BROKEN BETTY – jutro się rozstaniemy

Smutny będzie troszkę wstęp, bo trójmiejska załoga, uraczywszy nas świetnie rokującą ep – ką (naszą o niej opinię znajdziecie tutaj), w poniższym wywiadzie przyznaje się, że zamierza zawiesić działalność. Dlaczego – pytam? Odpowiedź znajdziecie w tym wywiadzie. Z drugiej strony – muzyka jest nieśmiertelna a jej autorzy bynajmniej nie zamierzają składać broni. Jeszcze o nich usłyszymy. Pod taką bądź inną nazwą. Na razie starajmy cieszyć się muzyką i poczytajmy, co mają nam do powiedzenia na pożegnanie…

 

 

 

Co słychać dobrego w Waszym obozie?! Jak życie i kariera przebiega?

Cześć, na wstępie dzięki za wsparcie, kolejny wywiad i recenzję! U nas fajerwerków nie ma, ale narzekać też nie możemy. Nowa płyta powoli wzbudza zainteresowanie, zagraliśmy też parę fajnych koncertów.

Ostatnia płyta była sporym i miłym zaskoczeniem – jak została przyjęta i co możecie powiedzieć o niej z dzisiejszego, pewnie zdystansowanego punktu widzenia?

Płyta spotkała się z dobrym przyjęciem, co może dziwić w kontekście tego, jak bardzo różni się od debiutanckiej ep-ki. Wydawać by się mogło, że większość naszych odbiorców będzie zawiedziona brakiem ciężkiego łojenia i „piosenkowości” jednocześnie.  Jednak takie głosy były raczej odosobnione, przeważały pochwały, co jest oczywiście bardzo miłe. Dla mnie ten album to w pewnym sensie zapis okresu przejściowego – zakładaliśmy zrobienie czegoś w kompletnie innym klimacie, z innym podejściem do komponowania, z niewielką ilością nawiązań do poprzednich numerów. Chyba udało nam się zaskoczyć słuchaczy, choć i tak w efekcie końcowym zmiana nie była aż tak radykalna, jak przewidywaliśmy.

W sumie – co mnie z jednej strony dziwi a z drugiej nie – było o Was dosyć cicho po wydaniu płyty. Z czego to wynikało? Nie było propozycji grania czy może cenicie sobie spokój święty?

Ciężko powiedzieć – chyba nie jesteśmy zbyt dobrzy w  marketingu i autopromocji, a wychodzi na to, że dziś jest to równie ważne jak muzyka. Zagraliśmy trasę „3miastoatakuje”, i trochę indywidualnych gigów. Z kilku fajnych propozycji musieliśmy zrezygnować przez prozę życia. Proponowano nam też występy w pewnych, bardzo popularnych talk-show: to być może dałoby nam trochę rozgłosu, ale jednak nie zdecydowaliśmy się na granie z playbacku. To nie jest tak, że nam nie zależy na docieraniu do nowych słuchaczy – zależy nam na tym bardzo, ale mamy też już swoje lata na karku, i staromodne przekonanie, że dobra muzyka zawsze znajdzie drogę do ludzi i się obroni. Być może to naiwny pogląd, ale przynajmniej dzięki temu przedkładamy pracę muzyczną nad managerską.

jutro się rozstaniemy...

jutro się rozstaniemy...

Dobre pytanie… Można powiedzieć, że skaczemy w przepaść – i albo spadniemy w dół jak beczka z gruzem, albo uniesie nas rakieta kosmiczna lecąca na orbitę. Nie idziemy teraz za ciosem, „Original Features” miało być pewną klamrą, pokazującą możliwe kierunki, które możemy obrać w przyszłości. A jednocześnie powrotem do naszych korzeni. Nie chcieliśmy zostawiać tych numerów na później, bo nie chcieliśmy zawieszać BB, z „The Sorry Eye”, jako ostatnim wydawnictwem.

Czuję na nowej ep – ce wyraźną polaryzację na mocno zakorzeniony w tradycji stoner („Bastard Rocket”) i chęć eksperymentu („Terminus/Freedom Out of Fire”) – która strona przeważy?

Jak już wspomniałem, te decyzje to sprawa bliżej nieokreślonej przyszłości. Sądzę, że pewna doza eksperymentu, chociażby z aranżami, jest od zawsze wpisana w Broken Betty. Ale od stonera raczej nie uciekniemy i dobrze.

Miłym zaskoczeniem jest wstęp do „Everybody…” – te bębny brzmią jak wstęp do jakiego kawałka SHELLAC!! Czy noise też Was inspirował?

Mi też bardzo podoba się to, co Seba ułożył. Nie dość, że dobitnie pokazał, kto w tym zespole potrafi naprawdę wymiatać na swoim instrumencie, to jeszcze zrobił to w sposób muzyczny. On wywodzi się ze warmińsko-mazurskich składów romansujących z muzyką typu Tool, czy Mars Volta, dlatego kombinowanie ma we krwi. Na Original Features udało mu się je w dodatku połączyć z rasowymi groovami, więc czego chcieć więcej? Co do noise, to jest on oczywiście źródłem inspiracji od samego początku – w zasadzie od kapel z przełomu lat 80’/90’, na czele z Sonic Youth. To najbardziej pierwotny sposób przekazania ekspresji, w dodatku nie wymaga dużych umiejętności technicznych. Poza tym lubimy ten element nieprzewidywalności na koncertach, kawałki można wyćwiczyć do perfekcji, ale noisowa improwizacja to zawsze wielka niewiadoma.

W wielu miejscach nowej płyty miałem wrażenie, że nieco inspirujecie się Monster Magnet, szczególnie w sferze wokalnej. Jeśli tak jest to dobrze, a jak nie – wskażcie źródła inspiracji?

Monster Magnet oczywiście znamy i lubimy bardzo, natomiast nie myśleliśmy o nim podczas nagrań. Chyba, że wyszło to z podświadomości. To bardziej pytanie do Dziablasa, natomiast w jego przypadku wymienić wszystkich źródeł inspiracji nie sposób. Pracując jako realizator ma kontakt z dużą ilością bardzo zróżnicowanej muzyki, i chłonie to wszystko jak gąbka.

Zaskakująco miłe jest brzmienie płyty – zdradźcie kulisy nagrywania materiału  – na czym, gdzie z kim i jaki jest pan Jan Galbas? Co się w studiu wydarzyło takiego, co zapamiętacie do końca swoich dni?

Za produkcję w całości odpowiada Dziablas. Zrobił tracking, mix i master w studio Sounds Great Promotion. Wszystko zajęło nam chyba łącznie kilkanaście godzin, i niezbyt wiele poprawek. Szybka praca, więc i anegdot brak. Nagrywaliśmy go na naszym sprzęcie, na koncertowych brzmieniach – były piece i kolumny gitarowe Orange, lodówy i stara głowa basowa Ampega, trochę staromodnego siermiężnego fuzzu, i nisko strojone bębny Premier.

Przemożna chęć wydania materiału zaważyła zapewne na tym, co teraz będzie się z zespołem działo – promocja, czy raczej skupianie się na zrobieniu pełnowymiarowego materiału.? A jeśli promocja to gdzie, może poza granice polandu trzeba się udać?

Być może trochę teraz zaskoczę, ale najbliższe plany związane z Broken Betty to zawieszenie działalności – zarówno koncertowej jak i kompozytorskiej. Będziemy grać dalej razem, w nieco większym składzie i innej konfiguracji, jako zupełnie nowy zespół. Niedługo zaczynamy próby, osobiście nie mogę się już doczekać efektów, mamy wszyscy bardzo dobre nastroje związane z tym projektem. Nie potrafię teraz powiedzieć, kiedy BB powróci –ale zapewne będzie to wtedy, kiedy bogatsi o nowe doświadczenia, znowu poczujemy chęć grania w formule tradycyjnego rockowego trio. I być może na jesieni, wyjątkowo, uda się wystąpić na pewnym bardzo prestiżowym koncercie, ale o tym wolałbym nic póki co nie mówić, bo nie jest to pewne.

Jak wygląda obecnie status zespołu – nadal nie ma wydawcy, nadal bazujecie na idei DIY czy coś się może zmieniło? Bo Nasiono Records brzmi dość, hmmm, enigmatycznie…

Nasiono faktycznie nie jest kojarzone z ciężką muzyką, jest przy tym wytwórnią stricte niezależną, w zasadzie rozwinięciem idei DIY. Jednak na swoim polu działają bardzo prężnie, traktują zespoły po partnersku, i chociaż nie stoją za nimi większe pieniądze, to dają nam maksimum wsparcia, na miarę ich możliwości. Przejrzyste, koleżeńskie układy są dla nas bardzo ważne, zarówno na polu zespołowym jak i wydawniczym. W przeszłości nigdy nie dobijaliśmy się specjalnie mocno do większych, bardziej klasycznych wytwórni. Mimo to, w pewnym momencie byliśmy nawet dość blisko jednej z nich, ale ostatecznie okazaliśmy się chyba niezbyt atrakcyjną – nazwijmy to – inwestycją.

Trochę zmartwiła mnie formuła w jakiej ujawniliście światu płytę – dlaczego tyko mp3 i kiedy może pojawić się CD? A może winyl?!

Z racji planów zawieszenia działalności, nie zdecydowaliśmy się na wydanie fizyczne. Praktyka pokazuje, że płyty w 80% sprzedają się na koncertach, a w tej chwili zwyczajnie nie stać nas na wydanie materiału, który nie zarobiłby nawet na zwrot kosztów. Nie chciałbym teraz składać konkretnych deklaracji, ale są pewne pomysły wydania tego później, nawet w formie splitu. Ja od niedawna jestem ponownie zakochany w winylach, więc  i ta opcja kusi – tym bardziej, że moim zdaniem płyta dobrze by do tego formatu pasowała.

Jak wygląda strona tekstowa ep – ki – o czym chcecie tym razem poinformować świat?

Teksty nie są spójną całością: jeden z nich traktuje wprost o małości człowieka w  starciu z pijaną obsługą wyrzutni rakiet, inny jest rasową space-operą, a jeszcze kolejny w jednym zdaniu podsumowuje kondycję dzisiejszej telewizji, pozostawiając przy tym pole do własnej interpretacji.

W kwestii koncertów – gdzie byliście i z kim fajnym graliście? Jak wspomnienia po koncercie z Weedeater i Major Kong?

3miasto atakuje!

3miasto atakuje!

Faktycznie, ostatnie „highlights” to gigi zorganizowane z okazji Days Of The Ceremony. Najpierw Warszawa i wspomniany Weedeater i Major Kong. Obydwie kapele zagrały świetne koncerty, Major Kong zaskoczył mnie bardzo pozytywnie – riffy znałem już wcześniej, ale brzmienie koncertowe było miażdżące. Znając ich wcześniejsze dokonania  pod szyldem Fifty Foot Woman, nie spodziewałem się aż takiej mocy. Dziablas nawet z premedytacją zerwał sobie strunę w basie, żeby po pierwszym naszym numerze móc zagrać na Tokaiu Precision Domela. Przy Weedeater uszy krwawiły, a dziewczyny mdlały (true story). Panowie jeńców nie biorą, a ruchy sceniczne i mimika Dixiego to klasa sama w sobie. Parę dni później mieliśmy też przyjemność zagrać razem z Vagitarians, Horisont i The Flying Eyes w Gdyni. Ekipa ze stolicy z akustycznym setem mogłaby spokojnie zagrać na MTV unplugged zamiast przećpanych Alice In Chains – a gra Rutkosia na wieśle to opad szczęki – znowu przez niego zacząłem sobie obiecywać, że kiedyś się wezmę za ćwiczenie na gitarze. Horisont to szwedzki wehikuł czasu, panowie stylem, sprzętem i muzyką wyjęci z początku lat 70tych. Chyba najbardziej porywający publikę koncert, w końcu jak tu nie szaleć przy wąsatych facetach w butach na koturnach, którzy grają bez żenady harmonie gitarowe jak Thin Lizzy? Flying Eyes niestety musiałem opuścić po trzech numerach, ale te trzy numery utwierdziły mnie tylko w słuszności zakupienia ich winyla i koszulki, jeszcze przed koncertem. Mają przyszłość, i spodziewam się, że kiedyś oglądając ich na głównych scenach wielkich festiwali, będę dumny z tego, że mogłem przed nimi zagrać.

Porobiło się ostatnio na stoner/sludge’owej scenie w Polsce sporo ciekawych rzeczy. Co z tej działeczki Wam się podoba? Może odkryliście jakiś fajny, nowy zespół?

Porobiło się faktycznie, i przyznam niejako z zażenowaniem, że o ile jeszcze rok temu miałem rozeznanie praktycznie we wszystkich zespołach tego nurtu, to teraz jestem trochę do tyłu. Dziablas pewnie jak zwykle lepiej się orientuje, bo siedzi w tym na co dzień. Na pewno moją uwagę ostatnio zwróciły świetne płyty Vagitarians, Satellite Beaver, Major Kong. Z naszego podwórka bardzo dobra epka Naked Brown. Świeża, przed chwilą dopiero wypuszczona na CD i kasetach (!!) płyta Dopelord. Nowa płyta Snake Thursday z Poznania. Więcej grzechów nie pamiętam, a o takich tuzach jak np. Obscure Sphinx aż głupio wspominać, bo kto tego nie zna?

No i tradycyjnie faki, zjeby i pozdrowienia na koniec!!

Pozdrawiamy wszystkie kapele, z którymi ostatnio graliśmy, pozdrowienia szczególne dla ekip Major Kong i Vagitarians. Organizatorów i współorganizatorów Days of The Ceremony, i nie tylko – Rutkoś, Agata, Boro.  Ekipę Nasiono Records. Wszystkich, którzy wspierali nas obecnością na koncertach, dobrą recenzją, dobrą fotą koncertową, noclegiem, żarciem, alkoholem – nie sposób wszystkich wymienić, ale wiecie, kim jesteście! Delikatne zjeby dla wszystkich, którzy narzekają na brak dobrych koncertów na lokalnych scenach, a przy tym ich jedyna aktywność to przesiadywanie na Fejsbuku. Ruszcie się czasem na miasto, wydajcie parę złotych na wejściówkę, możecie się zdziwić.

Rozmawiał  Arek Lerch

Zdjęcie zespołu: Artur Hutnik