BLAZE OF PERDITION – Samozaparcie i dyscyplina

W okolicznościach, w jakich Blaze of Perdition nagrali swój najnowszy i najlepszy album, większość zespołów dawno by się rozleciała. „Near Death Revelations” to nie tylko zapis osobistej walki, ale też świadectwo ogromnego talentu twórców tej muzyki, która wreszcie dowozi to, co poprzednie płyty obiecywały. O sprawach fajnych i niefajnych rozmawiałem z Pawłem M. a.k.a. Sonneillonem.

Tęsknisz czasem za niezapomnianymi wywiadami z blackmetalowych zinów z lat 90.? Przedstaw bio twojej hordy, powiedz co sądzisz o konflikcie Graveland vs. Behemoth i czym jest dla ciebie las!

S: Niestety, w latach 90. byłem zbyt zajęty nauką w szkole podstawowej i od scenowych wojen o status najprawdziwszego wojownika mroku, bardziej zajmowały mnie np. klasówki z matematyki. Mam działkę niemal pod samym lasem, zajebista sprawa.

Ok, ale nawet jeśli nie załapałeś się na pewną epokę, to z pewnością znasz jej specyfikę i muzykę, która po niej przetrwała. Czy twoim zdaniem współczesnemu black metalowi nie brakuje choćby trochę tego pierwiastka nastoletniej naiwności i nawiedzonego oszołomstwa, który inspirował albumy „z tamtych lat”? A działka pod lasem bardzo ok.

S: Poniekąd muszę przyznać ci rację, bo i sam łapię się na tym, że częściej sięgam po te naiwne, koślawe potupańce lub po prostu klasykę niż po nowonarodzonych okultystów z Wikipedii, ale nie można też ciągle oglądać się za siebie i rozpamiętywać jak to kiedyś było lepiej. Wszystko miało uzasadnienie w swoim czasie, a ten pędzi nieubłaganie i jeńców nie bierze. Rozwój formuły zarówno pod kątem muzyki jak i treści jest nieunikniony i nie ma sensu się na niego boczyć, bo i co osiągnęlibyśmy w jakiejkolwiek dziedzinie tkwiąc ciągle w miejscu? Dzikich zespołów hołdujących tym pierwotnym klimatom wbrew pozorom wcale nie brakuje, tylko część z nich jakby pozapominała, że nie kielich i szata czynią black metal black metalem, ale takie czasy. Jeżeli natomiast o pozamuzyczną otoczkę wojowniczych kapel z lat 90. chodzi, to mimo wszystko, w większości przypadków za bardzo mnie ona żenuje, żebym dopatrywał się tam jakichś wartości godnych wskrzeszenia. Ot, banda nabuzowanych dzieciaków, każdy taki był w pewnym okresie życia.

Samozaparcie i dyscyplina

Samozaparcie i dyscyplina

Co jest dla ciebie ważniejsze w muzyce – oryginalność czy dobre, porządnie wykonane kompozycje?

S: Treść i jakość, po prostu. Oryginalność to nie do końca sprecyzowane, płynne kryterium do wygodnego wbijania szpili i szukania dziury w całym. Podstawą dobrej muzyki jest ona sama, a czyje znamiona nosi, jakie skojarzenia przywołuje i cały ten szereg koneksji, odniesień i „uśmiechów do” to najczęściej wyłącznie indywidualne odczucia, nijak mające się do rzeczywistości.

Blaze of Perdition nigdy nie postrzegałem – i myślę, że się ze mną zgodzisz – jako zespół jakoś szczególnie oryginalny. I nigdy mi to nie przeszkadzało, tym bardziej, że gdzieś w rejonie The Hierophant poziom kompozycyjny nie odstawał już od ówczesnych albumów kapel, z którymi waszą muzykę kojarzono . Czy słusznie mi się wydaje, że po prostu gracie muzykę, jakiej sami lubicie słuchać?

S: W sumie odpowiedziałem już na to wyżej. Grunt to robić to, co w duszy gra, a jakimiś totalnie nieistotnymi niuansami niech się przejmują weterani w dziedzinie bycia nikim i znania się na wszystkim.

Czy faktycznie jest sens i cel dopatrywać się na „Near Death Revelations” wpływów jakichś „awangard”, „postpunka” czy innej „zimnej fali”? Osobiście nic takiego nie słyszę, ale też nie mam poczucia, że ten album potrzebuje takiej trochę sztucznej nobilitacji.

S: Echa gatunków innych niż black/death na pewno są na tej płycie gdzieniegdzie słyszalne i bez szczególnych pretensji i wizjonerskich aspiracji robimy sporadyczne ukłony w stronę niemetalowych odłamów muzyki, bo sami sporo takowych słuchamy, ale też nie przesadzałbym z doszukiwaniem się nie wiadomo jakiej awangardy. Nie mamy jednak wpływu na to, co słyszą inni, prawda? Odbiorcy lubią szufladkować, schematyzować i układać sobie wszystko wg jakichś osobistych kryteriów, a sami twórcy mają na to niewielki wpływ, o ile w ogóle. Jeden usłyszy zimną falę, drugi dalej będzie pierdolił bzdury o Watain, jeszcze inny doszuka się Behemotha. Nic na to nie poradzisz, takie życie.

Formalnie, teksty na „Near Death Revelations” również mieszczą się w gatunkowych widełkach. Czy ta formuła podniosłych przenośni wystarcza ci, żeby przekazać emocje kotłujące się w głowie od czasu wypadku? Rozumiem, że niekoniecznie trzeba to wykładać z hiphopową dosłownością, ale czy nie pojawiła się choćby niewielka potrzeba wyjścia poza konwencję?

