BEEHOOVER – jesteśmy zbieraczami…

Beehoover, nawet jeśli chce uchodzić za twór zupełnie zwyczajny, pozostaje jednym z bardziej intrygujących zespołów w niemieckiej krainie. Nie chodzi nawet o fakt, że tworzy go basowo – perkusyjny duet, ale o całą, lekko enigmatyczną otoczkę. Odnoszę też wrażenie, że Ingmar Petersen i Claus-Peter Hamisch są introwertykami, którzy , owszem, cieszą się tym co robią, ale raczej wolą, jak zostawia się ich w spokoju; może faktycznie w tym przypadku powinna przemawiać sama muzyka? Ta z nowej, czwartej płyty The Devil and his Footmen jest jak zwykle jednym wielkim, sekcyjnym uniesieniem, okraszonym całkiem ciekawymi wokalizami. Być może właśnie niemożność określenia, co też właściwie Beehoover gra, jest najlepszą rekomendacją dla ich pracy? Udało mi się namówić perkusistę zespołu Clausa na lekkie zwierzenia, na które niniejszym i z przyjemnością zapraszam.

Wasza poprzednia płyta ukazała się w 2010 roku, to już kawał czasu – jak z dzisiejszego punktu widzenia postrzegacie „Concrete Catalyst”?Awatar

Nasze płyty są takim rodzajem migawki – zapisu chwili. Dlatego uważamy, że wszystkie mają swój czas i w swoim miejscu powinny zostać. W tym momencie zrobiliśmy taką akurat muzykę. To zamknięty rozdział, zapis chwili, dlatego uważamy, że udało się nam zarejestrować, czy też sfotografować nasz aktualny stan. Każdy nasz materiał traktujemy tak samo.

Na waszym fejsie można przeczytać, że… niczym się nie interesujecie – co to za prowokacja?

Chodzi o to, że nasze osobiste sprawy czy zainteresowania nie mają znaczenia w kontekście muzyki. Myślę, ze nasi słuchacze mają gdzieś to, czym się interesujemy, tym bardziej, że nie wpływa to na nagrania i płyty. Przemawia tylko nasza muzyka.

Zastanawiając się nad waszym zespołem, doszedłem do wniosku, że jesteście takim trochę „niemieckim Darkthrone” – chodzi mi oczywiście o otoczkę a nie muzykę. Jesteście duetem, raczej mało o Was wiadomo, robicie sobie fotki w leśnym otoczeniu (śmiech)… Myślisz, że coś w takim porównaniu ma sens?

Szczerze mówiąc, nie wiem nic o tym zespole. Znam nazwę, wiem, że są z Norwegii, ale muzyki nie znam… Nie, raczej nie jesteśmy niemieckim Darkthrone.

Nie zagraliście w tym roku zbyt wielu koncertów, zdradź zatem, która sztuka, z tych, które się odbyły utkwiła Wam w pamięci?

Graliśmy kilka koncertów z hiszpańskim Horn of the Rhino i to były chyba najlepsze nasze sztuki, w szczególności w Berlinie i Kolonii.

Za to w przyszłym roku kroi się Wam całkiem miły tour w Wielkiej Brytanii. Organizujecie te sztuki metodą DIY? Były jakieś trudności w przygotowaniu trasy?

Trasę zorganizował Ingmar i to raczej bez większego wysiłku. Wiesz, dzisiaj facebook pozwala nawiązać kontakt praktycznie z każdym i to zdecydowanie ułatwia sprawę. Przede wszystkim możemy to zrobić pomijając udział agencji koncertowych. Jest to więc raczej niezależna, podziemna trasa, jednak mamy nad wszystkim kontrolę i nikt nie narzuca nam z góry pewnych rozwiązań. Pomijając wszystko, sieci społecznościowe to fajna sprawa, szczególnie w takich przypadkach…

Na Waszej stronie internetowej, w dziale „about”, można przeczytać swego rodzaju wywiad z wami. Czy to coś w stylu ściągi, gotowca dla pismaków, czy raczej oświadczenie – nie pytajcie nas o historię zespołu i o nasz styl muzyczny!

To wywiad, jakiego udzieliliśmy kiedyś do jakiegoś magazynu. Wykorzystaliśmy go, bo bardzo trudno jest zwięźle wyjaśnić, co się w zasadzie robi. Prawdę mówiąc, bylibyśmy szczęśliwi, gdyby dziennikarze rozmawiali z nami, zanim coś o nas napiszą…

 jesteśmy zbieraczami

jesteśmy zbieraczami

Dobra, przejdźmy zatem do nowej płyty. Możesz wyjaśnić, jakie są Twoim zdaniem różnice między „Concrete Catalyst” a nowym materiałem?

Po części wyjaśniłem to już wcześniej – każdy album ma swoje miejsce, więc porównywanie nie ma sensu. Zawsze staramy się, by płyta nie była tylko zbiorem różnych piosenek, ale pewną, zamkniętą całością i pod tym względem nowy album jest najbliższy tej idei.

Zgodzisz się, że muzyka z nowej płyty jest oszczędniejsza niż ta z „Concrete Catalyst”?

W zasadzie tak, jest prostsza. Ja bym to jednak określił inaczej – jeśli chodzi o stronę rytmiczną, o metrum poszczególnych utworów, jest dość podobnie, jednak jeśli chodzi o spójność tych kompozycji, są to zdecydowanie najlepsze kawałki, jakie stworzyliśmy. Ta prostota odnosi się raczej do formy, do tego, że skupiliśmy się na konkrecie, nie dodawaliśmy tym razem dodatkowych elementów, akustycznych instrumentów itp. Tylko bas i bębny.

Jak wygląda Wasz warsztat jeśli chodzi o pisanie muzyki – odnoszę wrażenie, że sporo improwizujecie, mając do dyspozycji taką przestrzeń do zagospodarowania za pomocą tylko dwóch instrumentów?

IngmarJesteśmy zbieraczami. Kolekcjonujemy różne rytmy, strzępki riffów, tekstów czy grafiki, często miesiące a nawet lata przed przystąpieniem do prac nad kolejną płytą. A samo łączenie tego wszystkiego do kupy może trwać np. tydzień. Ingmar cały czas przynosi jakieś riffy, ciągle coś tworzy, potem staramy się grać te tematy, zmieniamy, coś wyrzucamy, próbujemy iść inną drogą aż w końcu uznajemy, że mamy gotowy utwór, coś co może być dla nas pożyteczne.

Intrygują mnie okładka i tytuł płyty – nie są pospolite, ale w jakiś sposób intrygujące – co się za nimi kryje?

Z okładkami zawsze sprawa jest prosta – szukamy i oglądamy różnie obrazki tak długo, aż nam się coś spodoba. Do pierwszych dwóch płyt mieliśmy obrazki zrobione specjalnie dla nas, zaś do dwóch kolejnych wykorzystaliśmy gotowe dzieła. Resztę każdy musi sobie sam wymyślić. Nowa płyta nie jest jakimś koncept albumem, ale jest pewna idea, która określa te piosenki. Opisujemy ludzi, ich naturę, szczególnie takich, którzy uznali miernotę za coś istotnego i tym samym wtapiają się w tłum, bezmyślne społeczeństwo. Akceptacja przeciętności unifikuje współczesnych ludzi, którzy w pewnym sensie przestają istnieć jako jednostki.

Może to głupio zabrzmieć, ale kiedy słucham takich kawałków jak „Boy vs Tree” czy „Honeyhole”, opis waszej muzyki jest następujący: „Girls Against Boys grający nocą piosenki Sabot w miejskiej dżungli”. Śmiejesz się z takiego opisu?

Co do Sabot… cóż, nie znałem tego zespołu, ale często pojawiały się takie porównania i postanowiłem ich sprawdzić. Kiedy w końcu dotarłemClaus do ich nagrań, uznałem, że są całkiem ciekawe, choć osobiście wolę muzykę z wokalem a nie instrumentalną. Jeśli chodzi o Girls vs Boys… Skoro jesteśmy chłopcami, to wolimy raczej grać razem z dziewczynami a nie przeciwko nim (śmiech…).

Myślisz, że grając w takiej formule, jaka występuje w Beehoover, udało się Wam wpisać w muzykę popularną jako twór choć odrobinę wyjątkowy?

Jeśli jesteś choć trochę naiwny i idziesz za swoim instynktem jako artysta, faktycznie, jest szansa, by stworzyć coś oryginalnego, swojego i pokazać kim się jest naprawdę. My nie czujemy się wyjątkowo, bo jesteśmy po prostu sobą i zwyczajnie kochamy muzykę i granie. To dla nas zupełnie normalna sprawa, a nie uważam, że jesteśmy inni tylko dlatego, że nie mamy w składzie gitarzysty…

Mamy końcówkę roku – może zatem dokonasz krótkiego podsumowania minionych 12 miesięcy?

To był dla nas dobry rok, bo udało się nagrać i wydać nowy album, z którego jesteśmy bardzo zadowoleni. Gramy fajne koncerty i to wszystko nas cieszy. A jako, że to bardzo istotna dla nas część życia, jesteśmy zadowoleni, że wszystko się udaje. Jako muzycy i ludzie możemy uznać ten rok za bardzo udany. Pamiętajcie: bądźcie wiarygodni w tym co robicie i zawsze szukajcie prawdy!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu