ATROCIOUS FILTH – Zbyt wiele zmiennych…

W tym miejscu powinienem rozpocząć wstęp od czegoś w rodzaju: pamiętam, kiedy byłem młody i polazłem do sklepu z kasetami… Bo faktycznie polazłem (tak, były takie sklepy – tylko kasety, uwierzycie?) i zakupiłem płytę „100% Jesus” nieznanej formacji Atrocious Filth, wiedziony, jak zapewne niemal cała ówczesna brygada, ciekawością co też na boku mogą spłodzić muzycy Vader. Dzisiaj sam jestem dziadkiem i spracowanymi łapami dotykam Moans – drugiej (!!) wydanej po wielu, wielu latach płyty odrodzonego zespołu. Innego, choć nie mniej intrygującego. A na pewno szukającego własnego miejsca w tym popieprzonym świecie. O przeszłości i teraźniejszości rozmawiałem z gitarzystą Andrzejem Choromańskim.

Rozpatrywanie fenomenu AF jest w pewnym sensie zabawą w balansowane między przeszłością a teraźniejszością. Lubicie ciągle odpowiadać na pytania sięgające roku pańskiego 1994?

Kultura nakazuje, ale nie lubimy.

Zdajesz sobie jednak sprawę, że mając na koncie dwa materiały-  jeden z zamierzchłych czasów a drugi nowy, porównania i kwestie sięgające dawnych lat są nieuniknione. I w tym kontekście muszę zapytać: który zespół był prawdziwy (w sensie zespołu a nie „projektu”…): ten z 1994 roku, czy ten, działający w dniu dzisiejszym?

Obecne działania to jak na razie „projekt”, który mam nadzieję będzie ewoluował w stronę zespołu.

Wracając do tego zespołu sprzed lat, muszę zadać pytanie, bo w jakimś sensie mnie to intryguje – co obecnie dzieje się z basistą Shambo? Masz z nim jakikolwiek kontakt?

Mam, lichy, ale mam. Wrócił do Lidzbarka, pracuje w Olsztynie i z tego co mówił bawi się w realizację dźwięku. Z tego co wiem pogrywa na perkusji tak dla siebie. Muzycznie nigdzie się nie udziela. Mamy się spotkać niebawem więc będę mógł powiedzieć więcej co porabia.

Swego czasu uważałem go za najbarwniejszą postać ówczesnej muzycznej sceny. A na pewno najbarwniejsza w Vader. Spotkaliście się na płycie „100% Jesus”, która dzisiaj jest rarytasem. Mam kasetę, którą kupiłem chyba w 95 roku i cały czas się zastanawiam – jak to możliwe, że nie doszło do jej reedycji w jakimś bardziej ludzkim formacie. Chociaż wydanie kasetowe wpisuje się akurat w tzw. hype na ten nośnik…

W 2008 roku wydaliśmy ten materiał na CD na rzecz Docenta. Skromne 500 szt, które jakimś cudem się rozeszły po świecie i to dosłownie, gdyż czasami pojawiają się na Ebayu np. w Japonii, Hiszpanii, itp. Niestety osobiście nie posiadam już tej płyty.

Zbyt wiele zmiennych…

Zbyt wiele zmiennych…

To była jedna z pierwszych emanacji muzyki industrialnej na naszej ziemi. Pamiętasz swój pierwszy kontakt z industrialem? Jakie to były emocje? Co najbardziej podobało Ci się w tej muzyce? Kiedy postanowiłeś sam stworzyć coś w tym gatunku?

Cieszy mnie, że tak uważasz. Pierwszy był Godflesh, potem Scorn. Pierwsze Płyty tych kapel wgniotły mnie w ziemię. Zakochałem się od pierwszego przesłuchania. Podobnie Małeg i Docent. Urzekła nas prostota kompozycji, transowość, oryginalność i świeżość. Tak właśnie we trzech chcieliśmy grać. Zrealizowaliśmy to na samym początku lat 90. W tamtych czasach muzyka była dla nas wszystkim. Poświęciliśmy się temu bezgranicznie i tak powstał pomysł na AF.