S: No tutaj nie do końca się zgodzę. Teksty na „Near Death Revelations” może i kręcą się na tej samej osi co w większości BM, w końcu uprawiamy ten gatunek a nie inny i tkwimy w tym emocjonalnie i duchowo od lat, ale powiedziałbym, że robią to jednak w przeciwnym kierunku. W czasach, gdy przaśny black metalowiec po zawodówce z płyty na płytę potrafi stać się oświeconym ascetą-okultystą recytującym tajemne formuły z grymuaru, my zwróciliśmy w kierunku pierwotnej duchowości, niekoniecznie wtórując nowoczesnym szkołom LHP, a osobisty wymiar tekstów tylko potęguje ich niezależność, ale zdaję sobie sprawę, że „co autor miał na myśli” jest znane tylko autorowi. Jak zwykle. Znamy to już ze szkoły, prawda?

Nie wiem, ledwo skończyłem siedem klas podstawówki. A czy jako słuchacz lubisz, kiedy zespół blackmetalowy kompletnie wychodzi poza konwencję? Weźmy np. Peste Noire.

S: To zależy od zespołu. Jak robi to po prostu dobrze, to nie mam z tym żadnego problemu, ale bardzo często dochodzi do przerostu formy nad treścią i w efekcie dostajemy pseudo-awangardową papkę dla nikogo, gdzie więcej pretensji niż jakiejkolwiek treści. A Peste Noire bardzo lubię, choć prawie wszyscy wkoło się z tego powodu ze mnie śmieją.

Potrafisz wskazać tekściarza (boję się słowa „poeta”), z którym czujesz jakąś szczególną mentalną więź? Czy po wypadku zdarzyło ci się zupełnie inaczej spojrzeć na czyjeś, nawet znane ci wcześniej, teksty?

S: W sumie to nie. Pewnie gdybym się głębiej zastanowił, to może wymieniłbym kilku grajków/tekściarzy, ale skoro nic mi nie przychodzi do głowy na zawołanie, to znaczy, że żadnego ulubieńca tak naprawdę nie mam, nie będę więc zmyślał.BoP2

Teksty tekstami, ale na „Near Death Revelations” zrobiłeś najlepsze wokale w „karierze”. Jak to możliwe biorąc pod uwagę pozycję siedzącą, ucisk na przeponę i ogólną słabość mięśni?

S: Wszystko jest możliwe przy odrobinie samozaparcia i dyscypliny. Proces nagrywania na pewno był dla mnie trudniejszy i wymagał większego wysiłku niż dotychczas, ale na moją korzyść działał fakt, że nagrywałem na spokojnie, w domu, bez presji ze strony realizatora. Bez zegara punktującego kolejne minuty do końca sesji, mogłem w całości skupić się na samym nagrywaniu i wydobyć z siebie wszystko, co na daną chwilę było do wydobycia. Z efektu jestem więcej niż zadowolony i też uważam, że to moje najlepsze ślady jak dotąd. Miejmy nadzieję, że będzie jeszcze lepiej.

Wasz wizerunek zawsze wywoływał skrajne reakcje, co mnie w sumie dziwi biorąc pod uwagę, że to w końcu black metal i nie takie rzeczy przechodziły kompletnie bez echa. Patrząc tak od początków Blaze of Perdition do dziś, czy są takie rzeczy, na których wspomnienie łapiesz się za głowę i myślisz „co myśmy odjebali w sumie…”?

S: Owszem, są rzeczy, których dzisiaj już byśmy nie zrobili; a to dlatego, że jesteśmy nieco starsi i dojrzalsi, a to z przeróżnych powodów, ale nie żałuję niczego co było i jest częścią naszej wesołej biografii. Wszystko bowiem jest częścią naszej drogi i w jakimś sensie ukształtowało nas jako artystów, muzyków czy po prostu ludzi. Nawet jeżeli pewne epizody wspominam z lekkim zażenowaniem czy uśmiechem, to uważam, że były potrzebne. Chociażby po to, żebyśmy mogli wyciągnąć z nich wnioski i móc dalej budować samych siebie. Chyba na tym polega życie.

Uchodzicie również za pyskaczy, szyderców i śmieszczycieli, skąd taka krzywdząca i ze wszech miar niesprawiedliwa opinia?

S: A uchodzimy? To znaczy domyślam się, że może tak być, zwłaszcza biorąc pod uwagę moją osobę, ale szczerze mówiąc, niezbyt mnie to zajmuje, ja tylko robię swoje, po swojemu. Szyderstwo i dystans do świata pozwala na odrobinę odpoczynku od chorej rzeczywistości, a śmiech to zdrowie, więc pewnie masz rację.

Niech w tym wywiadzie znajdzie się chociaż jedna rzecz, która kogokolwiek interesuje: nagraliście kower Bathory na planowany przez Arachnophobię tribute-album – który numer wybraliście?

S: Jeszcze nie nagraliśmy. Utwór nie został jeszcze ostatecznie wybrany, ale prawdopodobnie będzie to „A Fine Day to Die” lub coś z „Hammerheart”.

W wywiadzie dla Noise Magazine wspomniałeś, że nie wykluczacie znalezienia zastępczego wokalisty na zamiejscowe koncerty. Macie już kandydata?

S: Nawet kilku, ale wciąż nie mogę nic potwierdzić na 100%.

To tyle, dzięki za wywiad! Starym zwyczajem, ostatnie słowo pozostawiam tobie.

S: Dzięki za wywiad.

Rozmawiał Bartosz Cieślak

Zdjęcia: Kamila Mazur