BANISHER – Nieskażona świadomość, dojrzałość i… betoniarka.

Pogłębiająca się, gatunkowa stagnacja wśród wyznawców połamanych riffów zaprowadziła większość zespołów z tego nurtu w ślepy zaułek. Efekt jest taki, że nadal powstaje wiele płyt inspirowanych twórczością bandów takich jak Hate Eternal lecz większość z nich jest zwyczajnie nudna. A i wśród tuzów gatunku rzeczy wgniatające w ziemię zdarzają się coraz rzadziej.  Można by powiedzieć, że formuła, pomysł na techniczny death metal zwyczajnie się wyczerpał, że zespoły te zatraciły ducha tego czym metal śmierci jest w istocie. Czasem jednak nawet w tym częściowo już zasypanym tunelu pojawi się światełko, które sprawi, że pogląd o wymieraniu technicznych grajków trzeba zweryfikować. Nowe dzieło Banisher to materiał, na który jeszcze chwilę musicie poczekać, ale zaręczam, czekać warto. Oniric Delusions to kawał porządnego, technicznego death metalu, o którym rozmawiałem z gitarzystą Hubertem Więckiem znanym ostatnio jako „sławny basista Decapitated”…

Cześć Hubert, zajawka na muzykę metalową bardzo często dotyczy ludzi bardzo młodych, nastolatków, z czasem proza życia weryfikuje muzyczne „hobby” i ludzie zafascynowani tą muzyką odwracają się od niej. Patrząc na Ciebie widzę, że zamiast odpuścić i zająć się „poważnymi” rzeczami, coraz bardziej angażujesz się w muzykę. Z czego wynika Twoja postawa? Tylko nie opowiadaj mi frazesów, że metal płynie z Twoich żyłach…

Witam! Wydaje mi się, że ciężko jest sobie odpuścić coś, czym zajmowałeś się przez 15 lat, poświęcałeś temu cały wolny czas, wszystkie pieniądze i odmawiałeś sobie wielu przyjemności tylko po to, by w pewnym momencie powiedzieć sobie: ok, wystarczy, czas by z tym skończyć. Jak już się za coś biorę, to chcę to robić najlepiej jak tylko umiem. A że, tym „czymś” było w moim przypadku granie na instrumencie muzyki ekstremalnej (choć w sumie nie tylko), to już inna sprawa.1 Na szczęście, po tych wszystkich ciężkich latach można powiedzieć, że było warto.

Metal to w Twoim odczuciu nadal extremum? W latach 80-tych może i był to szok, ale dziś…?

Wystarczy odpalić sobie ostatnie The Kill albo Revenge by rozwiać wszelkie wątpliwości (śmiech).

Masz w swoim CV współpracę z kilkoma zespołami, aktywnie działasz w Redemptor, swoim Banisher i od niedawna wspierasz koncertowo Decapitated jako basista. Dołączenie do koncertowego składu tych ostatnich traktujesz jako przygodę, okazję do nauki a może jest to doskonała chwila by poznać ludzi z branży, którzy pomogą w promocji Banisher? Zagrałeś już z Decapitated trochę koncertów – jak dziś oceniasz decyzję o dołączeniu do tego zespołu?

To nie jest tak, że dołączyłem do Decap tylko po to, by nabijać hajp swoim macierzystym zespołom – one idą swoją drogą. Wstąpienie w szeregi Decapitated traktuje jako osobisty sukces i spełnienie marzeń, gdyż odkąd pamiętam jest to jeden z moich najulubieńszych zespołów ever, a dziś sam mam okazję być jego częścią. Granie „na doczepkę” nie jest w moim stylu. Jak już wcześniej wspomniałem, we wszystkich rzeczach, a w tym wypadku bandach, w których gram angażuję się w 100% i staram się robić wszystko najlepiej jak potrafię. W chwili obecnej oczywiście Decapitated jest priorytetem. Co nie znaczy, że pozostałe dwa zespoły idą w odstawkę. W tym momencie jesteśmy niespełna trzy miesiące przed wydaniem trzeciego albumu Banisher, oraz w trakcie nagrań nowego krążka Redemptor. Oprócz tego z obydwoma zespołami planujemy krótką trasę po Polsce, która odbędzie się we wrześniu.

W tej chwili jesteś pełnoprawnym członkiem tego zespołu czy tylko muzykiem koncertowym? Mówisz o tym, że Decapitated to jedna z Twoich ulubionych grup, jak w takim razie oceniasz ich ostatnią, w moim odczuciu słabą, płytę? Nie uważasz, że komercjalizacja, złagodzenie stylu trochę stępiły zęby tego zespołu?

Decapitated w tym momencie dąży do stabilizacji składu, a ja dołączając do zespołu chciałem być jego stałym członkiem, a nie muzykiem sesyjnym. Jeżeli chodzi o „Blood Mantrę” – sam na początku poniekąd złapałem się na tym o czym mówisz – singiel spoko, a dalej jakoś tak inaczej, łagodniej. Widzisz, bo wszyscy by chcieli, żeby ten zespół grał w kółko jak na „Nihility” i „Winds of Creation”. A Decap jest takim zespołem, który na każdym kolejnym albumie pokazuje jakieś nowe oblicze, żaden krążek nie jest taki sam. Ja ten album zrozumiałem dopiero w momencie, gdy nauczyłem się grać numery, które na nim są. Poczułem, jaki te kawałki mają groove, jak bujają na koncertach, jak fajnie się je gra. Patrząc przez pryzmat „Nihility” nie da się tego dostrzec.

Głównym powodem naszej rozmowy nie jest to, że znalazłeś się na scenie w ekipie Decapitated a trzeci album Banisher. Płyta jest już gotowa od jakiegoś czasu – uważasz, że to Wasz najlepszy album, który pchnie zespół na nowe tory?

2Jest to zdecydowanie najlepszy album tego zespołu, oraz najlepszy, jaki nagrałem w życiu. Pewnie każdy tak mówi o swoim najnowszym dziele, bo jakby inaczej, ale nie jest to tylko moje zdanie, bo osoby, które słyszały już nowy krążek Banisher również są tego zdania. Nawet ludzie, którzy nie przepadają za tzw. „technicznym death metalem” po przesłuchaniu „Oniric Delusions” są bardzo pozytywnie zaskoczeni i mówią, że nie spodziewali się tak dobrego materiału. Jest to pierwsza płyta którą nagrałem, na której nic mnie nie denerwuje (śmiech) . Jest dobre brzmienie, przemyślane kompozycje, fantastyczne partie perkusji, świetnie zaaranżowane wokale, groove’owe, brutalne i agresywne riffy, melodyjne solosy, a jednocześnie nie ma „technicznych onanizmów gitarowych”, niepotrzebnych popisów i wyścigów, na których w dzisiejszych czasach bardzo często skupiają się zespoły grające podobną muzykę. Na tej płycie wszystko się zgadza, uważam, że jest to nasz najbardziej dojrzały album pod każdym względem.

Płyt z muzyką tego rodzaju ciągle ukazuje się bardzo dużo. Właściwie to nie da się policzyć kolejnych  klonów Hate Eternal czy Gorguts, które poza odgrzewaniem pomysłów mistrzów gatunku nie mają nic do powiedzenia. Wspomniałeś o dojrzałości i to jest moim zdaniem aspekt, który sprawia, że „Oniric Delusions” jest płytą mocną i wyróżniającą się w zalewającej death-scenę nijakości. Co Twoim zdaniem buduje muzyczną dojrzałość twórcy?

