BAD LIGHT DISTRICT – lepiej odjąć niż dodać

Nie wiem, gdzie się schowali, że wcześniej do nich nie dotarłem. Pewnie gdzieś w… Krakowie.  Nic tak nie poprawia humoru, jak odkrycie kolejnej załogi, która zamiast grać metal, punk czy jeszcze coś równie oczywistego, na swojej trzeciej płycie Science of Dreams tłucze wyspiarskiego, zmanierowanego rocka, z psychodelicznymi naleciałościami, ponurym fochem i popowym sznytem. Czyli piosenki bez refrenów i świetne melodie wprost z zimnych czeluści, gdzie karty rozdaje czort. To jedynie punkt wyjścia, bo choć słychać tu chociażby The National i okolice, to jednak Bad Light District mają w sobie więcej pogody ducha i zadziora, klimatyczne frazy przełamują na ostrym zgrzytem, potrafią zagrać transowo, oszczędnie i jednym dźwiękiem kupić słuchacza. Słowem – mają talent i pomysł na swoje granie. A to wszystko powoduje, że czym prędzej skontaktowałem się z zespołem, w imieniu którego udzielał się basista Łukasz Lembas.

Muszę przyznać, że Wasza płyta bardzo przypadła mi do gustu, choć obiektywnie stwierdzam, że gracie muzykę, która w Polsce zbytnio się nie przyjęła. Jak myślisz – dlaczego indie rock czy pochodne np. Joy Division ciągle traktowane są jakoś podejrzliwie? Czy dlatego, że wysmakowany smutek cały czas kojarzy się nam z wizytą w gabinecie psychiatrycznym??

Ha, być może! Ale tak poważnie, pewnie można by wskazać kilka czynników, chociaż nie zastanawiałem się nad tym nigdy na poważnie. Jest niezliczona ilość kapel na całym świecie, które z jakichś dziwnych przyczyn się nie przyjęły, nie zważając na czas i miejsce. A może po prostu Polska to kraj uśmiechniętych ludzi?09a

To właśnie paradoks. Co ciekawe, smutna muzyka była modna – choć w innym charakterze – w latach 80 – tych. Teraz takie granie często określane jest mianem niemęskiego. Zapytam z ciekawości – czy spotkały Was z racji granej muzyki, jakieś ciekawe czy dziwne reakcje?

Pewnie dlatego, że termin męskiego grania został w pewnym sensie zawłaszczony, więc jak się nie gra „pod szyldem„, można się automatycznie zaliczyć do grania niemęskiego. A co do reakcji… niedawno po koncercie ktoś powiedział, że nie brzmimy jak krakowski zespół, ale nikt się nie popłakał.

Ten ktoś był pewnie z Warszawy. Teraz bardziej standardowo – coś na temat historii zespołu – jak zaczęła się Wasza przygoda?

Historia zespołu to suma świetnych przypadków. Michał Smolicki zawsze miał dość pokaźną ilość solowych projektów. Nagrywał na potęgę pod różnymi szyldami, wrzucał w sieć i tak kończyła się zazwyczaj kariera projektu. Bad Light District też było trochę takim projektem, ale to akurat siadło na podatny grunt wśród znajomych. Kiedy pojawiła się płyta „Simplifications”, to grupa ludzi, z którymi Michał grywał na perkusji, w tym ze mną, była po sporym wrażeniem i to nie tylko dlatego, że chwycił on za gitarę i zaczął śpiewać. Michał chcąc koncertować, konsekwentnie angażował kolejnych ludzi i na razie skończyło się na pięcioosobowym składzie. W czwórkę zdążyliśmy jeszcze nagrać drugą płytę…

Rozumiem, że uwierzyliście w sukces tego projektu. Myślisz, że pojawiliście się na scenie w dobrym momencie?

My w zasadzie zaczęliśmy regularnie grać, jak mało kto jeszcze o „Simplifications” pamiętał. Kiedy zaczynaliśmy, to dla mnie był to jeden z trzech zespołów. Wszyscy pozostali też cały czas grali w innych składach, więc moment był akurat przypadkowy – to jedna z tych sytuacji, że prawie w jednym momencie wszystkie pozostałe zespoły zawiesiły działalność i skupiliśmy się na Bad Light District. Poza tym, momentu nie można wybrać – albo się to robi, albo się rezygnuje.

Kilka słów na temat Nothing Serious – jak z dzisiejszej perspektywy podchodzicie do tej płyty?

Pewnie każdy by powiedział coś innego na jej temat. Najlepiej można by spytać Maćka Kozłowskiego, który na tej płycie nie grał. Pewnie byłby najbardziej obiektywny w jej ocenie. Dla mnie to był ważny punkt, ale chyba wszyscy doszliśmy do wniosku, że chcemy eksperymentować i nie oglądać się za siebie. Dlatego też raczej poszukujemy nowych rozwiązań, więc traktujemy ją jako część swojej historii. Zapis jakiegoś procesu, który miał miejsce w przeszłości. Jeszcze przed premierą nowej płyty mieliśmy dużą frajdę z grania materiału, którego nikt nie znał. To jest najlepszy moment dla muzyki granie jej na żywo, bo płyta to zapis emocji.

Nowa płyta, co mi się bardzo podoba, to – jak sam mówisz – emocjonalne piosenki, ale grane na transową modłę, poza systemem „zwrotka – refren”. Wnioskuję, że powstały w wyniku chronicznego wpędzania się w hipnotyczny stan na sali prób?

Strzeliłeś w dychę. Dużą uwagę skupiliśmy na brzmieniu i poszukiwaniu tego odpowiedniego dla nas. Na próbach było więc dużo dyskusji poprzecinanych dzikimi, transowymi improwizacjami. To był dziwny proces merytorycznych gadek i wspomnianego wpędzania się w hipnozę. Niektóre te, powiedzmy, piosenki powstawały bardzo szybko, a przy niektórych dłubaliśmy do samego końca czyli do nagrania. Całe szczęście, że mogliśmy sobie rejestrować próby, bo wiele było momentów, które wyłapaliśmy po czasie i z których coś powstało. Oczywiście, trochę pomysłów poszło do kosza, ale raczej wyznajemy zasadę „less is more”.

lepiej odjąć niż dodać

lepiej odjąć niż dodać

Uderzająca jest prostota, oszczędne dźwięki, z których wyciągacie piorunującą esencję – np. mój ulubiony „El Pato”. Słuchając tego utworu zastanawiam się, czy komponowaniu towarzyszy proces stopniowego odsysania dźwięków? Kiedyś ktoś powiedział, że pisanie wiersza to przede wszystkim wyrzucanie z niego wszystkich, zbędnych słów…

„El Pato” to akurat wzorowy przykład nie tyle wyrzucania dźwięków, ile nieśpiesznego tworzenia, żeby w ferworze dorzucania kolejnych, przypadkiem nie utracić jakichś emocji czy szczególnych drgań wynikających z nawet jednego dźwięku. Faktem jest jednak to, że czasem woleliśmy odjąć niż dodać. Ważna jest świadomość, że skoro jest nas pięciu, to nie znaczy, że każdy z nas musi w danym momencie grać. To się chyba dynamika nazywa. Zresztą, odsysanie dźwięków to faktycznie ekstra metoda tworzenia, bo zazwyczaj ten proces jest odwrotny. Winyle puszczane od tyłu miały ponoć satanistyczny przekaz, więc może odwrócenie procesu twórczego też może przynieść szatański efekt?!

Jest w tej muzyce jakaś tajemnica, deszczowy klimat, mrok. Wspomniałem kiedyś o The National. Gdzieś tam pobłyskuje Editors, ale jest też psychodeliczny dreszczyk… Słowem, sam miód. Podejrzewam jednak, że to tylko mój punkt widzenia – jakie zatem inspiracje doprowadziły Was do tego momentu, w którym powstał „Science of Dreams”?

To jest pewnie jakiś rodzaj dziwnej konsekwencji. „Nothing Serious” nagrywaliśmy we czwórkę, ale graliśmy chyba więcej dźwięków. Były zwrotki i refreny, których teraz prawie nie ma. W piątkę zaczęliśmy grać mniej, a bardziej transowo. Trudno powiedzieć, z czego to dokładnie wynika, ale doszliśmy do wniosku, że można inaczej niż dotychczas budować kompozycje. Dlatego też z tego odejmowania dźwięków powstał trans, choć nie był on jakoś szczególnie zamierzony. A co do inspiracji, to oczywiście dużo transowych rzeczy też słuchamy – od techno po Swans, więc pewnie wszystko w jakimś stopniu ma odzwierciedlenie w dźwiękach. Nad tym jednak nie zawsze do końca świadomie panujemy.

Kolejnym, „dużym” utworem jest „Spiritual Machnes”, w którym stajecie w pobliżu chociażby Kristen. Psychodelia pełną gębą. Czy taki utwór ma tendencje progresywne – znaczy, czy na koncertach z minuty robi się np .15?

No tak, chyba się robi, chociaż nie patrzymy na zegarki, jak gramy. To jest dość otwarta formuła i widzę, że w dużej mierze takie rzeczy trzymają nas przy życiu. Możliwość zachowania szkieletu utworu, ale jednocześnie możliwość zagrania go inaczej niż zazwyczaj to ekscytująca sprawa. Sztuką jest coś dobrze odegrać, a fajnie jest bawić się formą. To tak jak np. z dopisywaniem alternatywnych zakończeń w filmach czy książkach. To nęci i jednocześnie pozwala zachować świeżość. Oczywiście, czasem też zdarza nam się zbłądzić, ale traktujemy to wówczas jako dobry materiał analityczny. My się chyba wyzbyliśmy postrzegania piosenek jako takich w jakiejś konkretnej formule. Pewnie dlatego, że „Science of Dreams” to w lwiej części wynik wspólnej pracy na próbach, może poza „Yesteday’s Snow”, ale ze względu na brzmienie ten numer zyskał diametralnie inny charakter. To takie dziwne zestawienie transu i progresywności – gramy transowo, ale cały czas coś w tym czasie zmieniamy.live

Kolejny element płyty, który „robi” bardzo dobrze to brzmienie – totalnie nie – polskie, miękkie i aksamitne. Gdzie się coś takiego znajduje? Kwestia sprzętu, instrumentów, strojenia bębnów?

Tu raczej nie ma kompromisów. Brzmienie to efekt nagrania na żywo, ale na pewno też konsekwentnego kompletowania sprzętu; mamy jakąś słabość do analogowego brzmienia, to jedno. Płytę nagraliśmy praktycznie w dwa dni w Owczarach pod Krakowem w świetnej i jeszcze wówczas pachnącej nowością przestrzeni w studiu u Marcina Prusiewicza. Marcin stworzył 0pomieszczenie, które docelowo miało służyć do nagrań na żywo; w pewnym sensie pełniliśmy tam rolę królika doświadczalnego, ale udało nam się wyjść obronną ręką z tego procesu głównie dzięki temu, że do studia wchodziliśmy z mocno określonym wyobrażeniem nagrania i z mocno zdefiniowanym brzmieniem. Marcin ustawił mikrofony i po prostu pozwolił nam grać. Czujnie panował nad całym procesem, ale nie chciał zaburzać tej specyfiki nagrania na setkę, myślę więc, że jeśli realizator/producent nagrania i zespół dążą do jednego to finalnie efekt jest lepszy. My mieliśmy takie szczęście.

Na koniec odpowiedz na dwa standardowe pytania – po pierwsze – co zamierzacie zrobić i jak wypromować tak świetną płytę, oraz: dlaczego krakusy nie lubią warszawiaków?

Promocja to może w naszym przypadku za duże słowo, ale pewnie zagramy jakieś koncerty. Działamy raczej punkowo, czyli bez menedżera, na zasadzie pospolitego ruszenia. Do telewizji się nie wybieramy, więc koncerty pozostają jedyną, słuszną formą promocji, a zarazem czystą przyjemnością. Nie widzę innych sensownych form promocji dla nas niż koncerty, ale jakbyś miał jakiś pomysł to chętnie rozważymy. A z tymi warszawiakami i krakusami to pytanie, które będzie wracać jak bumerang i nikt na nie nigdy sensownie nie odpowie. Pewnie zazdrość. Warszawiacy na pewno zazdroszczą nam smogu, my im też pewnie możemy wielu rzeczy zazdrościć. Ale to generalnie to taki konflikt na pokaz, bo hejt się lepiej sprzedaje.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu