do dupy i nikt nas nie lubi, ale jeszcze nie jestem aż takim nihilistą.

Rozmawiał Arek Lerch

 Zdjęcia: archiwum zespołu/zdjęcie główne i główka wokalisty: Fila Padlewska