BLACK ANVIL – Nienawiść przeciwko wszystkiemu…

Nie oczekuję niczego ze strony jakiejkolwiek sceny…

Takie historie nie zdarzają się zbyt często, a w Polsce to już wcale. Muzycy związani ze sceną hard core, nagle zmieniają wyznanie i przechodzą na ciemną stronę mocy. Zamiast hard core’owego czadu Kill Your Idols – black metal i to ten obskurny, sprzed dekady. Jest trochę dziadowatego tharsh’u, są nawiązania do Hellhammer i Celtic Frost. Jest kupa znakomitej muzyki, bo drugim albumem „Triumvirate” nowojorskie trio udowadnia, że potrafi przekraczać bariery. Na pytania odpowiadał basista/wokalista Paul Delaney, który bez wahania rozprawił się z kilkoma wątpliwościami.

Niektórzy z Was pogrywają sobie, obok Black Anvil w zespołach punkowych – jak z twojego punktu widzenia wygląda pokrewieństwo między punkiem a black metalem?

Paul: Jedyne pokrewieństwo jakie znam to to, że wszyscy jesteśmy muzykami. Każdy zespół, w jakim grałem miał agresywną postawę i agresywny dźwięk. Czynnikiem, który powoduje, że ciągle jesteśmy razem, że coś robimy, jest nieodmiennie muzyka, która tkwi w naszych wnętrzach, jest naszym kręgosłupem. To wyrażamy w naszych kawałkach.

Czy jako muzyk takiego zespołu jak Black Anvil masz jakieś zapatrywania na scenę h/c? Czy oczekujesz, że zaakceptują muzykę jaką wykonujesz na „Triumvirate”?

P.: Nie oczekuję niczego ze strony jakiejkolwiek sceny. Moje zdanie o hard core jest takie, jakie jest i tyle. Są tu zespoły, które szanuję i im pomagam, bo mam nadzieję, że nadal będą tworzyć pełną energii muzykę a przede wszystkim pozostaną szczere w tym, co robią i względem siebie.

Byłeś w punkowej kapeli i nagle postanowiłeś zmienić orientację. Jakie były powody porzucenia punka i przejścia na ciemną stronę mocy?

P: Nie było żadnych powodów, nie było ciężkich, trudnych decyzji. Jeśli prześledzisz zespoły, w których grałem przez ostatnią dekadę, zobaczysz, że grałem coraz ciężej. Metal dla mnie zainfekował takie zespoły jak Agnostic Front czy Poison Idea, także moje zespoły używały takich elementów. Graliśmy punka z takim samym przekonaniem i gniewem jak w naszym obecnym zespole. Nie było jakichś sprzeczek, dylematów, to była naturalna decyzja. Od samego początku tak miało być…

Wasz debiut rozwalił mnie swego czasu na kawałki. Jak oceniacie ten materiał teraz, po trzech latach?

P: Znaczenie tej płyty nadal pozostaje takie same, także nasz punkt widzenia i ocena muzyki są nadal takie same, jak jakiś czas temu. Wydźwięk tych piosenek jest cały niezmienny – nienawiść przeciwko wszystkiemu i wszystkim.

Na debiutanckim krążku znalazła się Wasza wersja „Dethroned Emperor” Celtic Frost. Co poza Celtic Frost was inspiruje i wpływa na muzykę?

P: My inspirujemy się każdą muzyką, jaka do nas dociera. Muzyka i doświadczenia, jakie z niej wypływają są ciągle taki same. Ciągle słuchamy takich samych piosenek, jak wtedy, kiedy miałem 13 lat. W zeszłym tygodniu wróciłem do niektórych z tych starych płyt i nadal czuję taką samą moc, nerw. Może zmieniła się trochę powierzchowność, ale inspiracje są cały czas stałe. Oczywiście, kiedy tworzymy muzykę, komponujemy, staramy się patrzeć jak najszerzej na nasze dźwięki, by uzyskać taki efekt, który nie będzie tylko wspomnieniem dla sentymentalnych fanów muzyki, ale czymś co dzieje się dzisiaj, mimo wszystko…

Jakie są w/g Ciebie zasadnicze zmiany między debiutem a „Triumvirate”?

P: Różnice są takie, jak w przypadku każdego zespołu, który nagrywa kolejną płytę. Zawsze między pierwszą a drugą i kolejnymi płytami będą różnice, zespół jest cały czas w ruchu, zmienia się, a w raz z nim muzyka.

Osobiście uważam, że Triumvirate to kolejny krok wstecz, do zamierzchłych czasów. Miks surowego, starego punka, złego rock’n’rolla i szorstkiego black metalu.  Cały czas ten sam zespół a tak wiele niespodzianek…

P: Tacy jesteśmy… Nigdy nie zapomnieliśmy, skąd pochodzimy i co mamy robić. Podczas całej muzycznej drogi, nigdy nie zapomnieliśmy o naszym kręgosłupie, ale, jak już mówiłem, ważne jest, by nie zapominając o korzeniach także się rozwijać, pracować nad swoją kreatywnością. Z drugiej strony jako muzyk jesteś osamotniony, nie możesz prosić o pomoc. Po prostu wiesz, że ten riff, który wyszedł spod twoich palców, to jest właśnie to. I nie ma znaczenia, że riff przypomina to, co robił Iommi z Black Sabbath. To jest nieuniknione. Ale zawsze, kiedy stworzymy jakiś riff, który kojarzy nam się np. z Celtic Frost, to jest lepsze niż odwrotna sytuacja, kiedy siadam i myślę – „teraz muszę skomponować riff a la Frost, czy jakiś inny zespół”. Muzyka musi wypływać z serca. Wtedy jest dobra.

Zdradź mi kulisy powstawania tekstów dla Black Anvil. Czy to ważny element muzyki czy tylko kolejny instrument?

P: Teksty są jednym z ważniejszych aspektów związanych z naszym zespołem. Musi być równowaga między muzyką i słowem. Kiedy zaczynamy pisać nowe kawałki, angażujemy się w to na 110% i bardzo istotne jest, by teksty były odbiciem muzycznej intensywności i zaangażowania. To łatwe napisać byle jaki tekst, by tylko pasował do  dźwięków. Nasze teksty są bardzo dla nas drogie i osobiste, dla nas i dla naszego życia, wiary. Staram się zrobić z partii wokalnych kolejny instrument, by dać tekstom życie, które uzyskują, kiedy wykrzykuję je do mikrofonu. To dla mnie bardzo ważne…

Czy chcieliście za sprawą tej płyty zbliżyć się do atmosfery początków lat 90 – tych?

P: Nie. My chcemy być blisko naszych uczuć…

Jak wygląda wasze życie poza zespołem – jakieś zajęcia, hobby czy rodziny?

P: Musimy pracować, bo zespół nie zapewnia nam finansowej stabilizacji. Ale to jest nasze życie i poświęcamy muzyce tyle czasu, ile tylko możemy.

Gdzie będzie można Was zobaczyć na żywo?

P: Przed nami trasa z Watain i Goatwhore i myślę, że to zajmie nam resztę 2010 roku. Więcej nie wiem, zobaczymy co się wydarzy…

Rozmawiał Arek Lerch