BARONESS – Wyjście z zakrętu

Płyta Purple jest dla Baroness czymś w rodzaju wyjścia z zakrętu i dowodem, że nic nie jest w stanie złamać zespołu dowodzonego przez Johna Baizley. Wypadek jaki Baroness zaliczył w 2012 roku mocno przemodelował grupę, tak pod względem personalnym, jak i mentalnym, bo chyba tylko chęcią głośnego podkreślenia powrotu na sceny tłumaczyć można mocne, energetyczne brzmienie „Purple”. Choć zachwycałem się kiedyś nad uważaną za kontrowersyjne dzieło płytą Yellow&Green, muszę zgodzić się z opiniami, że Baroness dobrze zrobił wracając do zwartych aranżacji i konkretnych riffów. Inna sprawa, że wystawienie do wywiadów basisty Nicka Josta, który na razie zaliczył tylko najnowszą płytę, uznałem za słabą opcję. Przeprowadzony wywiad moment odleżał, ale dzisiaj wydaje mi się, że w sumie wyszła sympatyczna rozmowa. Prezentuję ją w dobrym momencie – w przeddzień koncertu Baroness na polskiej ziemi. Czytajcie a jutro miłej zabawy.

W ostatnich latach Baroness przechodził swoiste trzęsienie ziemi. Twoja obecność jest jedną z konsekwencji tej sytuacji – jak czujesz się w zespole? Miałeś trudności z aklimatyzacją?

Przede wszystkim – co zresztą zawsze powtarzam – jestem dumny z bycia częścią tego zespołu. Oczywiście, nie jest a raczej nie był to stan komfortowy. Wchodzisz w pewien układ, w zespół, który ma fanów, wyrobioną pozycję i musisz własne doświadczenie skonfrontować z nowymi oczekiwaniami – zespołu jako takiego, słuchaczy itp. Dla mnie nie było w tym problemu, przynajmniej ze strony technicznej. Szybko dostosowałem się, bo mam doświadczenie gry z różnymi muzykami a to uczy elastycznego podejścia. Bardziej chodziło mi o to, żeby poczuć się komfortowo mentalnie; przyznam, że już w studiu poczułem się częścią tego zespołu.

Niektórzy krytycy stwierdzili, że nowa płyta jest zdecydowanym powrotem starego, dobrego Baroness, szczególnie po dwupłytowym „Yellow&Green”. Zgodzisz się z takimi opiniami?

Wiesz, jest mi o tyle ciężko, że w nagrywaniu poprzedniego albumu nie uczestniczyłem i mogę go oceniać jedynie jako słuchacz, a nowy jest już moim udziałem. NaJohn pewno te płyty się bardzo różnią… przyznam, że jeśli miałbym wybierać moją ulubioną płytę z dotychczasowych, postawiłbym na  „Blue Record”. Muzyka z tej płyty była pierwszą jaką poznałem. Zatem – cóż, każdy ma prawo do swojej opinii, ale jeśli miałbym odpowiedzieć konkretnie na Twoje pytanie – uważam, że z „Yellow&Green” można by zrobić jeden świetny album (śmiech).

Ale czy powrót ciężaru, jaki dominuje na „Purple” był celowym zabiegiem, chęcią dołożenia do pieca, czy raczej może odreagowaniem dłuższej przerwy i wszystkich tych traumatycznych przeżyć jakich doświadczył John Baizley? Jak myślisz?

Przede wszystkim – choć to też moje subiektywne odczucie – ta płyta brzmi tak, jak powinien brzmieć rockowy kwartet. Zwarcie, ciężko i energetycznie. Cieszy mnie, że mimo możliwości zrobiliśmy album stosunkowo prosty, chwytliwy i mocny. Nie ma tu zbędnych nut, żadnych dłużyzn i niepotrzebnych, akustycznych przynudzaczy. Zależało nam też na melodii, która powoduje, że muzyka jest łatwiejsza do zapamiętania. Chyba zbliżyliśmy się do tego ideału muzyki Baroness, nie sądzisz?

Wiesz, rozmawiasz z fanem „Yellow&Green”, choć przyznam, że o chwilowym oporze, mogę stwierdzić, że to bardzo udany powrót z… zaświatów. Często rozmawiacie z Johnem o tym co się stało, o wypadku itp.?

Staram się być delikatny, bo ta sytuacja na pewno odbiła się na tym, jak teraz John patrzy na świat. Oczywiście, rozmawialiśmy i wiem, że chłopacy są wdzięczni losowi, choć trauma jeszcze na długo pozostanie. John ma cały czas problemy z bólem, ale to szalenie zdeterminowany człowiek i ta sytuacja wyzwoliła w nim nowe siły, jest nie do zatrzymania, choć początkowo wydawało się, że cudem będzie, jeśli odzyska sprawność palców (śmiech). Nie chciałbym tu wchodzić za bardzo w zmiany personalne, decyzja Allena i Matta jest ich sprawą i choć jestem w stanie zrozumieć ich postawę, to jednak nie chcę zajmować jednoznacznej postawy. Jestem w trudnej sytuacji, bo takie pytania padają, a ja nie chcę być w tym wszystkim sędzią. Jest tu i teraz…

No właśnie – nie masz łatwego zadania, będąc wystawionym na dziennikarskie śledztwa. Nie boisz się stawiać czoła tym wszystkim pytaniom, będąc tylko małą częścią tej historii? Zdarzyło się już, że np. ktoś nie chciał z Tobą rozmawiać?

Dobre pytanie. Wiesz, ja dostaję konkretne propozycje wywiadów i myślę, że jeśli nawet jacyś dziennikarze woleliby Johna, promotorzy, organizujący wywiady nie mówią mi o tym. Jasne, że czasami trudno jest mi na pewne kwestie odpowiadać, ale jestem dzisiaj częścią tego zespołu i mogę mówić o muzyce. A ta jest przecież najważniejsza…

Z drugiej strony fajnie jest poznawać pozamuzyczne historie członków zespołu…

Cóż, całe moje życie to muzyka, współprace z różnymi ludźmi, często ze środowiska jazzowego. W zasadzie jest to dość nudna historia, z punktu widzenia sensacyjnych karier dużych zespołów. Moja „duża” kariera zaczęła się wraz z Baroness…Baroness_0T5A2271Final

Powiedz jak wyglądały twoje początki w Baroness? Było ciężko?

Trudno mówić w tych kategoriach. Jak wspomniałem, nie chodziło o technikę, ale raczej o szybkość całej akcji. Byłem podekscytowany, bo Baroness to kapela o międzynarodowym statusie i ten fakt ma jednak znaczenie. Zaś same rozmowy (śmiech…). Wiesz, John to bardzo naturalny, fajny facet i tak samo było ze mną. Dostałem propozycję, tak po prostu. John dał mi dziesięć tytułów piosenek i musiałem się ich nauczyć w ciągu paru godzin. W zasadzie nie było czegoś takiego jak szumne ogłoszenia o tym, że gram w zespole. Po prostu zrobiliśmy razem te kawałki  i pojechaliśmy w trasę. Myślę, że prawdziwy chrzest to było studio nagraniowe. Bo wiadomo – nowi ludzie, nowy realizator, mniej improwizacji, więcej poukładanych, mocnych struktur no i to ciążące nad wszystkim przeświadczenie, że to ten moment, kiedy musimy pokazać, że żyjemy, wyszliśmy z zakrętu i damy czadu. Chyba się udało, tak myślę, patrząc na reakcje, czytając recenzje. Fajnie, że wszyscy są nadal przychylni Baroness (śmiech).

Wspomniałeś, że chrztem składu była praca w studiu. Możesz o tym opowiedzieć?

Przede wszystkim, znaczenie miał fakt pracy z Davidem Fridmannem, basistą Mercury Rev, więc wiadomo, że było to dla mnie ekscytujące. W każdym razie miałem z jednej strony komfort pracy z kimś kto zna specyfikę basu, z drugiej strony, nie było taryfy ulgowej (śmiech). Fakt jest taki,  że musiałem trochę zmienić swoje podejście do kwestii aranżacyjnych. Grając muzykę free miałem większą swobodę, gdzie często błąd, wycieczka w zupełnie inne rejony podczas improwizacji otwierały nowe możliwości interpretacyjne. Tu musiałem podporządkować się z jednej strony koncepcji muzycznej, z drugiej nieco inaczej pracować z pozostałymi muzykami. Inaczej było na próbach, inaczej na koncertach, gdzie jednak jest pewna swoboda, natomiast podczas nagrań musiałem powściągnąć swoje zapędy. David był świetny w wyłapywaniu atmosfery nagrań, takiego naturalnego klimatu. Był łagodny i miły, ale jeśli miał dobry dzień, potrafił siedzieć nad jedna partią godzinami, w końcu wracać do początkowych koncepcji, wszystko sprawdzać, tak by dojść do ideału. Ma swoje pomysły, ale w przeciwieństwie do niektórych realizatorów, niczego nie narzuca. Proponuje, pokazuje, zgadza się z zespołem, ale i tak na końcu okazuje się, że realizujemy… jego pomysły (śmiech). A tak poważnie – ma to, co jest bardzo potrzebne w pracy z muzykami rockowymi – cierpliwość i pracowitość. No i nigdy się nie kłóci. Mam nadzieję, że jeszcze zawitam kiedyś do jego studia.Studio

Wszystko super, ale zawsze zastanawiam się, czy za takimi gładkimi odpowiedziami nie kryją się tarcia, zwykłe, ludzkie przywary, kłótnie i złe rzeczy,  o których zespół nie chce mówić?

Niektórzy muzycy twierdzą, że co jest za drzwiami studia, pozostaje w studiu. W sumie to dobra postawa. Pytasz o brudy… Życie jest brudne, więc zawsze coś z tego w końcu znajdzie się na rękach. Z nami jest jednak tak, że swoje już przeżyliśmy i musieliśmy się nauczyć odpowiedniego traktowania drugiej osoby. Kiedy chcesz grać, współpracować z ludźmi i mieć z tego radochę i jakieś pieniądze, musisz iść na kompromisy, respektować tzw. strefę komfortu drugiej osoby. Mamy za sobą taki bagaż doświadczeń, że nie chce się już człowiek upijać, bawić do upadłego czy robić jakieś dziwne rzeczy. Tak jest w trasie, i tak jest w studiu. Znamy swoje możliwości, słabostki i mamy dla siebie szacunek. Wiem, że to brzmi strasznie pokrętnie i nudno, ale tak jest. Muzyka jest tu najważniejsza. Na ten moment lubimy się, szanujemy i dobrze się nam pracuje. Zobaczymy co będzie dalej, bo tego nikt nie wie…

Myślisz, że udało się Wam – tobie i Sebastianowi – wprowadzić do muzyki Baroness nową jakość? W końcu sekcja rytmiczna to nie byle co…

Ważne jest to, że udało się nam dogadać muzycznie. Ja i Sebastian pochodzimy z różnych muzycznych bajek i tragedią byłoby, gdybyśmy nie załapali wspólnego pulsu. Wiesz, moimi najlepszymi kumplami byli zawsze perkusiści, zatem i tym razem zażarło, a jeśli sekcja łapie dobry timing, reszta jest już bardzo łatwa. Pytasz zapewne o porównanie z naszymi poprzednikami. Myślę, że wnieśliśmy nieco więcej jazzrockowego ducha – ja swoim sposobem budowania figur rytmicznych, Sebastian umiejętnością grania tzw. „kolorowego”. Jego bębnienie jest niesłychanie melodyjne a to powoduje, że przestaje być jedynie filarem rytmicznym i ma duży wpływ na brzmienie zespołu. Ja z kolei proponowałem, szczególnie na etapie konstruowania nowych numerów, taki bardziej improwizowany sposób pracy – jamowanie i wsłuchiwanie się co z tego wyniknie. Kilka tematów powstało właśnie w ten sposób, choć oczywiście koncepcja nadrzędna była podstawą. Wtopiliśmy się w koncepcję Johna idealnie, co do tego nie mam wątpliwości, choć byłbym zarozumiały twierdząc, że teraz Baroness jest lepszy… Ok, w sumie jest (śmiech)…

LiveCo jest Twoim zdaniem, największą zaletą „Purple”?

Gitarowe duety Johna  i Petera. Kiedy porównuję to co robili na poprzednich płytach z  „Purple”, słyszę ogromny ładunek emocjonalny, to wyjątkowy duet. Są świetne harmonie, zapętlające się dźwięki, które w ciekawy sposób rozwijają się w każdym numerze. Posłuchaj pod tym kątem np. „Morningstar”. To moja ulubiona piosenka. Ten riff jest po prostu niesamowity. Nie wspominam o „Chlorine&Wine”, bo ten numer staje się zdecydowanym koniem pociągowym nie tyle płyty, ale i koncertów. Peter i John grają ze sobą ładnych parę lat i byłem pod dużym wrażeniem, słysząc jak niesamowicie uzupełniają swoje brzmienie. Są prawdziwymi syjamskimi gitarzystami (śmiech).

Na koniec zdradź mi  – jakie jest najlepsze miejsce do grania koncertów i z kim można wytrzymać na trasie?

Ok, miejsce – Brazylia. Zdecydowanie. Zespoły? Najlepiej dogadywaliśmy się z Mastodon i Gojira. Nie wiem z czego to wynika, ale jeśli zespół jest dobry na scenie, niekoniecznie jest taki poza deskami. W przypadku tych dwóch zespołów geniusz sceniczny przekłada się w 100% na to co dzieje się poza sceną. Uwielbiam te zespoły jako ludzi, bo są niesamowici. Po prostu…

Jaki kolor będzie miała kolejna płyta Baroness?

Biały Album (długi śmiech…)

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Jimmy Hubbard