AVE CAESAR – Kręci nas chaos

Duety… W sumie nie wiem, kiedy to się zaczęło. Od White Stripes? A może wcześniej? W każdym razie dzisiaj nikt się już temu nie dziwi, a duety są modne… tyle, że u nasz w Polszcze jakoś nie do końca. Może dlatego, że basista, choć podobnie jak perkusiści traktowany z przymrużeniem oka, musi w zespole jednak być. A jak go nie ma, wszyscy pytają – co, nie znaleźliście odpowiedniego człowieka?! Pytałem zatem i ja wrocławskie duo AveCaesar, głównie na okoliczność wydania ciekawej płyty „Training Fof Utopia”, ale także w temacie ukrywania swoich facjat pod stylowymi maskami.

Słucham waszej płytki i tak się zastanawiam, o co chodzi z tym zakrywaniem twarzy? Dlaczego się chowacie? The Residents już byli!

Silvio: Pomysł taki klarował mi się dłuższy czas: chodzi o zjawiskowość, zawsze kręciły mnie kapele, które do tej warstwy wizualnej na koncertach itd. przykładały jakąś wagę (jak NIN, czy The Cure) a jeśli chodzi o chowanie się – to nie ma dla nas to szczególnego znaczenia, bardziej odnosi się to do sceny – dla mnie to miejsce w pewien sposób szczególne.

Czy oprócz masek są jeszcze jakieś atrybuty kreujące Wasz wizerunek? Co odróżnia Was od „zwykłego” zespołu? Wszystko poza wzmacniaczami i bębnami…

S.: Pomysł był taki, żeby strój był dystyngowany, żeby maski zwierząt połączyć z ubiorem iście z drugiego bieguna – i jakoś to realizujemy. Niekoniecznie chcemy też się odróżniać na siłę od „zwykłego” zespołu – chcemy być częścią sceny, nazwijmy to, gitarowej.

A w dodatku, jak oglądam Wasze zdjęcia, od razu mam skojarzenia z jakąś… sektą. Masonami. Satanistami…

Radek: Tak. Maski miały być też narzędziem służącym do odcięcia się od ego. Stały się elementem spajającym, dającym ujście fantazjom. Stąd np. sesja w zamku, w nieco eleganckich, ale ekscentrycznych strojach. Taka szurnięta dwójka, pławiąca się w luksusie własnego świata.  S.: Radek przyznaj się że jesteś Masonem i po sprawie (śmiech). Skojarzenie z sektą jest moim zdaniem jak najbardziej na miejscu. U nas drzwi są otwarte do tego, żeby się przyłączyć i brać udział w maskaradzie.

Kręci nas chaos

Kręci nas chaos

A propos przyłączenia – znowu duet. Nie wmówicie mi, że nie było na horyzoncie basisty. Co jest z tą „modą” na duety?!

R.: Kiedy zaczynaliśmy, nie widzieliśmy wokoło zbyt wielu duetów. W zasadzie nie było to podyktowane żadną modą. Poznaliśmy się z ogłoszenia. Oboje w podobnym czasie wrzuciliśmy ogłoszenie, że szukamy kogoś do duetu, że chcemy grać dziwne i mocne rzeczy. Znalazłem ogłoszenie Pawła, odezwałem się i „pykło”. Dużo nie trzeba było ustalać, bo oboje szukaliśmy tego samego. Trzeba włożyć dużo siły w to, żeby w dwójkę kopać dupy. Fajnie jest być tylko we dwóch na scenie i sprawiać, że komuś opada kopara. Jest miejsce na muzykę, interakcję i teatralność. Basisty nie było i nie ma na horyzoncie. S.: Tak poza tym, to łatwiejsze logistycznie i bardziej ekonomiczne. R.: Fantastyczna sprawa – polecam każdemu. Koniec z demokracją w zespole. Jest rotacyjny dyktator… S.: Ciekawe… to znaczy, że ja nadal czekam na swoją kolej (śmiech).

Wygoda na pewno – wsiadacie w „malucha” i jedziecie na koncert. Ale jest jednak pewne ograniczenie instrumentalne. Bas daje odpowiedni dół itp. Jak niwelujecie te braki – jakieś efekty, strojenie itp?

S.: Tak, nie stroję się zbyt nisko, o pół tonu niżej, no i jest niezawodne whammy  (efekt gitarowy, przyp. dla laików), poza tym gramy na dwa piece. Jak gramy na żywo to w ogóle nie brakuje mi basu. Staram się zrobić gitarze możliwie największe pole manewru. R.: Ja z kolei lubię przemycać w swoim graniu gęstą stopę i wyżywam się na talerzach ile tylko utwór uniesie. Trzeba iść jak walec! Dobre uderzenie stopą może dać więcej niż najniższy dźwięk na basie.

A skąd pomysł na nazwę zespołu?

S.: Jak każdy zespół chcieliśmy żeby fajnie brzmiała, do tego jest spójna, z poczuciem podległości i tego, że to zauważamy. Co zresztą znajduje potwierdzenie w części tekstów do utworów… R.: Nikomu tak na prawdę nie salutujemy i nie mamy zamiaru salutować.

Wspomnieliście o tekstach. Czy AveCaesar stara się przemycić jakieś mądrości – jest coś takiego jak ideologia AveCaesar?

S.: Wiesz, to oczywistość, ale kręci nas wolność w jak najszerszym wymiarze i próby jej ograniczania, zwyczajnie nas wkurwiają. Poza tym osobiście dotyka mnie przywłaszczanie i marnotrawienie wspólnego dobra, życie na kredyt nie tylko przyszłych „ludzi” ale życia na Ziemi w ogóle (wiem, to górnolotne…). Marnotrawstwo dla komfortu garstki ludzi – to też dobrze łączy się z naszą nazwą.  R.: W tym kontekście moja uwaga o dyktatorze w zespole była niefrasobliwa. Dyktatorów trzeba obalać. AveCaesar ma przypominać o tym, że każde imperium upada.

Myślicie, że możecie dotrzeć swoją muzyką gdzieś dalej niż do klubów w różnych częściach Polski? Obserwując nasz biznes, nietrudno zauważyć, że coś takiego jak siła przebicia raczej jest dość trudna do zdefiniowania w kontekście Polski…

R.: Czas pokaże. Chcemy dotrzeć do jak najszerszego grona. Biznes angażujemy tutaj minimalnie. Głównie chodzi o radość z grania i możliwość uskuteczniania swoich wizji. Dla nas dużym sukcesem będzie, jeżeli będziemy to mogli robić regularnie w klubach w Polsce. Osobiście myślę, że nie jest niczym dyskredytującym to, że zespół gra tylko w Polsce. Nasza rodzima publiczność jest cholernie wymagająca i jeżeli ktoś rusza rodaków na koncerty to ma u mnie szacun. Jak się uda tutaj, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zrobić krok za granicę. Co też zresztą mamy w planach.arystokracja

Jak wygląda bilans zysków i strat, jeśli chodzi o koncertowanie w Polsce?

S.: Artystycznie – mega nas to kręci, każdy koncert to przeżycie. Jeśli chodzi o ilości, możliwości koncertowe, to nie jesteśmy „wrośnięci” w jakąś konkretną scenę, jak nie spojrzysz to zawsze trochę z boku. Stąd też nie możemy wskoczyć do już rozpędzonego pociągu, tylko sami mozolnie rozpędzamy własny – co sprawia jakieś tam trudności.

Czyli ile sztuk za wami?

S.: Czekaj… zero spuszczam, dwa w pamięci… minus jeden jakoś… 8, 7? Koncertowo aktywni jesteśmy od ośmiu miesięcy.

Ok, zatem wszystko przed Wami. A teraz muzyka. I tu znowu mam przed sobą niezmierzone otchłanie alternatywy lat 90. Bo W waszej muzyce słychać właśnie te jakże lubianą, zgrzytliwą melancholię złotej dekady noise…

S.: Tak, to jakaś tam wypadkowa naszych fascynacji i umiejętności… Może jest tak, że noise wychodzi nam najłatwiej. Ale jak słyszysz na „Training for Utopia”, lubimy „piosenkową” formę, a melancholia… hmmm… jak wymyślamy numery to się nad tym nie zastanawiamy… R.: Jakoś sama wychodzi. Przez tą całą wściekłość? To gdzieś musi znaleźć ujście. Kręci nas chaos. Zdecydowanie od niego wszystko się zaczyna.

Taining for Utopia

AVE CAESARTraining for Utopia W zasadzie, co ciekawe, sensacja kończy się po odpaleniu płyty. Nie widzimy masek ani dwóch osób na scenie. Słyszymy muzykę, która brzmi soczyście, niczego jej nie brakuje… Myślę, że zespół celowo tak ustawił brzmienie, by nie prowokować tekstów typu „nie ma basu” albo „nie ma głębi” czy coś w tym stylu. Nie wiem, jak muzyka zabrzmi na koncercie, ale płyta nie daje uczucia niedosytu. Oczywiście, nie ma też mowy o specjalnych fajerwerkach aranżacyjnych. Być może ten fakt pozwala skupić się na meritum – rytmie, brzmieniu gitary i głosie. Zespół wyraźnie lokalizuje swoje fascynacje gdzieś w okolicach roku 93. Jest zgrzytliwy hałas, odrobina kakofonii po linii noise’owych zaprzańców a nade wszystko masa melancholii, charakterystycznej dla ekipy Mascisa czy wykonawców pokroju Seam. Zespół potrafi budować napięcie („Wide” z długim, psychodelicznym wstępem…), ładnie lawiruje między wrzaskiem a zawodzeniem a la K. Cobain („Remnants”), czasami dosłownie traktując spuściznę Nirvany („Puristic Homeland”), zawsze jednak zachowuje wiarygodność, szczególnie w takich numerach jak „Desperate Times”, który staje się dla nich – z mojego punktu widzenia – ścieżką godną uwagi na przyszłość. Z drugiej strony – kto dzisiaj jest w stanie odkryć coś nowego? Nie wiem, czy dla AveCaesar nie będzie obraźliwe wpisanie ich w poczet wykonawców oddających hołd wiadomej dekadzie, ale płyta jest przyjemnie bezpretensjonalna, nosi wszystkie potrzebne cechy osobowościowe a drogowskazy, jeśli nawet są wyraźne, ujmy im nie przynoszą.

 

Kto był bezpośrednią inspiracją, czy może raczej, kto oddziaływał na Was, jako twórców? Bo na Waszej płycie słyszę bardzo wiele przenikających się tropów…

R.: To jest na prawdę jedna wielka wypadkowa, ale faktycznie, w przynajmniej moich inspiracja jest lawina muzyki z przełomu lat 80. i 90. Najbardziej kręci mnie gra na garach w takich zespołach, jak bardziej znane: Primus, Polvo, czy Tool. Bardzo dużą inspiracją jest dla mnie Jason Roeder z Neurosis. W tym ciemnym, piwnicznym noise zasłuchuję się od niedawna – ale od zawsze jarało mnie gęste, punkowe granie. Na drugim biegunie są dokonania Talk Talk, Slint, czy Bark Psychosis. Obecnie pozostaję pod ogromnym wypływem takich zespołów jak Karp, Sweep The Leg Johnny, This Heat, Kowloon Walled City. S.: Wymieniając tylko tych największych: At the Drive In, NIN, Deftones, Nirvana, Neurosis.

Jak myślicie, z czego wynika ta nostalgia do lat 90.? Czy faktycznie była to niepodrabialna, wyjątkowa dekada, która odciska muzyczne piętno na współczesnych wykonawcach?

R.: Ta muzyka sama w sobie jest nostalgią, a to, że do niej wracamy może wynikać z tego… jaki cykl zatacza rzeczywistość? Że wyrosło kolejne pokolenie, które niby ma wszystko, ale nie wie co z tym robić? Nie wiem. Dla mnie lata 90. to prehistoria. Pamiętam tylko, że było szaro, smutno, ciężko i to koresponduje z uczuciami, które wywołuje ta muzyka. Czysto artystycznie, to jest naturalna konsekwencja. Punk wyewoluował już maksymalnie w tej klasycznej formule. Przyszedł czas na eksploatację kolejnej, wspaniałej dekady. Cieszę się, że artyści z tamtego czasu stają się dużą inspiracją i mogą tego doświadczyć za życia. I myślę, że dzisiejsza mutacja tej muzyki też będzie doskonałą inspiracją dla przyszłych twórców.

Myślicie, że jest w ogóle szansa, by dzisiaj wymyślić coś nowego, posunąć gitarowe granie do przodu?

S.: Myśląc o muzyce gitarowej nie chodzi o samo o instrumentarium, a raczej o feeling i energię, albo też jej poskramianie. A wracając do meritum: to samo pytanie padało 20, 30 lat temu i wiemy jak było; nie widzę powodu dlaczego teraz odpowiedź miałaby być przecząca. To nie jest worek św. Mikołaja, w którym co jakiś czas odkrywamy nową zabawkę, to jest zabawa w tworzenie zabawek poprzez konstrukcje, rekonstrukcję, destrukcje i nie wiem jeszcze co…arystokracja noise

Czyli nadal pozostajemy przy grzebaniu w tym co już było i układaniu na nowo. Zastanawialiście się kiedyś nad możliwością rozszerzenia składu – tak, w ramach eksperymentu, czy koncertowej niespodzianki?

Wydajemy niedługo ep-kę – w najnowszym materiale właściwie nie myśleliśmy o tym. Nie planujemy poszerzania składu. Może jedynie poszerzymy nasze kompetencje w zespole o coś więcej niż gitarę, perkusję i wokale. Co do niespodzianek na koncertach, na pewno będą. Mamy kilka niezrealizowanych dotąd pomysłów, które znajdą ujście na odpowiednim występie.

Zatem, na koniec słowo o tym, gdzie i kiedy będzie można Was obadać na scenie i nie tylko…

R.: Najbliższa ku temu okazja będzie we Wrocławiu 30.04 w klubie Alive. Gramy tam z fazowym doom-stonerowym trio MuN oraz z Somali Yacht Club. Już na tym koncercie będzie można posłuchać naszego nowego materiału, który naszym zdaniem bardziej tapla się w noise. W lecie planujemy odwiedzić stolicę, pojawić się na Pomorzu, na Śląsku i w Wielkopolsce. Przy tym jesteśmy w pełni zmobilizowani i otwarci na propozycje koncertowe. Ciągle szukamy miejsc do grania. Z pewnością będzie ich więcej, niż te, które wymieniliśmy. Zapraszamy do śledzenia naszego FB.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Stanislav Matsilevich