BLACK STAR RIDERS – dwanaście piosenek w dwanaście dni…

Lubię rozmawiać z muzykami, którzy mają już kilka krzyżyków na grzbiecie, bo są… dojrzali, a to przekłada się na fajne wibracje, szczególnie jeśli można z kimś spotkać się twarzą w twarz. Tak jak z Ricky Warwickiem, gościem, który jest chodzącym kawałkiem muzycznej historii hardrocka a jednocześnie cały czas ma coś do powiedzenia. Dzięki uprzejmości Warner Polska, spotkałem się z muzykiem, który przyjechał do Polski promować świeżutką płytę „All Hell Breaks Loose” i w zaciszu hotelu Westin pogawędziliśmy sobie o różnych rzeczach – pogodzie, rodzinie, tatuażach… No i o muzyce – głównie o nowym – starym zespole Black Star Riders. Zapraszam do lektury.

Wróćmy na początek do momentu, kiedy dołączyłeś do Thin Lizzy – co wtedy czułeś – było to spełnienie twoich marzeń?

Ricky: Pamiętam ten moment bardzo dobrze. Zadzwonił do mnie Scott Gorham i zapytał, czy chcę dołączyć do zespołu. Nie mogłem w to uwierzyć, wykrztusiłem coś w rodzaju „wow, naprawdę?!”. To było niesamowite uczucie. Kiedy jesteś dzieciakiem, myślisz o swoich ulubionych bandach, wyobrażasz sobie, że spotykasz tych muzyków. Ja byłem świrniętym fanem Thin Lizzy. Jestem nim nadal, po tylu latach! Tak więc wyobrażasz sobie, co można czuć, kiedy możesz śpiewać w ulubionym zespole… Pierwszy koncert, jaki razem zagraliśmy, miałBSR miejsce w Aberdeen w Szkocji. Była cała masa osób, a ja byłem… bardzo zdenerwowany (śmiech). Chyba najbardziej w całym życiu… Nie pamiętam zbyt wiele z tego koncertu, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Byłem szczęśliwy, że wszyscy dobrze się bawią, ale miałem cykora chyba przez cały koncert.

Który z albumów Thin Lizzy uważasz za najbliższy Twojemu sercu?

To w gruncie rzeczy dość trudne pytanie, bo na przestrzeni całej kariery zespół nagrał bardzo dużo dobrych kawałków. Myślę, że jeśli już miałbym coś wybrać, byłaby to płyta „Black Rose”, jestem fanem gitarowych partii z tego krążka, prawie każdy kawałek jest dla mnie trafiony.

Osobiście lubię „Chinatown”…

Tak, „Chinatown” jest równie dobry (śmiech). Tak więc sam widzisz, jest problem, bo na każdej płycie można znaleźć coś dobrego.

No tak, można powiedzieć, że startujesz właśnie z nową płyt i nowym zespołem, choć to w zasadzie… stary zespół… trochę to dziwne, nie uważasz? Jakie były powody tej zmiany, w sumie polegającej głównie na wymyśleniu nowej nazwy?

BSR4Graliśmy razem jako Thin Lizzy, przez trzy lata zagraliśmy sporo koncertów, w różnych częściach świata. Jesteśmy wszyscy zawodowymi muzykami i kiedy Scott zapytał się, czy robimy nowy materiał, wszyscy odpowiedzieli – tak, chcemy! Zaczęliśmy pisać muzykę, aranżować, w końcu nagraliśmy demo, jeszcze jako Thin Lizzy. Zarezerwowaliśmy studio i wszystko wyglądało dobrze, ale potem Scott zaczął się zastanawiać i my z nim, że to trochę dziwna sytuacja. Nagrywamy pierwszy, nowy materiał od dwudziestu lat! Czy to na pewno Thin Lizzy? Jest nieco inny skład. Nie ma Briana i Darrena, którzy współpracowali jeszcze z Philem Lynottem. Szanujemy dziedzictwo tego zespołu, ma on w historii swoje miejsce, pograliśmy trochę koncertów pod tą nazwą. A teraz nagrywamy nową, świetną muzykę, ale czy ma sens, by robić to pod nazwą, która jest przyporządkowana do pewnej epoki? Ok., nagrajmy zatem płytę, ale zróbmy to jako zupełnie nowy zespół. Myślę, że było to uczciwe posunięcie.

No właśnie – podobno to Ty wymyśliłeś nazwę Black Star Riders?

Tak, to prawda (śmiech). Macza w tym zespole swoje łapy historia II Wojny Światowej. Nazwa wpadła mi do głowy, kiedy oglądałem film o bombowcach. Jeden miał właśnie takie słowa wymalowane na burcie. Jakoś nie mogłem o tym zapomnieć i zaproponowałem taki szyld kolegom. Bo dobrze brzmi, ale też jest jakąś przenośnią, obrazującą zwariowany świat, w jakim przyszło nam żyć. No i najważniejsza sprawa – dla zespołu dobra nazwa to przecież połowa sukcesu (śmiech).

Nowa nazwa, nowy początek – to duże wyzwanie, nawet dla takich wyjadaczy jak Wy. Czy chcieliście zatem stworzyć coś zupełnie nowego czy w zasadzie można powiedzieć, że jest to kontynuacja Thin Lizzy?

Jak powiedziałeś wcześniej – to „nowy stary zespół”. Nie jest to taki start od podstaw, bo przecież zaczęliśmy go nagrywać jeszcze pod nazwą Thin Lizzy. Jako Black Star Riders zależy nam na tożsamości, na tym, by stworzyć nową markę. Ale nie wypieramy się przeszłości. Gramy nadal na koncertach klasyczne songi Thin Lizzy. Można porównywać te dwa zespoły i znaleźć wiele punktów wspólnych. Jest Scott, którego gitara łączy te dwa światy, są tu muzycy, którzy weszli w muzykę Thin Lizzy, stając się jej częścią a teraz grają jako Black Star Riders. Thin Lizzy to część naszego życia. Może na nowo zdefiniowaliśmy się, zmieniliśmy się, ale nadal mamy pasję i ducha Thin Lizzy.

Black Star Riders startuje w sumie w dobrym momencie, bo ostatnie lata były i są nadal bardzo łaskawe takiej klasycznej formie rockowego łojenia. Wiele zespołów na nowo odkrywa stary hard rock, zarówno w kontekście brzmieniowym, jak i kompozycyjnym – myślisz, że jest w tym coś wyjątkowego?

Gitarowy sound nigdy nie zginie, zawsze będzie wracał. Te groovy, charakter… To klasyka, która zawsze będzie na nowo odczytywana, co do tego nie mam wątpliwości. Ludzie to pamiętają, to jest w powietrzu (śmiech). Muzyka wraca falami. Ktoś słyszy stary kawałek w radiu i stwierdza, że to jest coś ciekawego. Poza tym hard rock to muzyka, która posiada duszę, dlatego jest nieśmiertelna. Jest kilka zespołów, które stare dźwięki reanimowały w niesamowity sposób – Clutch, Turbonegro, Hellacopters czy Backyard Babies. Danko Jones jest niezły… Podoba mi się też ostatni album Black Rebel Motorcycle Club.

 dwanaście piosenek w dwanaście dni

dwanaście piosenek w dwanaście dni

Przejdźmy do nowej – debiutanckiej płyty Black Star Riders – „All Hell Breaks Loose” – jakie budzi w Tobie uczucia, teraz, kiedy została już nagrana?

Jestem chyba najbardziej zadowolony z tej płyty, to najlepsza nagrywka, w jakiej uczestniczyłem przez ostatnie 20 lat. Jestem z niej dumny. W zasadzie jeszcze się nią nie znudziłem, codziennie do niej wracam i codziennie jakiś inny fragment mi się podoba. O, dzisiaj np. będzie to „Bloodshot”. Jutro będzie coś innego (śmiech). Ale to jest dobre, że ciągle można odkrywać coś nowego, zaskakującego, nawet jeśli się to nagrywało…

Mój ulubiony fragment to „Kingdom of the Lost”, bo brzmi jak swego rodzaju hołd złożony New Model Army – czy to Twoja kompozycja?

To dla mnie komplement, kocham ten zespół, przez pewien czas w nim grałem. Skomponowałem ten numer wspólnie z Damonem (Johnsonem). To skomplikowany tekst, tak samo jak sytuacja w Belfaście. Pojawia się w tej kompozycji riff Damona o bardzo celtyckim zabarwieniu. Co w sumie nie jest tak odległe od klasyki Thin Lizzy, gdzie też możesz spotkać takie wpływy. To część mojego muzycznego życia, dziedzictwa, dlatego taki klimat możesz wyczuwać. Tak więc porównanie do New Model Army jest dla mnie naturalne a jednocześnie bardzo miłe…

Kolejną, nieco tajemniczą kompozycją jest „Hey Judas”, gdzie śpiewasz min taki wers „ciągle ci ufam Judaszu, ciągle cię kocham….”. Czy to jakaś deklaracja, czy raczej żart?

Ten kawałek napisał Damon podczas jednego z koncertów w Niemczech, w Nuremberg, w naszej garderobie. Wtedy Thin Lizzy grał trasę z Judas Priest (śmiech). Ale tenRicky Warwick kawałek nie jest o Judas Priest, to tylko przypadkowa zbieżność słów! Tytuł wydawał nam się zabawny. Jest tam świetny riff. A jeśli chodzi o tekst, to jest on dość trudny. Dotyczy rodziny, różnych spraw, kiedy podejmujemy błędne decyzje, co powoduje, że jesteś pieprzonym dupkiem, bo krzywdzisz ludzi, którzy cię kochają. A rodzina jest najważniejsza, bo stoi za tobą, pomaga. I musi nadejść taki dzień, kiedy się budzisz i zaczynasz to wreszcie rozumieć. To jak ważni są dla ciebie najbliżsi i jakim jesteś durniem. W gruncie rzeczy to pozytywna piosenka, bo wskazuje na to, co jest najważniejsze i jak można dojść do pozytywnego zakończenia. To żadna prowokacja, choć takie może sprawiać wrażenie.

A o czym traktują teksty pozostałych piosenek?

Przede wszystkim piszę o realnym życiu, o prawdziwych sytuacjach, o przyjaciołach i rodzinie. Dużo jest o tym, że jestem dumny z miejsca w którym żyję, pojawia się też sporo odniesień do takiej szkockiej tożsamości. Są też historie, opowiedziane mi przez innych, kiedy stwierdzałem: „hej, to świetna opowieść, napiszę o tym tekst”.

Nowe piosenki brzmią bardzo świeżo, wyczuwam w nich pewien rodzaj swobody i jako taki album wydaje mi się być pewnym zwieńczeniem drogi muzycznej. Czy tak jest w istocie, czy to tylko kolejny krok, jaki wykonałeś?

Jak już powiedziałem, to ważny moment w mojej karierze, jak zresztą każdy, nowy zespół. Ten album powstał na bazie bardzo dobrej, partnerskiej współpracy między muzykami, jest świadectwem dobrego czasu. Myślę, że ten zespół zasługuje na sukces, kocham tych ludzi i razem budujemy naszą świadomość. Ważne jest też, że to prawdziwy zespół a nie projekt kilku znudzonych kolesiów, którzy nagrają muzykę a potem rozchodzą się każdy w swoją stronę. Black Star Riders to organiczny, 100% zespół z wszystkimi tego konsekwencjami.

Kilka słów na temat sesji nagraniowej – jak przebiegały nagrania – było ciężko, czy raczej wspominasz ten czas jako dobrą zabawę?

Sesja nagraniowa

Sesja nagraniowa

Nie, było ok. I przede wszystkim bardzo szybko. Nagraliśmy dwanaście piosenek w dwanaście dni! Graliśmy na żywo, w jednym pomieszczeniu, podstawowe brzmienia instrumentów zostały nagrane razem, na setkę. Jedynie solówki i niektóre poboczne wokale były dogrywane dodatkowo, jako taka kosmetyka. Nie pamiętam, żebym wcześniej tak szybko coś nagrywał. Ważne jest to, że mieliśmy gotową muzykę. Czasami zespół idzie do studia, ma jakieś kawałki, ale zakłada, że jeszcze na miejscu będzie tworzył muzykę. My mieliśmy cały materiał, zresztą, powstał on w dużej części, kiedy koncertowaliśmy jako Thin Lizzy. Dlatego wiedzieliśmy dokładnie, co chcemy nagrać, a to ułatwia pracę w studiu. Po prostu wyglądało to tak: „raz, dwa, trzy i jedziemy”. Duży wpływ na te nagrania miały też wibracje, jakie były miedzy nami, czyli strasznie pozytywna energia, którą na pewno w nagraniach usłyszysz. To była ciężka praca, którą traktowaliśmy jak dobrą zabawę.

Czy w tych nagraniach jest miejsce na improwizację?

Może trochę tak, zawsze jakieś solo, jakaś wibracja mogą być uznane za improwizację, jedynym kawałkiem, gdzie jest miejsce na taki bardziej swobodny lot, jest „Blues Ain’t So Bad”. Miałem riff i kawałek tekstu i w zasadzie cały aranż powstał na bazie improwizacji, która jest słyszalna w nagraniu. Na pewno nie jesteśmy takim zespołem, który improwizuje podczas koncertów. Nasze utwory staramy się grać w takich wersjach, jakie znajdują się na płycie.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Jane Smith