BEISSERT – czasami pracuję a czasami czczę rogatego

Beissert to wielce dziwny zespół. Z jednej strony na wskroś metalowy, ba, wręcz bluźnierczy, szafujący miłością do rogatego, z drugiej – lubujący się w eklektyzmie, za który ortodoksyjny fan narobiłby im na głowę. Bo czy wypada łączyć niemal nu metalowe pochody z heavy metalem? Stoner i hardcore z thrashem? Raczej nie, choć współcześnie świat nie takie mezalianse oglądał. Najnowsze dzieło Niemców to kawał solidnej roboty, choć jak wynika z poniższego wywiadu, materiał powstawał w mało komfortowych warunkach. Tym bardziej szacunek, bo nie słychać na płycie „Darkness: Devil: Death”, jakiegoś wahnięcia formy. Nadal jest mocno, miejscami dziwnie, miejscami melodyjnie, ale na ogół konkretnie, bez specjalnych zakrętów. Słucha się tego przyjemnie, czasem człowiek z niedowierzaniem łbem zakręci… Solidna porcja hałasu. Poniżej kilka słów wyciągniętych z lidera zespołu.

Zeszło nam trochę czasu, bo już w marcu 2011 roku mieliśmy gotowy materiał – przyznaje wokalista zespołu, który nadal nie jest w Polsce zbyt dobrze znany, choć wydaje go krajowa wytwórnia. „Agonia to nasza stajnia – przyznaje muzykant – dają nam pełną swobodę i pozwalają robić muzykę, mimo, że nigdy nie wiedzą, co dostaną a to dla zespołu jest stan idealny.

Zaczynamy zatem…

Poznaliśmy się osiem lat temu – opowiada historię grupy jej założyciel – każdy z nas już od dobrych 15 lat obijał się po różnych zespołach, zaś w momencie kiedy sięBeissert Live poznaliśmy, mieliśmy akurat wolne i zaczęliśmy wspólnie pohałasować. Po pierwszych, wspólnych próbach było oczywiste, że dobrze nam razem… Postanowiliśmy zatem spróbować, choć nie ma co ukrywać, zdarzyło się nam też kilka zmian w składzie. Jedno jest jednak pewne – nigdy nie mieliśmy ochoty na granie muzyki innej niż metal… Nie zastanawialiśmy się oczywiście nad wyborem kierunku, po prostu przy takiej muzyce dorastaliśmy. Metal to dla nas najważniejsza rzecz w życiu”. Okazuje się, że muzycy Beissert, mimo tego, że dzisiaj sami tworzą metalowe dźwięki, nadal potrafią z pasją opowiadać o swoich fascynacjach – „To prawda, słuchamy różnych rzeczy, ale głównie są to stare nagrania, takie, które są dla nas świętością. Wolimy tego starego ducha, który tkwi w tych nagraniach, zamiast muzyki będącej mierną kopią amerykańskich zespołów. Dzisiaj spotykamy się jedynie z jakimiś zawodami – deklaruje lider – każdy chce być lepszy i brać udział w muzycznym wyścigu szczurów. Jeśli dzisiaj jakiś zespół osiąga sukces, zaraz powstają tysiące naśladowców, dlatego my mówimy – chwała starociom. Nic nie przebije Kinga Diamonda, Pink Floyd, Hellhammer i Celtic Frost, Danzig, Venom, Judas Priest, Iron Maidem i Thin Lizzy, wszystkiego, co pokochałem jako dzieciak”.

Skoro ustaliliśmy już punkt odniesienia, czas przejść do muzyki Beissert. Mimo, że zespół tak bardzo przywiązany jest do korzeni, na jego płycie usłyszeć można… wszystko. Trudno jednoznacznie twierdzić, co jest w tym przypadku podstawą, bo Beissert sięga niemal po każdą odmianę metalowego hałasu, zaczynając od klasyki a na nowocześniejszych rzeczach kończąc. Czyli od heavy metalu, przez nu tone aż do thrash i core’a… „Wiesz, generalnie nie obchodzi nas to – komentuje – my po prostu robimy muzykę. Nienawidzimy określeń typu „nu metal” czy jakichś nazw z końcówką „core”. To jest strasznie złe a my nie chcemy mieć z tym nic wspólnego! Nie chcemy być porównywani do innych, bo zależy nam na czymś wyjątkowym. Te wszystkie próby upchnięcia nas w jakiejś szufladce są do bani”.

 czasami pracuję a czasami czczę rogatego

czasami pracuję a czasami czczę rogatego

Być może wyrazem tego jest ciągła ewolucja zespołu, który z płyty na płytę pokazywał nieco inne oblicze, o czym wspomina wokalista – „Każde nasze nagranie jest logicznym krokiem w rozwoju. Pierwsza płyta była chyba najbardziej rockowa, ale już „The Pusher” to dominacja metalowych dźwięków. Z drugiej strony jest tu sporo melodyki, która świetnie spaja ze sobą te wszystkie, ciężkie riffy. No i wreszcie finał, czyli „Darkness: Devil: Death”, najcięższy z dotychczasowych materiałów. Uważamy, że wszystkie nasze materiały w swoim czasie były szczytem możliwości i mówiły o nas prawdę, ale najważniejsze jest dla nas to, by się nie powtarzać. Bo tak na prawdę nie mamy planu i lubimy sami się zaskakiwać”.

Powód zmian w przypadku ostatnich nagrań jest jednak z drugiej strony dość prozaiczny – „Nasza sekcja rytmiczna opuściła nas po sześciu latach, to było dość dziwne – duma nad swoim losem wokalista – musieliśmy się nieco przeorganizować, tym bardziej, że mieliśmy już zarezerwowane studio. Przygotowywaliśmy się do nagrań już z nowym pałkerem, na szczęście w niecały miesiąc był gotowy i uratował sesję. Ale właśnie te zmiany spowodowały, że materiał jest tak agresywny. Same B Livenagrania były dość spokojnym momentem. Odseparowaliśmy się od świata zewnętrznego w studiu Kohlekeller; lubimy spokój, nie jesteśmy typem zespołu „rozrywkowego” – zero zabawy, raczej nagrywanie, praca nad brzmieniem i czytanie książek. Zazwyczaj jesteśmy perfekcyjnie przygotowani do nagrań, zresztą mamy taką zasadę, że za każdym razem nagrywamy w innym miejscu, jednak ze względu na wspomniane już kłopoty, tym razem było inaczej. Utwory nie były idealnie zaaranżowane, dlatego proces nagrywania był bardziej otwarty niż zazwyczaj, sporo rzeczy dopinaliśmy dopiero podczas prac w studiu, co także miało swoje odbicie w muzyce. Można powiedzieć, że to był faktycznie zapis chwili… Ale z drugiej strony, znowu udało się uchwycić pewien specyficzny klimat, coś innego, a muzyka ma duszę, którą w nią włożyliśmy. Następnym razem znowu będzie inne miejsce i może zrobimy najostrzejszą płytę w naszej historii… a może nagramy coś akustycznego?”.

Skupmy się przez moment na przekazie zespołu – „Już tytuł daje pewne wskazówki – informuje muzyk – teksty dotyczą ciemności i śmierci, w takim sosie a la Lovecraft i Poe a nawet „Faust” Goethego. Głównymi inspiracjami są książki, z których czerpię sporo ciekawychb rzeczy, pasujących do muzyki i mój sposób widzenia świata. Na pewno nie tworzę jakiegoś zwartego konceptu, raczej staram się wczuć w atmosferę utworów i dopasowuję do nich teksty”. Z tych wypowiedzi wyłania się obraz zespołu intrygującego, niejednoznacznego, bo choć z jednej strony to typowy, samczy metal, jednak w niektórych, mocno ironicznych wypowiedziach kryje się chęć lekkiego zafałszowania obrazu i pilnowania własnego terenu. Trudno przebić się przez wypowiedzi lidera, kwitującego swoje życie – „czasami pracuję a czasami czczę rogatego…”. Na pewno mamy do czynienia z zespołem, do którego pasuje określenie niezależny, bo też nie ma w nich strasznego ciśnienia na zrobienie kariery, choć plany, jakie zdradzają na koniec, są całkiem konkretne – „Pomysłów na najbliższą przyszłość mamy tyle, co pisaku na plaży – śmieje się wokalista – chcemy zrobić limitowaną wersję t – shirta, przygotowujemy także limitowaną wersję naszej nowej płyty. A potem będziemy świętować szóstą rocznicę wydania „Nothin Left To Luv!” i trzecią „The Pusher”. Rozpoczynamy też powoli prace nad kolejnymi kawałkami. No i koncerty… Mamy nadzieję, że w drugiej połowie roku dotrzemy też do Polski…”. Cóż, zapraszamy i czekamy…

Arek Lerch