Jest wiele czynników składających się na budowanie muzycznej dojrzałości. Na pewno to nie jest tak, że dojrzałość = wiek, z czym wiele osób sobie to przyrównuje. Dla mnie jest to samodoskonalenie muzyczne, które opiera się na graniu z muzykami lepszymi od siebie, tysiącami godzin poświęconymi na pracę z instrumentem, słuchaniem muzyki (nie tylko jednego gatunku), analizowaniem jej, oraz przede wszystkim SŁUCHANIEM tego, co się gra, w jaki sposób. I to co jest najtrudniejsze – znalezienie w tym wszystkim swojego stylu. Tego się nie da nauczyć w żadnej szkole. To jest część Ciebie, mikstura tego czego słuchasz, jakim jesteś człowiekiem oraz tego, w jaki sposób przenosisz to na instrument.

Nieskażona świadomość, dojrzałość i… betoniarka

Nieskażona świadomość, dojrzałość i… betoniarka

Podoba mi się też to, że w tych nowych dźwiękach Banisher unikacie przesady. Jak na techniczne, poplątane granie można powiedzieć, że jest to materiał bardzo dosadny. Taki był Wasz cel, nagrać wielowątkową płytę, która nie straci ducha death metalowej brutalności?

Celem było stworzenie dobrze zaaranżowanej, przemyślanej i spójnej muzy, jednocześnie nie tracąc przy tym na brutalności, agresji i ekstremie. Technika to tylko narzędzie potrzebne do tego, by można było odegrać to, co ma się w głowie, a nie jest celem sama w sobie. Najważniejsze jest to, by muzyka jako całość miała sens, chwytliwe momenty, zostawała w głowie, a nie była tylko skondensowaną chłostą, z której na dłuższą metę nic nie wynika.

No tak, wystarczy przecież posłuchać tego co z techniką czynił lider niezapomnianego Death. Wiesz, wydaje mi się, że wraz z trzecią płytą przestaliście oglądać się na mistrzów gatunku, kanony, mody co dało naprawdę niezły i świeży efekt. Jaki jest Twój stosunek do inspiracji? Uważasz, że dziś da się stworzyć metalowy album, który nie będzie podobny do płyty nagranej X lat temu?

Inspiracją do tworzenia muzyki może być dosłownie wszystko. Nie tylko muzyka. Możesz mieć na przykład zły dzień w pracy, wracasz do domu i całą tę złą energię wypluwasz z siebie w postaci nowego riffu czy nawet numeru. Błędną drogą jest „inspirowanie się” w stylu: „hej, teraz to jest modne, wszyscy lubimy takie granie, grajmy tak samo, to na pewno będzie dobre”. Podobieństwa w muzyce zawsze były i będą, to jest nieuniknione, co akurat moim zdaniem nie koniecznie musi się 3przekładać na świadome „kopiowanie” czy „zrzynanie” z innych artystów. No chyba, że ktoś to robi celowo… Niektóre rzeczy po prostu mogą brzmieć podobnie, a my nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Pamiętam, jak kiedyś za młokosa graliśmy próby na słynnych garażach WSK w Rzeszowie i wyszliśmy sobie na zewnątrz na przerwę. W pewnym momencie słyszymy, że coś tam się tłucze w innym garażu dwie alejki dalej. „Tej, chodźcie sprawdzimy co to za zespół, może fajnie mielą”. Po czym poszliśmy w stronę owego hałasu. Okazało się, że to była betoniarka (śmiech).

Betoniarka, mówisz? Równie dobrze mogła to być próba Autopsy (śmiech)!  „Oniric Delusions” to materiał dojrzały nie tylko od strony kompozycyjnej. Uwagę zwraca też bardzo selektywne i mocne brzmienie oraz… świetna okładka. Proces produkcji, szukanie właściwego soundu przebiegał gładko czy może tym raz męczyliście się i efekt jest wynikiem katorżniczych nakładów pracy?

Proces produkcji płyty mocno rozłożył się w czasie, gdyż po nagraniu wszystkich instrumentów z zespołu odszedł wokalista. Znalezienie następcy Tytusa zajęło nam grubo ponad pół roku, ale w tym czasie mieliśmy okazję odpocząć od tego materiału i po roku czasu podejść do niego „na świeżo”. Samo nagranie wszystkich śladów zajęło nam łącznie mniej niż 10 dni. Praca nad miksem i soundem zajęła nam 3 miesiące. Nie wiem, czy to długo, czy nie, ale wałkowaliśmy tę płytę aż do momentu, gdzie absolutnie wszystko, każda sekunda materiału będzie się zgadzać. A nie było to łatwe, bo cały proces produkcji odbywał się drogą korespondencyjną, czyli – dostajemy wstępny miks, słuchamy i odsyłamy z uwagami. „Mniej stopy, wincyj werbla, w 1:23 nie słychać krowioka na blaście, solufka za głośno, pod koniec frazy za bardzo przyciąłeś „UGLAH”, bentony miały być w panoramie, bas za mało mlaszczy” – i tak to momentu aż nikt nic nie wyłapie (śmiech).

Tak jak wspominałem, na tle poprzednich płyt Banisher cover „Oniric Delusions” robi doskonałe wrażenie. W jaki sposób obraz ten koresponduje z treścią albumu od strony tekstowej?

Teksty na Oniric Delusions dotyczą tematów nocnych marów i wpływu podświadomości na ludzkie życie. To ona sprawia, że odczuwamy niepokój, strach, skłania nas do czynienia zła lub dobra i kształtuje naszą osobowość. Na okładce „Oniric Delusions” można dostrzec otoczoną białą aurą postać, która symbolizuje nowonarodzoną, nieskażoną świadomość człowieka. Natomiast z drugiej strony pokazany jest twór, który oznacza wszystkie nasze lęki, nienawiść. Każdy negatywny aspekt, który czyni nas tym czym jesteśmy. Konfrontacja tych dwóch metaforycznych postaci jest tym co kształtuje nas, jako istoty ludzkie.

Premiera płyty zaraz po wakacjach a wydaniem zajmie się wracająca do życia Deformaething Productions – zespołowi takiemu jak Banisher potrzebny jest dziś wydawca? Wiele kapel świetnie radzi sobie biorąc cały proces we własne ręce…

Wydaje mi się, że jest potrzebny. Wolę mieć kogoś, kto się zna na tym lepiej, zajmie się dystrybucją, reklamą, PR’em, produkcją i promocją. Oczywiście, wszystko we współpracy z kapelą. W tym momencie dla nas będzie tak lepiej. Mi wystarczy, że zajmuję się pisaniem muzy, bookingiem, prowadzeniem facebooków, logistyką i trzymaniem całego bandu w ryzach.

4Na początku naszej pogawędki wspomniałeś o tym, że na wrzesień planujecie krótką trasę koncertową wraz z Redemptor, możesz zdradzić więcej szczegółów?

Planujemy 6 koncertów, dwa weekendy, 4 zespoły. Oficjalne info o trasie ogłosimy na przełomie czerwca/lipca, jak wszystko będziemy mieli potwierdzone na 100%.

Na zakończenie pytanie za sto punktów – uważasz, że nowa płyta pozwoli Wam zaistnieć również poza granicami Polski? Moim zdaniem „Oniric Delusions” to poziom, który bez wstydu można prezentować na europejskich scenach…  Dzięki za rozmowę!

Myślę, że jeśli mądrze rozegramy całą kampanię promocyjną, to jest jakaś szansa. Banisher za granicą wbrew pozorom radzi sobie całkiem nieźle. Po wydaniu „Scarcity” wpadło nam kilka na prawdę mocnych strzałów, typu Metal Blast w Egipcie, Inferno w Norwegii, Flesh Party na Słowacji, Gahlenmoscht w Niemczech, dwie trasy po Europie Zachodniej/Środkowej, było tego trochę. Mam nadzieję, że „Oniric Delusions” będzie przełomowym albumem w historii tego zespołu i pozwoli nam pójść o krok dalej. Niestety, to wszystko wymaga czasu i cierpliwości, ale najważniejsze jest to, by zespół robił swoje i szedł do przodu. A uważam, że z roku na rok jest coraz lepiej i chciałbym, aby ten progres się utrzymał.

Rozmawiał Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: DominikaSwr Photography