BEHEMOTH ‒ Powrót z tarczą

Dosłownie kilka dni po premierze The Satanist, bo 7 lutego, Behemoth z pełną furią ruszył na trzytygodniową europejską trasę, której finał miał miejsce 1 marca w Berlinie. Reakcje, opinie i zachwyty, które towarzyszyły temu wydarzeniu obiegły cały świat i to nie tylko ten związany z muzyką ekstremalną. Behemoth wyszedł ze swoją twórczością daleko poza ramy samej muzyki i dotarł do świadomości ludzi, którzy być może do tej pory nie znali takich pojęć, jak black czy death metal. Wrażeniami z pierwszej w 2014 roku trasy, specjalnie dla Violence, podzielił się gitarzysta Patryk „Seth” Sztyber.

Jak wyglądały przygotowania do trasy?

Uwierz mi, do żadnej wcześniejszej trasy nie przygotowywaliśmy się tak poważnie i profesjonalnie. Właściwie był to cały tydzień ciężkich i intensywnych prób od rana do wieczora. Ogrywaliśmy nowe numery, przypominaliśmy sobie kawałki, których nie graliśmy już od kilku lat. Tworzyliśmy zupełnie nowy set, oparty w dużym stopniu o piosenki z „The Satanist”. Na koniec w warszawskim klubie Stodoła, oczywiście bez publiczności, zrobiliśmy próbę generalną, już z pełną scenografią i światłami, dokładnie tak, jak potem to wyglądało na samej trasie. To była po prostu najlepiej zorganizowana i przygotowana trasa, jaką zagraliśmy z Behemoth. Pod każdym względem. Wszystko było wspaniale dopracowane, począwszy od nowychSeth statywów, podestów, układów świateł, nowych pomysłów na zachowanie na scenie. Mechaniczne machanie głowami, co było kiedyś normą, dziś ustąpiło bardziej teatralnemu zachowaniu. Taki wizerunek zespołu lepiej pasuje do samej muzyki i naszego przekazu.

Trasa dotarła do 21 europejskich miast. Czy było to 21 takich samych koncertów?

Każdy koncert jest zupełnie inny, bo w każdym mieście jest inny klub. Ludzie potrafią naprawdę różnie reagować. Nigdy do końca nie wiadomo, jak wypadnie dany koncert, więc co wieczór śmiało możesz spodziewać się czegoś innego. Najczęściej jest tak, że choć mamy pewnie przeczucia co do poszczególnych sztuk, coś nas jednak zupełnie zaskoczy. Tym bardziej, że to była pierwsza trasa po ukazaniu się „The Satanist”. Na pewno nie wszyscy, którzy przyszli na te koncerty mają już nowy album i znają nowe numery. Widać było, że ludzie są zaskoczeni. Sam nie wiem do końca czy to był raczej zachwyt nad tym, co zobaczyli czy po prostu zdziwienie, że przyjechaliśmy z czymś nowym i zaskakującym.

Pierwszy koncert, 7 lutego, odbył się w Monachium. Była trema i spinka?

Nie. Jak przyjeżdżasz do danego klubu po raz trzeci czy czwarty, czujesz się jak w domu. Poznajesz stare kąty, miejsce jest ci znajome, czujesz się swobodnie. W wielu przypadkach na tej trasie graliśmy w klubach, które już znaliśmy, choć było też kilka zupełnie nowych. Ten w Monachium akurat dobrze znamy.

Ostatni koncert także daliście w Niemczech, 1 marca w Berlinie. Jakie emocje towarzyszyły zakończeniu trasy?

Po trzech tygodniach trasy zespół jest tak rozgrzany, że nawet już nie gadamy, tylko wychodzimy i gramy. Tak było w Berlinie i tak jest zawsze pod koniec każdej trasy. Po ostatnim koncercie przychodzi ulga, bo oczekiwania zawsze są duże, a grając nowe kawałki nigdy nie wiesz z jakim przyjęciem się spotkasz. Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że trasa się udała. Ciśnienie zeszło, bo bycie w trasie to napięcie fizyczne, a także psychiczne. Po Berlinie poczuliśmy się spełnieni, bo daliśmy z siebie bardzo dużo.

Powrót z tarczą

Powrót z tarczą

Który koncert był najlepszy?

Były w zasadzie trzy takie sztuki, że krótko mówiąc nie było co zbierać. To był Londyn. Klub na dwa tysiące ludzi, przyszło bardzo dużo Polaków. Zupełna masakra. Podobnie we Wiedniu. Tam też graliśmy na sporej sali. Rewelacyjna atmosfera. I trzeci, choć już nie tak duży, w Goeteborgu. Daliśmy takiego ognia, że jak po naszym secie na scenę wyszło Cradle of Filth to prawda jest taka, nie mieli dla kogo grać. Po prostu po naszym występie bardzo dużo ludzi wyszło z klubu. Trochę to przykre i mówię o tym z pewnym zażenowaniem, ale to przecież nie nasza wina.

Czy nowy set jest oparty głównie o numery z „The Satanist”?

Na tej trasie graliśmy co wieczór około piętnastu kawałków, z czego pięć było nowych. Oczywiście pojawiły się numery, których nie graliśmy od jakiegoś czasu, a nawet jeden taki, którego nie graliśmy nigdy wcześniej. Naturalnie piosenek z Evangelion w tym secie jest znacznie mniej niż w poprzednich latach, bo całość gruntownie przearanżowaliśmy. „Lucifer”, którym do niedawna kończyliśmy każdy występ, ustąpił teraz miejsca „O Father O Satan O Sun!”.

Który z nowych numerów najlepiej wypada na żywo?

Na pewno „Blow Your Trumpets Gabriel” jest idealnym kawałkiem na początek setu, bo rozkręca się powoli. My się rozgrzewamy, ludzie się rozgrzewają. Jego tempo dobrze otwiera koncert, buduje klimat i atmosferę. Bardzo lubię grać także „O Father O Satan O Sun!”, który pewnie dla wielu jest sporym zaskoczeniem. Być może na sam koniec ludzie spodziewają się czegoś bardziej, jak to się mówi, klasycznego, ale w moim odczuciu ten numer wypada świetnie.Nergal

Biorąc pod uwagę frekwencję na koncertach albo choćby sprzedaż koszulek, czy popularność Behemoth jeszcze rośnie czy osiągnęliście już szczyt?

Zdecydowanie wciąż są rynki, które trzeba jeszcze podbić. Trzeba w pewne miejsca pojechać z większą trasą. Po Europie czy Stanach jeździmy bardzo często, ale mam tu na myśli raczej Wschód, czyli Japonię czy Chiny. Tak jak po każdej płycie uderzamy także do Rosji, ale z trasy na trasę są to coraz większe kluby, coraz bardziej egzotyczne miejsca i o to głównie chodzi.

Czy jest jakaś historia z trasy, którą masz ochotę się podzielić?

Nie ma jakiejś jednej spektakularnej historii, ale może bardziej sam fakt, że mieliśmy w końcu okazję bliżej poznać chłopaków z Cradle of Filth. Okazało się, że Dani to w porządku facet. OrionMiły, towarzyski, lubiący się bawić. Nawet jednego razu wylądowaliśmy wszyscy razem w dyskotece, gdzie Dani tańczył jak szalony. Ogólnie rzecz biorąc, obyło się bez ekscesów. Co warto wspomnieć, na trasie grali z nami także In Solitude ‒ bardzo dobry zespół, który ma potencjał, żeby daleko zajść. Wróże im dużą karierę jeśli będą tak dalej trzymać. Podobnie Inquisition. Też równi goście i choć to tylko duet, na scenie robili co wieczór totalne piekło.

Między kolejnymi trasami Behemoth pracujesz nad nowym albumem Twojego macierzystego Nomad. Jaka sytuacja w tym temacie?

Materiał jest w drodze, ale mam na to niewiele czasu. Są gotowe szkice jedenastu nowych kompozycji. Mamy już zarejestrowane bębny, którą są szkieletem dla całej reszty. Za jakiś czas zabieram się do nagrywania gitar, choć to dopiero wstępny etap prac. Przed nami jeszcze długa, mozolna harówka.

Rozmawiał Adam Drzewucki

Zdjęcia: Kenny Swan (www.kennyswan.dk)