AVIAIRES – Nic na siłę

Nowa twarz, stara muzyka, współczesny punkt widzenia. Wrocławski Aviaries to kolejny krok w stronę łączenia gatunków, gdzie wspólnym mianownikiem pozostaje mroczny klimat i raczej niskie temperatury. Niby nic nowego, ale w ostatnich latach zapotrzebowanie na pozornie niepotrzebną muzykę bardzo wzrosło. Wrocławianie wychodzą naprzeciw sentymentom, ale – na całe szczęście – w jakiś zmyślny sposób łączą to co stare z nowoczesnym brzmieniem i niegłupim aranżem. Czy to dopiero początek i czy jeszcze usłyszymy o tej czwórce? Miejmy nadzieje, że tak. Na pytania odpowiadał Mark Magick.

Słuchając waszej płyty doszedłem do wniosku, że Polacy lubią smutną muzę. Co takiego pociągającego jest w mrocznych, minorowych klimatach?











Smutek jest bardzo inspirujący. Każdy z nas od zawsze obracał się w posępnych brzmieniach. Słuchamy różnej muzyki, ale zawsze jest w niej to zawarte to ziarnoA live 2 smutku…

Ziarno to mało powiedziane. Co ciekawe, ów smutek pochodzi z bardzo różnych okresów bo jest i nowa fala, post punk czy gotyk, ale też i neo gaze. Gdzie czujecie się najlepiej? W 85 roku,  95 czy może… w dzisiejszych, max eklektycznych czasach?




 











Tworząc ten projekt nie zakładaliśmy, że będzie to post-punk czy new-wave. Miała być to bardziej forma burzy mózgów, miejsce gdzie każdy będzie mógł wyrzucić z siebie to co mu w duszy zagra. I myślę, że właśnie stąd bierze się ten eklektyzm w naszej muzyce. Każdy z nas inspiruje się czym zupełnie odmiennym. Faktem jest, że to gitarowe riffy Krzyśka napędzają całość, a to właśnie on jest najbardziej za pan brat z brzmieniami lat 80-tych (wielki fan The Cure).

Okładka

AVIARIES – s/t Gdzieś wyczytałem, że to najmniej wakacyjna płyta roku. Błąd. I to duży – zważywszy na jakość tegorocznego lata, które w zasadzie jest wkurwiającą zołzą, fundującą pogodową huśtawkę i wieczne lawirowanie między dusznym powietrzem a gwałtownymi ulewami. Można siąść przy kominku, otworzyć winko i klnąc na „nie – letnią” aurę oddać się rozmyślaniom podczas lektury 34 – minutowego debiutu Aviaries. Posiadającego, nawiasem mówiąc, idealną na ten czas okładkę…   Ponura muzyka, korzeniami tkwiąca w minionych dekadach, kiedy rodził się postpunk i pierwsze gotki wychodziły ze swoich pieczar. Sporo różnych inspiracji tu znajdziemy, ale trzeba przyznać, że wszystko jest spięte klamrą niegłupich aranżacji i mocnego, rytmicznego kontekstu. Słucha się zatem Aviaries bez spiny, lekko, jeśli komuś są oczywiście bliskie spotkania z muzyką takich wykonawców jak The Cure czy Bauhaus. Pojawiają się też skojarzenia z shoegaze, ale w tym przypadku chodzi raczej o klimacik i pewne zwroty melodyczne niż dosłowne nawiązania do tego gatunku. Najbardziej podoba mi się równy poziom i umiarkowanie zespołu. Wydając swój debiut nie zaszalał, zamieszczając na nim np. wszystkie swoje nagrania plus dema sprzed dekady, ale przygotował zwięzłą, spójną koncepcyjnie porcję muzyki, która nie męczy, a wręcz przeciwnie – funduje przyjemny niedosyt. Jednocześnie – o czym zresztą jest w wywiadzie – zespół otwiera sobie asekuracyjnie sporo furtek, stąd też trudno wyrokować, gdzie będzie się znajdował za rok czy dwa. Choć ponoć mrok będzie nadal. Mamy zatem i wyprawy w stronę post rocka („Blindfold”), jest dużo gotyku w brzmieniach elektroniki, choć podanej w nowoczesny, strawny sposób. Momentami robi się całkiem ciężko, jednak zespół zręcznie unika posądzeń o skłonności w stronę metalu, skupiając się raczej na piętrzeniu chmur i poczucia zagrożenia. A może rezygnacji i smutku? Aviaries dużo miesza też w brzmieniach, deformuje wokale, łączy syntetyki z świetnym pulsem basu, czasami brzmi organicznie to znowu kłania się motorycznym, mechanicznym niemal pompowaniem. Najważniejszy jest zaś klimat, i choć słowo to zostało już wielokrotnie zgwałcone, akurat w przypadku takich płyt ma spory sens. Najważniejsze, że Aviaries unika przaśnej pretensjonalności, o którą w tej stylistyce bardzo łatwo. Ok, może momentami balansuje na granicy, ale posmak leciutkiego kiczu jest tu wręcz pożądany. Płyta szybko mija i pojawia się zaskoczenie – to już koniec? Szkoda, czekam na więcej…

Wspomniałem jednak o shoegaze nie bez kozery – „smutne” ruchy cieszą się obecnie dużą popularnością i nie tylko jako swego rodzaju sentymentalny karnawał. Joy Division, wspomniany Cure, post punk itp., ale też sporo zespołów działających tylko w oparciu o te pomysły swobodnie je rozwijające. Tak jak Wy. Jak zatem definiujecie swoją muzykę? Jest jakaś jedna szufladka czy będziecie się od niej wykręcać?

Pamiętam, że na początku bardzo szybko przyczepiono nam łatkę polskiego The Soft Moon. Później, chcąc – nie chcąc, pogłębiliśmy zaszufladkowanie do gotyckich brzmień występując na festiwalu Return To The Batcave czy grając wspólne koncerty z zespołami ze stajni „zimnego brzmienia”. Teraz już się nie bronimy przed żadną szufladką. Nie próbujemy też jakoś definiować swojej muzyki bo nie chcemy się ograniczać. Kolejna płyta to może być nagły zwrot wydarzeń i co wtedy (śmiech)?

A wtedy odezwie się typowe, polskie podejście do stereotypu – jak to, przecież oni grają gotyk a teraz co??! To właśnie jest w naszym kraju bolesne. Nie boicie się czegoś takiego?











Nie boimy się. To będzie bardzo samolubne co powiem, ale tworzymy muzykę głównie dla siebie. To, że komuś się to podoba i potrafi się z tym utożsamić jest piękne i bardzo to doceniamy. To, że nasza pierwsza płyta jest osadzona w takich gatunkach nie powinno być dla nikogo obietnicą. Możliwe, że by dotrzeć do drugiego albumu zawrócimy albo zboczymy z drogi i to wcale nie znaczy, że nie będzie to krok naprzód.

Pokrętne bo otwiera wam wszystkie furtki he, he… Ale ten mrok nie jest przypadkiem li tylko? A jeśli nie, to tak z czystej ciekawości – zdradźcie czy jakieś współczesne kapele eksplorujące smutki są Wam bliskie?

   

Ciężko mi odpowiadać za wszystkich członków, ale na pewno w czołówce byłby wspomniany już Soft Moon. Oprócz tego mniej znane Implodes i The Swarm Of The Sun. Starsze albumy Katatonii czy God Is An Astronaut, Cult of Luna. Dużo post-rocka. Ale słuchamy też np. Dinosaur Jr., Brand New, O’Brother. Nowe The Black Queen czy Baasch. Słuchamy nowej elektroniki czy synth popu, gdzie smutek jest ubrany w inną sukienkę. 
Mogę to jeszcze uzupełnić o Nothing, Godspeed You! Black Emperor, Chelsea Wolfe. W zasadzie można by wymieniać bez końca (śmiech)…

Czyli jednak shoegaze he, he. Jest coś na rzeczy bo to określenie często się w waszym kontekście pojawia… Na koncie macie debiutancki materiał –  czy to wybór materiału czy zwarta całość?

Jasne, że shoegaze! Wcale się przed nim nie bronimy. I tu powraca problem szufladkowania. Bo gdybyśmy promując się chcieli wymieniać wszystkie gatunki jakie są zawarte na albumie, nikt tak naprawdę nie wiedziałby co gramy. Shoegaze czy noise to coś co lubimy, na płycie jest dużo shoegaze’owych gitar. 
Materiał, który znalazł się na albumie można traktować jako zwartą całość. Jest spójny jeśli chodzi o czas jego powstania i zawarte w nim emocje. Mieliśmy więcej utworów, ale nie chcieliśmy dokładać nic na siłę.

Nic na siłę

Nic na siłę

W sumie szkoda bo ze dwa dodatkowe by się przydały. Mówisz o emocjach a stąd już niedaleko do treści utworów. W jakiejś recenzji sugerowano, że warstwa wokalna jest nieistotna bo została wycofana w stosunku do muzyki. Co wy na to?











Nie zgadzam się. Wokal w naszej muzyce nie wiedzie prymu bo potraktowaliśmy go jako kolejny instrument, a nie rzecz przewodnią. Wycofanie jest celowe, ale to nie znaczy, że warstwa liryczna jest nieistotna. Teksty są gorzkie i bardzo osobiste.

Czyli nie ma dla nas nadziei?











Zdecydowanie nie (śmiech).

Nie ma nadziei/osobiste słowa/gramy dla siebie. Wiesz, to dobrze brzmi, ale w temacie promocyjnym…. Bo jednak chcecie się pokazać publiczności, nieprawdaż? Jakie zatem ruchy promocyjne przewidujecie, żeby być zgodnym z własnym sumieniem?











Wiesz, ten materiał powstał bardzo naturalnie ponieważ w momencie jego powstawania nikt z nas nie myślał pod kątem szukania wytwórni, nawet nie spodziewaliśmy się, że to się ukaże w takiej formie. Nie czujemy potrzeby aby ten materiał w tym momencie jakoś „odsmutniać” w wywiadach bo taki po prostu nie jest. Gdybyśmy zrobili inaczej to wtedy można by mówić o niezgodzie z własnym sumieniem. Nie jest tak, że chodzimy ze zwieszonymi głowami 24 godziny na dobę. Muzyka jest miejscem do oddania osobistych, często skrajnych emocji i tak właśnie robimy.
 Co do koncertów i promocji – zdajemy sobie sprawę z tego, że nie będziemy sprzedawać stadionów i płyta nie pokryje się poczwórną platyną. Mimo to mamy sporo okazji do grania i ludzie chętnie przychodzą na koncerty. Mało tego – feedback po koncertach jest bardzo dobry. Dużą satysfakcję przyniosła nam też sprzedaż i odbiór za granicą.

Czyli co będzie dla Twojego zespołu synonimem sukcesu?











Dla nas sukcesem jest wydany przez Requiem Records album, który znalazł swoich wiernych odbiorców. A do momentu jego wydania nie minął nawet rok odkąd zagraliśmy pierwszy koncert. Wiele zespołów stara się o to długi czas i wielu zespołom nigdy się nie udaje.A live

Skąd wzięła się ta dość intrygująca nazwa? Jaka historia się za nią kryje??











Historia może trochę śmieszna. Marcin, nasz wokalista, pracował kiedyś w Muzeum Sztuki Współczesnej i któregoś razu była tam wystawa czy instalacja artystyczna, której elementem były właśnie woliery (ang. aviaries). Stwierdził, że to fajna nazwa na zespół. Z tym, że to było na długo przed powstaniem Aviaries. Często po prostu wymieniamy się fajnymi pomysłami na nazwy zespołów.

Idziemy do przodu: co planujecie na najbliższe miesiące, zdradźcie swoje plany..











Kończy się wakacyjna przerwa i pojawia się dużo możliwości do grania koncertów. Jesteśmy w trakcie paru rozmów odnośnie koncertów, ale niestety, nie możemy nic ujawniać by nie zapeszyć. Na pewno do końca roku pojawimy się w Warszawie. Zaczynamy też powoli myśleć o nowych utworach i szlifujemy pomysły na próbach.

I ostatnie słowo zostawiam Tobie….











Zapraszam wszystkich do śledzenia naszego Facebooka i na naszego bandcampa, gdzie można również kupić naszą płytę zarówno w formie fizycznej jak i cyfrowej.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Bartłomiej Kalisz