BRDA – Łączenie przeciwieństw…

Światło Wody to kolejna, spreparowana przez mniej lub bardziej znanych i w dużej mierze związanych z Bydgoszczą muzyków, podróż w tajemniczy świat. Od czego zaczynamy? Najlepiej od Linii nr 8 3 Moon Boys, bo to dobre wprowadzenie do wodnego światła. Choć obie te płyty powstały w różnych okolicznościach i w zasadzie trudno je łączyć (pomijam osobę perkusisty…), nowe dzieło Brdy jest czymś w rodzaju rozwinięcia, ponownie transowym, klimatycznym lotem w nieznane. Tripem przyjemnie monotonnym, relaksacyjnym a jednocześnie niezwykle smakowicie zagranym. Trzeba mieć tylko czas, by zagłębić się w ten gąszcz dźwięków. I w ten świat wprowadza nas perkusista Marcin Karnowski…

Na początek dziwnie będzie, bo… zapytam o to, co słychać w 3Moon Boys. Jakoś cichutko wokół Was…

Cichutko się zaszyliśmy, pochyleni nad nowym materiałem, który nagraliśmy niedawno. Rejestracja nastąpiła w pięknych okolicznościach w niewielkiej acz urokliwej miejscowości Suchary pod uchem Jarka Hejmanna. Obecnie wstępnie miksujemy to, co tam się wydarzyło. Rzecz ukaże się w przyszłym roku.

Zatem uspokojony, przechodzę do Brdy. Zaiste, ciekawy to projekt. Przeczytać można, że duże znaczenie ma tu poezja czy wizualizacje, jednak muszę przyznać, że strona czysto dźwiękowa sprawia równie bogate wrażenie. Czy ktoś zarzucił Wam już, że gracie muzykę… progresywną?

Progres to ładne słowo, ucieszyłbym się z takowych zarzutów. Jak na razie nie słyszałem takich opinii. Jeśli się one pojawią, to znak, że niełatwo tego naszego grania sklasyfikować. Nam jest najtrudniej o precyzyjne określenie, co nie spędza snu z powiek. Skupiamy się właściwie na autentyzmie, szczerości. I już. Ale to prawda, że zarówno wizualna jak i werbalna strona, o czym wspominasz, mają równorzędne znaczenie z dźwiękową stroną Brdy. Staramy się o równowagę między tymi płaszczyznami.

Jak pracuje się zatem nad takim konceptem? Czy w tym przypadku następuje jakieś odwrócenie sposobu działania, np. zaczynamy od słów, czy wizualizacji, którym podporządkowujemy muzykę, czy jednak dźwięk jest nadal priorytetowy?

Z Brdą to dość rozmaicie się układa. Właściwie nie ma systemu czy sprawdzonego patentu. Proces następuje spontanicznie, pisanie tekstów niekiedy wyprzedza muzykowanie, ale czasami jest tak, że podczas pracy nad utworem, wspólnie improwizując, zjawiają się w głowie słowa, co to się prawie cisną na usta. Okazuje się niekiedy, że początkowe kierunki „konceptu” zmierzają w inną stronę niż nam się wydawało, wówczas następują drobne modyfikacje. Czasami pomysł pączkuje, mnożą się kolejne ścieżki dotarcia do celu. Wiem, że to dość ogólnikowe, co mówię, ale nieco trudno to ściśle wychwycić. Nagle pojawiają się olśnienia i okazuje się, że jesteś w środku. W przypadku „Światła wody” wizualna strona wydawnictwa pojawiła się na końcu; szukaliśmy czegoś co będzie wartością dodaną do tego, co chcieliśmy powiedzieć. Udało się, jesteśmy zadowoleni z efektu końcowego. Chyba fajnie to się skleiło.

W waszej muzyce – obok transu oczywiście – silnie zaznaczają się elementy jazzowe. Jest trąbka („Wieczór”, „Fałes”), pięknie ubarwiająca aranże, są smaczki brzmieniowe i ten specyficzny feeling. Czy to przypadek, czy faktycznie ciążycie w taką stronę?

Chyba bardzo lubimy takie wycieczki w rejony, gdzie echa jazzowe pobrzmiewają. Trąbka Wojtka ładnie uwypukliła te ciągoty. Takie spotkania na pograniczu są zresztą dla nas bardzo inspirujące. W utworach, o których wspominasz, to oczywiście celowe działanie. Dlatego uśmiechnęliśmy się do Wojtka, który przyjął zaproszenie, co cieszy nas niezmiernie.

Pewien typ wrażliwości...

Pewien typ wrażliwości…

Idąc tym tropem, w kilku miejscach na myśl przyszedł mi zespół June of 44, w sensie inspiracji tudzież porównań…

Tak? O! Nie pomyślałem. Moja znajomość June of 44 jest, niestety, zdawkowa. Będę musiał nadrobić zaległości. Rozumiem, że polecasz?

Tak, szczególnie debiut – „Engine Takes to the Water”. A wracając do płyty, kolejnym – pewnie tym razem zaskakującym skojarzeniem, które mnie dręczyło podczas lektury „Światła wody” (czy też „światłowodów”…  ) były tropy w stronę… Talk Talk („Echologicznie”, „Na zewnątrz”). Chodzi bardziej o klimat, pewną wibrację tej muzyki. Jest zaskoczenie?

He, he, i to spore…  Ale to dobre zaskoczenie. Chyba wiem, co masz na myśli, tak przypuszczam. Szczerze mówiąc, ja się wychowywałem na audycji „Romantycy muzyki rockowej”, więc dla mnie to ciepłe wspomnienia. Myślę, że rzeczywiście elementy tej wrażliwości są wyczuwalne, aczkolwiek chyba nie dominujące. Jest kilka pięknych klawiorków Marka, nawiązujących do tej estetyki. Pamiętam, że gdy je wymyślał i słuchałem jak kiełkują w utworach, banan na mojej gębie natychmiast się pojawiał. Ktoś mi już wcześniej zwracał uwagę na „osiemdziesionę” w tym albumie, chyba coś w tym jest.

Dobra, skoro wywołałeś wilka z lasu (Romantycy MR…), mały skok w bok. „Tomek Beksiński. Portret Prawdziwy” Wiesława Weissa vs „Ostatnia Rodzina”. Trochę smrodu było, min. pan Weiss obrzucił film lekko błotem. Dla mnie też jakoś dziwnie było oglądać Tomka Beksińskiego przedstawionego jako totalnego świra. Bo pamiętam go raczej jako niedostosowanego romantyka z szeroką wiedzą a nie psychopatę…

Jeśli chodzi o moje prywatne odczucia, sądzę, że film starał się uczciwie przedstawić sytuację. Nie widzę w nim intencji ukazywania Tomka Beksińskiego w fałszywym świetle. Ale moja perspektywa jest taka, że nie znam książki Weissa. Na marginesie: to oczywiste, że obraz osoby publicznej budowany na podstawie naszych wyobrażeń, różni się od rzeczywistego. Trudno było oczekiwać laurki. Dla mnie doskonałym obrazem Beksińskich pozostanie książka „Beksińscy. Portret podwójny” Magdaleny Grzebałkowskiej. To zresztą jedna z najlepszych publikacji non fiction jaką czytałem. Oglądanie Tomka w niektórych scenach w tym filmie dla mnie też było nieprzyjemne. Ale nie o przyjemność chodzi w „Ostatniej rodzinie”. A szczególnego uwypuklania wad TB nie znajduję. Jest raczej troska o autentyzm. Dużo „mocnych” momentów, takich co to walą kijem widza po głowie, jest w „Ostatniej rodzinie”. Podoba mi się narracja. Przez pierwsze pół godziny irytował mnie ten sposób obrazowania, prawie zawsze oko kamery vis a vis, pokój ukazany na wprost, rzadko z ukosa… itd. Ale po pewnym czasie zaczęło do mnie docierać: kurczę, jeśli to opowiadać, to właśnie tak.

Myślę, że – pomijając przygotowanie reżysera – nie pokuszono się w przypadku filmu o skorzystanie z różnych opinii i przedstawiono postać jednostronnie, tak żeby pasowało do konceptu. Prawdziwy obraz tej rodziny to książka M. Grzebałkowskiej plus „Dzień po dniu kończącego się życia”. Choć film też ma swoje zalety. Wracając jednak do płyty: jest w niej ten romantyzm, są lata 80. Dlatego jest, hmmm, niemodna. Zgadzasz się? A może – „jest bydgoska”? Niemodna płyta na szybkie czasy. Po to by odpocząć, zrelaksować się, ale bez odmóżdżania. Nazwijmy ten koncept postrockową poezją alternatywną. 

Pewnie, że niemodna. Że „bydgoska”, trudno powiedzieć. 2/3 składu z Bydgoszczy. Grając, właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiamy. Ale pewnie tak jest, że miejsca, ludzie, którzy nas otaczają, język… to wszystko jest w nas, nosimy w sobie pewien typ wrażliwości. Sądzę, jednak, że nie jesteśmy od niego zależni. Robiąc muzykę, nie zakładamy ani płyty bydgoskiej, ani gorączkowej ucieczki od tego co bydgoskie. Poezja alternatywna podoba mi się, a jakże.

Od tej „bydgoskości” nie uciekniesz. Ostatnio wyobrażałem sobie tych wszystkich muzykantów z Bydgoszczy, Mózgu itp. na jednej scenie, jako jedna wielka orkiestra. Kiedyś musicie coś takiego zrobić. Myślisz, że byłaby taka szansa?

Ładny obrazek. Pewnie trudno byłoby wszystkich zorganizować w jednym momencie. Ale na pewno byłaby to fajna sprawa. My się co prawda dość często spotykamy przy rozmaitych okazjach. Ale na scenie zebrać całą ekipę… to byłoby coś. Od czasu do czasu dochodzą do mnie te głosy o „bydgoskim graniu”, że tak określę. Właściwie trochę mnie to zaskakuje, trochę dziwi, trochę skłania do rozmyślań. Jest tyle języków muzycznych inspirowanych topografią… W naszym przypadku to raczej nieuświadomione jest, dzieje się samo.

Coś jest na rzeczy. Tu nie chodzi o harmonie, nie wiem, patenty aranżacyjne, melodie, ale nieuchwytny klimat. Kiedy słyszę MORDY, od razu wiem, że jest morze i 3M. Słyszę was, 3MB itp., itd, słyszę Bydgoszcz. Ale to może jakaś sugestia umysłu. Zresztą, ważne, że budząca miłe odczucia. Choć – co ciekawe – „Światło wody” przeszła/przechodzi – jakoś bez echa trochę. Nie uważasz?

Trochę tak jest, pojawiło się kilka reakcji, lecz rzeczywiście nie ma jakichś oszałamiających wydarzeń. Ale ponieważ ruchów promocyjnych z naszej strony było niewiele, więc nie jesteśmy zaskoczeni. Cieszą nas natomiast ciepłe sygnały, które pojawiają się od ludzi. To jest chyba najważniejsze. Bez słuchacza nie ma muzyki, bez spojrzenia nie ma obrazu, bez czytelnika nie ma książki itd. Nie mamy nikogo, kto zajmowałby się promocją Brdy, sami zaangażowani jesteśmy natomiast w różne, rozmaite działania. Zwyczajnie brakuje czasu…brda2

Była okazja, żeby w jakimś fajnym miejscu przetestować na żywo dźwięk i obraz?

Najbliższa okazja przydarza się już w piątek 9 grudnia w MCK-u w Bydgoszczy.

Kto dołączy do składu koncertowego, bo raczej w trójkę nie udźwigniecie tej muzyki…

Do składu dołączyli Wojtek Grzankowski na basie (na „Świetle wody” odpowiedzialny z scratche w numerze „Na zewnątrz”) oraz Radek Drwęcki (na co dzień 3moonboys) na klawiszach.

Intryguje mnie tytuł płyty. Jak to jest: woda odbija światło, czy raczej myślimy technologicznie o światłowodzie? A może to jakaś gra, próba sił między naturą a technologią?

Staramy się zawsze, aby tytuł odsyłał do różnych obszarów jednocześnie, pozostając jednak sytuacją otwartą. Wodne skojarzenia uzasadnione, jak najbardziej, Brda nazewniczo do wody przecież wprost odsyła. Odbicie światła, pewne deformacje, błyski, ulotność itd. Z drugiej strony, gdy się tę spację pomiędzy członami tej nazwy albumu zlikwiduje, pojawią się światłowody metaforyzujące połączenie, przepływ itd. Nas zawsze interesuje łączenie pozornych przeciwieństw i nowe, wynikające z tego możliwości, stąd takie poszukiwania.

A jak to się ma w takim razie do okładki? Tu też mam różne skojarzenia…

Wyobraziliśmy sobie bohaterkę tej płyty o imieniu Vel. Będącą trochę kimś, kto jest jednocześnie reprezentantem nowego gatunku i tego, który odchodzi w cień, znajduje się w fazie schyłkowej. Jest jednocześnie „jedną” i „wieloma”. Praca Eveliny Bencicovej, od razu wydała się nam idealna na okładkę. Warto dodać, że do płyty „Światło wody” powstaje film. Akcja dzieje się od zachodu słońca do świtu. Mamy za sobą pierwsze zdjęcia do filmu, który powstaje do całego albumu. Nie będzie to więc klip, raczej kolejna warstwa dodana do tego materiału, którą opowiemy językiem filmu. Można powiedzieć, że proces pracy przy projekcie „Światło wody” jeszcze się nie skończył. Nie wiemy, co z tego wszystkiego wyniknie, mamy jednak w sobie wiele dziecięcej naiwności, więc cieszymy się tą przygodą.

Kiedy premiera? I jak to będzie wyglądać? Koncert plus film, czy film ze ścieżką dźwiękową z płyty?

Mamy nadzieję, że film uda się pokazać w przyszłym roku. Właściwie cała płyta w tym wypadku będzie ścieżką dźwiękową obrazu. Jeśli miałbym to z czymś porównywać (tylko czysto technicznie…), powiedziałbym, że to może być sytuacja zbliżona do „The Wall”.

Wystarczy zatem zapraszać na premierę. Po za tym – jakieś plany?

Chcemy trochę pograć. Mam nadzieję, że niebawem pokoncertujemy. Brda będzie miała także swój udział w wydawnictwie, które będzie muzyczną odpowiedzią na „Finnegans Wake” Jamesa Joyce’a. To składanka zbierająca w ramach jednego wydawnictwa różnych artystów. Rzecz ukaże się, tak myślę, wiosną.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Muisto/Dariusz Gackowski