Wiem, że Docent był maniakalnym wielbicielem Swans, kolejnej legendy industrialu – czy Wy także mieliście „odjazd” na punkcie tego zespołu? Pytanie o tyle zasadne, że przecież takie echa słychać na „100% Jesus”…

Oczywiście. Od płyty Swans „Filth” wzięła się nasza nazwa. Docent dołożył Atrocious i tak powstało Atrocious Filth. Uwielbiam Swans do dnia dzisiejszego. Byłem na ich kilku koncertach. Magluję bez przerwy ostatnie płyty. Gira imponuje mi tym, że wieku 60 lat tworzy tak bezkompromisowe dzieła.

Właśnie – słowo „bezkompromisowy” ma tu kluczowe znaczenie. Czy można powiedzieć, że AF to twór bezkompromisowy? Co to oznacza w kontekście Waszych działań? Jak daleko z ową bezkompromisowością możecie się posunąć? Są jakieś granice?

Chciałbym powiedzieć, że granic nie ma, ale sesja „Moans” pokazała, że są. Nasz producent Bartek Kuźniak zaproponował nam taki miks, że nawet my wymiękliśmy. Były chwile ciszy i na końcu był kompromis. Niemniej nie mamy kompletnie żadnego ciśnienia spełniania jakichkolwiek oczekiwań i jedyna droga jaką zamierzamy iść to eksperyment cokolwiek to znaczy. Na siłę oryginalni też być nie chcemy. Zresztą z niektórych recenzji jakie się ukazują po „Moans” wynika, że  to wydawnictwo nic nie wnosi do dzisiejszej muzyki. Więc jak na razie jest sporo przestrzeni do przesuwania granic. Pytanie tylko czy jest sens i czy umiemy?!

O to zapytam się za moment, ale jeszcze jedno pytanie odnośnie 100% – też w kontekście bezkompromisowości – we wkładce kasety, jako podkład pod teksty użyto foty baru a z oku pojawia się napis „Czas na EB”. Czy osławiona marka była czymś w rodzaju sponsora, czy to jeszcze jakaś inna historia?

EB przez moment było naszym sponsorem, ale fakt, że logo znalazło się na wkładce jest konsekwencją tego, że zdjęcie było wykonane w PUB-ie FROM, w którym przesiadywaliśmy, a na zdjęciu widnieje Faustyn Chełmecki, autor okładki (mandali) do „100% Jesus”.

a0614097188_10

ATROCIOUS FILTH  Moans   Problem z nowym dziełem Atrocious Filth polega na przekleństwie kontekstu czasowego. Debiutancki materiał, wydany w 1993 roku „100% Jesus”, ukazał się, kiedy na świecie galopował grunge a w Polsce autorytarne rządy sprawował metal i raczkująca scena komercyjna. Oczywiście, to uproszczenie, ale materiał stał się co najwyżej ciekawostką, ciągniętą przez popularność Docenta i basisty Shambo. „Dodatek do Vader”  brzmi to krzywdząco, ale zapewne w taki właśnie sposób odbierali zespół fani Generała&co. Sama muzyka, niesiona na fali fascynacji Godflesh czy Swans, jawi się dzisiaj jako dosć konwencjonalne dzieło, dlatego w zasadzie dopiero wydany w tym roku minialbum „Moans” jest materiałem dużo bardziej eksperymentalnym. Niestety, tutaj też mamy piekło kontekstu – płyta ukazuje się w totalnie eklektycznych, popieprzonych czasach, przez co nie ma szans, by ktoś uznał ten materiał za, hmmm, awangardowy czy chociaż obrazoburczy. Na pewno nie można muzykom odmówić dwóch rzeczy – profesjonalizmu i chęci zabrania słuchacza w przyjemną, transową podróż. Dzisiejszy Atrocious Filth, to niesiony na zapętlonych resorach świetnie brzmiących garów twór, łączący awangardowe poszukiwania (nie będę powtarzał nudnych porównań do King Crimson…), nieco jazzowe harmonie z próbą transowego ujęcia industrialnego łomotu. Udaną, “jadącą”, choć na pewno nie zaskakującą, szczególnie jeśli śledzi się na bieżąco rozbuchaną scenę alternatywnego (nie tylko) metalu. Sympatyczne jest na pewno użycie saksofonu (choć w kontekście takich zespołów jak Lonker See czy Merkabah też nie jest niczym nowym…), zaś na pewno najciekawsze są improwizowane fragmenty (Tesseract 1&2), bo w nich czuję potencjał i jakąś nutkę anarchii, która może zaowocować zdecydowanie mocniejszym atakiem na szare komórki. Nieco mniej podobają mi się te momenty, kiedy do głosu dochodzi ciężki riff, choć “Hybris” czy “Angst” pokazują, że ciężar, trans i wątki psychodeliczne można zgrabnie połączyć w ciekawą całość. W każdym razie, na dużej płycie właśnie takie ujęcie/rozwinięcie postindustrialnych koncepcji chętnie bym usłyszał. Na dzień dzisiejszy cieszę się, że muzycy powrócili w dobrej kondycji, że badają rynek i swoje możliwości. Wprawdzie w wywiadzie stoi, że nowa płyta nie jest wcale tak oczywistą rzeczą… ale wiadomo jacy są artyści.  Czekam na więcej, bo dopiero pełny album pokaże, z czym mamy do czynienia. 

Zawsze uważałem – popraw mnie jeśli się mylę – że wydanie „100% Jesus” zdradzało to, że w tamtym okresie poszukiwaliście swojego miejsca – bo mamy tu i transowy symbol na okładce, jest orientalna rycina bóstwa hinduskiego (może się mylę…), jest wreszcie20160712_063241 typowo metalowe zdjęcie z koncertu, no i ten pub… Przyznasz, że rozrzut to dość zaskakujący…

Faktycznie, sensu w tym niewiele, ale taka jest młodość a my byliśmy wtedy bardzo młodzi i spontaniczni. Nie planowaliśmy, nie było strategii. Okładkę zrobił Faustyn, nasz przyjaciel, który był i nadal jest malarzem szukającym natchnienia przy pomocy naturalnych używek, stąd transowa mandala z bóstwem i grzybkami. Wojtek FROM prowadził Pub, pomagał nam potem był menadżerem i nadal wspaniałym kolegą, który kibicuje AF do dziś. Każdy z nas był też radykalnym metalowcem. Zaliczyłem wszystkie Metalmanie, a w tamtym okresie  dla szesnastolatka nie było łatwo dotrzeć do Katowic z Olsztyna. I w końcu wszyscy nie cierpieliśmy kościoła stąd „100% Jesus”. Miksując całość wyszło to co opisałeś: wrażenie poszukiwań, których nie było. Była zabawa, pasja i koleżeństwo oraz wspólne spędzanie czasu.

Jakie zrządzenia losu spowodowały, że postanowiliście wrócić do życia? Mając świadomość, że na chleb raczej nie zarobicie…

Pasja do muzyki i chęć grania, która cały czas nam towarzyszyła ale ciągle było coś ważniejszego. Nazwijmy to dorosłym życiem, obowiązkami dnia codziennego, utrzymaniem rodziny, pracą, itd. Sam wiesz. Była też śmierć Docenta bez, którego nie wyobrażaliśmy sobie AF. Z Małgiem przez cały czas mieliśmy kontakt. Żartowaliśmy, że czas zacząć próby. Przez wiele lat nikt nie traktował tego poważnie ale nadszedł dzień, w którym wzięliśmy instrumenty i  poszliśmy do znajomych na salę prób. Zagraliśmy jakieś improwizacje, a ja zastanawiałem się jak mogłem beż tego żyć. I tak zaczęły się regularne próby. Nie mieliśmy w planach nagrywania nowego materiału, po prostu przyjemnie spędzaliśmy czas. Po dwóch latach dobrnęliśmy do ściany. Dotarło do mnie, że zespół rozwija się z płyty na płytę, a nie z próby na próbę więc weszliśmy do studia żeby zarejestrować cokolwiek. I tak powstało „Moans”. Zlepek 3 kompozycji i 3 improwizacji. Co do kondycji rynku muzycznego to pozwolisz, że przemilczę. Na szczęście stać nas na finansowanie tego dość drogiego hobby. Nie zakładaliśmy, że zwrócą nam się koszty. Teraz wiem, że to było bardzo słuszne założenie. Niemniej współczuję ludziom, którzy nie mają ugruntowanej pozycji finansowej i chcą żyć z muzyki. Podziwiam ich bo ja bym nie potrafił.

Powróciliście z AF w dość ciekawym momencie. Są tacy, którzy twierdzą, że już nic nowego niepowstanie a muzyka jest tylko odcinaniem kuponów albo brutalnym powrotem do przyszłości. Na pewno trudniej dzisiaj zaszokować niż kiedyś. M. Gira traktował Swans jako narzędzie, którym chce wyprowadzać ludzi z równowagi. Tak było w latach 80, ale dzisiaj chyba nie ma szans by kogokolwiek zaskoczyć/zaszokować a tym bardziej obrazić. Czy prowadzenie zespołu z taką świadomością nie jest trudne?

Jeżeli taki stawiasz sobie cel to jest to bardzo trudne. Ale jeżeli po prostu chcesz grać z innymi ludźmi bo sprawia Ci to przyjemność to nie masz z tym kłopotu. Cały czas znajduję coś dla siebie mimo, że ciężko dopatrzeć się przełomu. Nie poszukuję go. Miło jak ktoś zaskoczy ale nie jest to dla mnie celem samym w sobie. Cieszy, że młodzi muzycy mają świetny warsztat, dobre instrumenty i chęć tworzenia. Martwi to, że mało kto może się z tego utrzymać i że dla większości obecnych (potencjalnych) odbiorców małe znaczenie ma jakość dźwięku (odtwarzanie z komórki, komputera, itd). Choć oczywiście potrzebni, wręcz niezbędni są ludzie, którzy poszukują czegoś nowego. Trzymam za nich kciuki.img-gallery-L1370869

„Moans” jest dla mnie czymś w rodzaju papierka lakmusowego – ma pokazać reakcje ale także otworzyć różne ścieżki. I dlatego w zasadzie nie wiadomo do końca w jaką stronę zamierzacie się udać. Bo jest tu i transowy rytm i ździebko hałasu, ale też coś w rodzaju nowoczesnych, post industrialnych improwizacji. Która twarz AF jest dzisiaj prawdziwa? Albo może – przyszłościowa?

Trafne spostrzeżenie. Zdziwię Cię, ale sam nie wiem. Ciągnie nas zarówno w stronę konwencjonalnych kompozycji jak i całkowitej improwizacji. „Moans” miało to wyjaśnić, nadać kierunek a skomplikowało. Nie jest to jednak aż tak istotne. Będzie jak zawsze. Wejdziemy do sali, zaczniemy próby i coś z tego wyjdzie. A może pogodzimy to w ten sposób, że znów nagramy parę piosenek i parę kompozycji na setkę. Jedno jest pewne: nam musi się to podobać w pierwszej kolejności. Mimo różnego odbioru „Moans”, jestem z tego materiału bardzo zadowolony. I to jest dla mnie wyznacznikiem przy tworzeniu kolejnego. Jak spodoba się jeszcze komuś będzie elegancko. Jeśli nie to przykro, ale płakać z tego powodu nie będziemy. A jak stwierdzimy, że nie mamy nic do powiedzenia to zasilimy domowe archiwum.

No właśnie – na jakim etapie stwierdzania jesteście? Czyli – kiedy możemy spodziewać się płyty?  Są czynione jakieś kroki w tym kierunku?

Prawda jest taka, że nie szybko. Jestem dość zajętym człowiekiem i sporo czasu spędzam na pracy zawodowej. Mieliśmy teraz paromiesięczną przerwę, a do prób powrócimy po wakacjach. Przy naszym tempie rok albo dwa to potrwa. Przy czym mamy kilka kompozycji, które poczyniliśmy już wcześniej więc może pójdzie szybciej. Może być też tak, że w ogóle nie zdecydujemy się na nowe wydawnictwo choć bardzo bym tego chciał. Mówiąc enigmatycznie, zbyt wiele zmiennych występuje w układzie. Życie pisze różne scenariusze, niekoniecznie takie jakie bym sobie życzył.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu