BASTARD DISCO – Szukamy zadymy!

Uwaga, idą muzyczni chuligani! Bastard Disco, choć ma na koncie jedną, dopiero co wydaną płytę, może szturmem wedrzeć się na salony, bo stworzony został przez lekko bezczelnych ludzi, którzy nie mają oporów. Po prostu chcą grać a przy okazji rozwalać schematy. Co ciekawe, jeśli ktoś oczekuje zupełnej nowości, może się zdziwić, bo kwartet co i rusz spogląda wstecz, wyraźnie kłaniając się złotej dekadzie hałasu. Ów ukłon nie jest jednak służalczy a raczej arogancki, taki, że do końca nie wiadomo, czy to szacunek czy kpina. Jednym słowem, fajnie i hałaśliwie grają, intrygują i rokują. O płycie „Warsaw Wasted Youth” już pisaliśmy na naszych łamach, teraz czas stanąć oko w oko z (prawie) całym zespołem.

Jak pierwszy raz złapiesz za gitarę i nie umiesz na niej grać to prawdopodobnie narobisz noise’u i będziesz tym totalnie zajarany.

Bastard Disco to nowa twarz na muzycznym firmamencie krajowego niezalu. Czy fakt założenia zespołu miał jakieś dramatyczne, interesujące dla słuchacza/czytelnika kulisy?

Yury: Bardzo długo nie mogliśmy się zebrać w tym składzie. Paweł szukał kogoś do grania rockowego niezalu na z szczyptą eksperymentalną, później szukali perkusisty, w końcu – zmiana wokalisty. Ja dołączyłem do chłopaków w 2015 roku, kiedy Karol, ex wokalista – teraz śpiewa i gra na basie w zespole Noże – poznał mnie z nimi. Za pierwszym razem wstydziłem się zaśpiewać, bo chłopcy wyrzucili na fejsa fotkę z salki prób z milionem różnych, gitarowych efektów i innych pierdół. Pomyślałem, że to muszą być jebnięte nerdy. Okazało się, że ten cały sprzęt nie był ich…

Paweł: Wręcz przeciwnie, powstaliśmy w sposób kompletnie nudny i nie-anegdotyczny. Do tego stopnia nudny, że mamy problem z przypomnieniem sobie jak to się tak naprawdę wydarzyło. Znalazłem się z Kamilem na jakimś portalu z ogłoszeniami muzycznymi i zaczęliśmy razem grać. Potem dołączył Marek. Jedyne co jest zaskakujące to pojawienie się Yuriego, który pewnego dnia po prostu zjawił się nie wiadomo skąd u nas w sali, pogadaliśmy chwilę, potem pojawił się na próbie, zaśpiewał i tak już zostało.

Kamil: Na początku graliśmy z Pawłem w wynajmowanych mordowniach na godziny. Natomiast przyjście Yury pamiętam tak, że zaczął skakać po sali i wymachiwać mikrofonem; wiedzieliśmy, że przesłuchania na miejsce wokalisty właśnie się skończyły (śmiech).

Wszystko ładnie pięknie, ale powstaje pytanie, jak długo trwało konstytuowanie się waszego stylu, który jest dość charakterystyczny i prowokujący tradycyjne jęki: „kolejny zespół co chce grać jakby był 93 rok„. Lubicie lata 90. (pytanie tendencyjne…)?

Y: Lata 90. to była ostatnia dekada dobrego rocka. Lubimy różne rzeczy, ale mamy sentyment do popu typu Nirwana i Sonic Youth, kiedy oni się jeszcze nie sprzedali (śmiech). Lubię  też Unwound i The Stooges. I Woven Hand jeszcze…  Nasz styl wyrabiał się dość długo, aż do nagrania, kiedy okazało się, że wcale nie brzmimy jak noise rock czy post-hardcore, a bardziej jak grunge (nienawidzę tego terminu). Generalnie, każdy z nas ma wizję na swoje granie i tego się trzymamy. Dbamy o to, żeby muza nie była ani zbyt słodka, ani przekombinowana. Lubimy generalnie proste rzeczy.

P: Jeśli chodzi o wyrabianie stylu to w naszym przypadku jest bardziej to co nam po prostu wychodzi niż zaplanowane działania. Zawsze podziwiałem zespoły, które pracują koncepcyjnie. Najpierw powstaje koncepcja na muzę i styl a potem następuje realizacja. U nas to chyba tak nie działa. Oczywiście, były jakieś założenia, ale ostatecznie to co gramy mocno się z nimi rozminęło. To jak brzmimy okazało się dopiero po nagraniach i efekt, szczerze mówiąc, trochę nas zaskoczył.

K: Wydaje mi się, że albo coś działa, albo nie. Nam działa granie takiej muzy. Osobiście lubię trochę gitarowego hałasu i do tego lubię melodię. Nie wiem, czy chłopaki się ze mną zgodzą, ale uważam, że muza to jednak w dużej mierze melodia. A, że dużo melodii było w najntisach, to jakoś tak wyszło. Do tego my już jesteśmy pojechani w latach i pewnie po prostu taki rodzaj ekspresji w nas siedzi z powodów generacyjnych.BD

Wspomnieliście noise rock, stylistykę, która w ostatnich latach triumfalnie powróciła, ciągnąc za sobą starych, ale też wypychając na powierzchnie nowe bandy. Jak to jest z tym NOISE? Co to dla Was oznacza?

Y: Jeśli chodzi o to, czy świadomie gramy rock z lat 90., to nie, bo to najczęściej paskudztwo. Wydaje mi się, że powrót noise rocka to przesada.

K: Noise to pewien sposób ekspresji, żywiołowości, przerabiania, hmmm, punkowego chaosu na dźwięk. Może jest w tym trochę złości i trochę chodzi o obecność samych instrumentów, ich „esencjonalnego” brzmienia? W tym sensie, że jeżeli nie złapiesz gitary na progach, to ona ma naturalną skłonność do robienia sprzężeń. A do tego nojsy, jeśli nauczysz się nad nimi panować, mogą „powiedzieć” to, czego nie dasz rady wycisnąć z instrumentów grając konwencjonalnie.

P: Tak, noise dla mnie to taki powrót do nieskrępowanej ekspresji i radochy jaką niesie ze sobą wydobywanie – czasem nawet randomowych – dźwięków. Jak pierwszy raz złapiesz za gitarę i nie umiesz na niej grać to prawdopodobnie narobisz noise’u i będziesz tym totalnie zajarany. Potem uczysz się grać i im lepiej ci to idzie tym trudniej jest zrobić noise, który cię podjara tak jak ten pierwszy raz.

Jak nie umiesz grać, graj głośno – głosił P. Ericksson z Hammerhead. Ale w sumie, u Was nie ma takiego chaosu, w zasadzie to co słyszymy na płycie jest całkiem ułożone i wpadające w ucho. Jeśli już, mające w sobie vib a la Sonic Youth. Czyli już na początku jest konsternacja. Ale na FB stoi „noise rock”. Tak się będziecie reklamować?

K: No totalnie – ja sądzę, że im głośniej gram, tym lepiej brzmi, co nie zawsze spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem.

Y: Na żywo brzmimy właśnie noise’owo, ale jesteśmy nie bardziej noise rockiem niż rock musi być. Chodzi mi o to, że rock sam w sobie zawiera hałas, mówię na przykład o The Stooges, MC5 czy The Monks. Zaś chaosu u mas nie ma w ogóle. Właściwie chaosu nie ma i u Shellac. W ogóle, zdziwiłem się, kiedy dowiedziałem się, że Albini ma dwa(!) noise gate w pedalbordzie.

P: Hmmm… noise rock na zespołowym FB pewnie pochodzi z czasów, kiedy nasze wyobrażenia o muzyce nie zostały zrewidowane przez nagrania. Ale z drugiej strony, bardzo lubię tą etykietę – jest pojemna. Oddaje nasze podejście do grania, choć może niekoniecznie jest adekwatna do samego stylu naszej muzyki. Zresztą, mam wrażenie, że na żywo jesteśmy dużo bardziej noise’owi niż na nagraniach.

No i jeszcze te porównania do Something Like Elvis. Kto to wymyślił? Arek? Zgadzacie się z tym porównaniem?

K: To chyba miłe porównanie, ale ja nie słyszałem, żeby ktoś nas do nich porównywał.

Y: Co to jest? (śmiech) To taki zespół?

P: Nie, my byśmy na to nie wpadli – jesteśmy skromnymi gośćmi. Zresztą, Arkowi w tej wypowiedzi chyba bardziej chodziło o to że jara się debiutem, który wydaje niż, że jesteśmy zespołem podobnym do SLE. Ja się na nich wychowałem, więc stawianie nas obok nich to jednak abstrakcja dla mnie. Pamiętam, że zajarałem się Kobongiem w tym samym czasie i to na kilka lat pchnęło mnie w polirytmie. Na szczęście, już mi przeszło.

K: Mam czasem problem ze skromnością i Paweł to taktownie ukrywa. Ale to prawda – Marczyński jakiś czas temu napisał, że jesteśmy debiutem „chyba tak dobrym jak SLE”. To bardzo miłe, ale to nie jest porównanie do samej kapeli.

Szukamy zadymy!

Szukamy zadymy!

Macie dobrą muzykę, ale też charakterystyczne hasła – „warsaw wasted youth” brzmi jak wyzwanie rzucone… no właśnie – komu?

Y: To żart. Głównie polega na tym, że nikt z nas nie jest z Warszawy, poza Markiem. To jest odniesienie do post-młodzieży, post- subkultury. Tego stanu, kiedy już nie jesteś ani punkiem, ani nawet hipsterem. Ale jeszcze nie jesteś dziadem czy tatkiem. No i znajdujesz się o czwartej nad ranem, gdzieś w dupie miasta, w palarni, dzieciaki lansują się w tym czasie na techno i robią selfie. To jest warsaw wasted youth. Nie ma dzieciaków, ale był tatko ze swoim synkiem i ten miał na ręce straight edge. To jest, kurwa, chore. Mały miał 8 lat.

P: Powiem gorzej, to nawet nie warszawska, zmarnowana młodzież a „Warszawą zmarnowana młodość” choć w sumie na to samo wychodzi (śmiech). Nazwa płyty chyba wzięła się z naszego narzekania na to, że to co dzieje się na polskiej scenie, jest trochę rozczarowujące. Poszliśmy z Yurą na hardcory na squat i Yury pyta się mnie: „gdzie są dzieciaki”? Jesteśmy po prostu zrzędami, które marzą, żeby w Warszawie działo się jak w Nowym Yorku w 90. – żeby był ferment artystyczny, scena i poczucie, że tworzy się jakaś kontrkultura – ale to chyba niemożliwe w czasach fejsbuka.

K: Chyba zmarnowaliśmy okazję na jakiś płomienny manifest.

Robi się ciekawie, za chwilę się pokłócicie i nie będzie zespołu. To byłoby całkiem modne, wydać płytę i się rozpaść podczas wywiadu. Byłby prawdziwy fejm na fejsie. Ile chcecie nagrać płyt?

Y: Kamil, ile płyt chcemy nagrać?

K: No, wczoraj w zasadzie skończyliśmy w chuj fajny kawałek, który będziemy grać na Wembley, więc co najmniej jeszcze jedną.

P: Zdążyliśmy już sobie w mordę dać dzień przed koncertem i gramy dalej, więc nie tak łatwo nas rozdzielić. Na pewno jeszcze kilka nagramy – spodobało nam się i już planujemy następną.

K: Tak, to prawda. To było wspaniałe, biliśmy się w barze. I jak to się w dziennikarskim żargonie mawia – pikanterii sprawie dodaje fakt, że jesteśmy niscy, więc musieliśmy wyglądać jak nacierające na siebie kurczaki.

No nieźle, normalnie nowojorskie podziemie. W dodatku te zarozumiałe stejtmenty na fejsie, że chcecie się sprzedać… serio chcecie?

K: Nie, chcemy nakurwiać za darmo, bo tak wypada (śmiech). Nie, no, ale tak serio, to może powiem – jako największy komunista w zespole – uważam, iż to, że coś robimy to jest jednak praca. Proces twórczy to praca, piece same się nie kupiły, salka się sama nie opłaca. A za pracę fajnie jest dostawać jakiś hajs.

P: Sprzedać się chcemy, ale nie oszukujmy się, to nie tak, że ludzie się zabijają żeby nas kupić. Za brzydcy jesteśmy i nie gramy synth popów z laptopa.

Y:  Na razie sprzedajemy się po dwa browary na mordę.

P: I to te najtańsze, bo te droższe się nie należą.

Y: Co jest dość fair, ale o wydaniu płyty planujemy wyjść na nowy poziom. Na przykład dwa browary i setka wiśniówki.
live2

No właśnie – długa droga przed wami – tak po prawdzie, czujecie, że jest miejsce w tym zapchanym rynku znaleźć jeszcze coś dla siebie? Macie jakiś pomysł na zaistnienie?

K: No patrz, robimy wywiad dla Ciebie, chwali nas Chaciński, mamy zaproszenie do Trójki, a jeszcze nie wyszła nasza płyta. Nasz pomysł jest taki, że gramy fajną muzę. Nie dla garstki koneserów, a jednocześnie chyba nie taką, że ludzie powiedzą, że wieje Comą i Luxtorpedą. W Polsce chyba nie ma zbyt wiele gitarowej alternatywy, która nie jest udziwniona i niezrozumiała. Raczej nie interesuje nas bycie szeroko znanym w wąskich kręgach. A jak wyjdzie – zobaczymy. Mam wrażenie, że w Polsce niezal boi się dotykać melodii, że chce być strasznie bezkompromisowy. A my gramy rockowe kawałki bez obciachu. Tak przynajmniej nam się wydaje, nie? Nie wstydzimy się naszych kawałków, chłopcy?

Y: Pomysł jest taki, żeby grać rock, którego nie będziemy się wstydzić. Jak to się komuś spodoba – to super, jak nie – to nie.

Ten podkreślany przez was luz i rockowy vib faktycznie słychać na płycie, plus sonikowe zgrzyty i ta charakterystyczna emo – melancholia w tle. Bardzo fajnie wyważona mieszanka, która zestawiona z  lekkim schizem, może dać dobry efekt. Czego się spodziewacie, jakie macie nadzieje związane z „WWY”?

K: Mam nadzieję, że się jeszcze z raz pobijemy. W zasadzie jestem w tzw. branży nowy i nie wiem, jakie są opcje do wyboru. Chyba chcemy jebnąć kilka dobrych gigów, pocieszyć się muzą. A co do reszty, poczekamy i zobaczymy.

Y: Ja chcę być dumny ze swojej pracy, być dobrym wokalistą i poetą. Ale to długa droga, jesteśmy dopiero na początku.

P: Chcemy grać koncerty, zjechać wszystkie większe miasta w Polsce, zagrać na festiwalach. Fajnie byłoby też zagrać za granicą. Na zachodzie, albo wschodzie. Na razie ten plan powoli posuwa się do przodu. Dzięki Arkowi z Anteny Krzyku usłyszeli o nas ludzie, do których nie mieliśmy wcześniej jak dotrzeć, pojawiły się propozycje, których wcześniej nie było. Oczywiście, możemy zażartować ze marzy nam się koncert na Wembley, ale prawda jest taka, że na razie po cichu myślimy o koncercie w Berlinie i jakby to się nam udało, byłby sztos!

Jasne, lepiej mieć ambicje i być arogantem niż nadzieje i być skromnym. A poważnie – zawsze uważałem, że szanse mają te zespoły, które są bezczelne. Szybciej się je zauważa. A wy chyba jesteście bezczelni…

P: Jak widać, za mało skoro nie wynegocjowaliśmy sobie jeszcze tych trzech browarów na ryja (śmiech).

K: Pewność siebie, nawet bezczelność przydają się – zwłaszcza na scenie. Bo jak już stoisz na niej i chcesz coś ludziomZrzut ekranu 2017-02-08 o 22.12.59 przekazać – to oni muszą widzieć, że ty jesteś pewien tego co mówisz. Że za tym stoisz i w to wierzysz.

Na zakończenie chciałem się jeszcze dowiedzieć, czy jest coś takiego jak przekaz Bastard Disco – chcecie coś komuś przekazać?

P: Podobno nikt nie zrobił tyle dobrego dla amerykańskiego punk rocka co Ronald Regan. Biorąc pod uwagę co dzieje się w Polsce i na świecie, uważam, że czas najwyższy wskrzesić szlachetną sztukę zadymy. Yurii ma doświadczenie w paleniu opon, możemy zorganizować jakieś warsztaty. W jednym zdaniu: Szukamy zadymy!

Y: Ja chcę przekazać, że granie w zespole nadało sens mojemu życiu. Wszystko co się działo w moim życiu, przyniosłem do zespołu, w teksty, w koncerty i to mi bardzo pomogło.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Wojtek Kocur/Michał Matraszek