ASS TO MOUTH – Nie mamy biznes planu

Na początek z mojej strony należą się ASS TO MOUTH przeprosiny. Kajam się więc i bez bicia przyznaję do winy: niesiony jak najbardziej dobrą wolą, kiedy dostałem od kogoś, kto zginął już w dziurach mojej pamięci, promo splitu z Jig-Ai zniesmaczon będąc jakością tego materiału, wyżyłem się na nim w recenzenckim szale i wystawiłem ocenę zdecydowanie negatywną. Okazało się jednak, że kopia, która wędrowała po sieci jako promo nijak się miała do faktycznej jakości tego (całkiem przyjemnego) materiału, który finalnie ukazał się wtedy na winylu. Ok., tyle o rzeczach smutnych… Za chwilę premiera Degenerate, który to album uważam za jedną z lepszych, grindcore’owych produkcji jakie wydała polska ziemia. O zespole, inspiracjach i oczywiście o „Degenerate” rozmawiałem z Jarkiem…

Witaj Jarek! Jak nastroje w obozie ATM? Nagraliście nowy, bardzo mocny materiał, podpisaliście deal z nieźle prosperującą wytwórnią – czy Twoim zdaniem dziś jest właśnie czas na to by każdy maniak grindcore usłyszał o Ass To Mouth?

Witam serdecznie Ciebie i wszystkich czytelników Violence Magazine. Nastroje u nas raczej pozytywne. Cieszymy się, że płyta, nad którą pracowaliśmy przez dość długi okres Logoczasu, wreszcie ujrzy światło dzienne. „Degenerate” wychodzi dosłownie na dniach, kroją się jakieś tam koncerty w najbliższym czasie, powoli robimy też nowe numery. Myślę, że jest spoko (śmiech). Czy każdy maniak grindcora o nas usłyszy – nie wiem, nie mamy ciśnienia, żeby „stać się popularni” za wszelką cenę. Na razie recenzje płyty są bardzo dobre i to nas cieszy. Wszystko zmierza w dobrym, satysfakcjonującym nas kierunku. Czasami życie pisze dość nieprzewidywalne scenariusze, więc nie mamy jakiś tam specjalnych „sprecyzowanych planów marketingowych” związanych z wydaniem płyty. Większość rzeczy wychodzi raczej „w praniu”… Grindcore’owego biznes planu nie napisaliśmy.

„Degenerate” jest już na rynku, więc pewnie w zespole pojawiają się pierwsze przemyślenia na temat tego materiału w kontekście opinii jakie do was docierają. Masz w sobie nutkę perfekcjonisty, rozkazującej w nagranych i wydanych materiałach doszukiwać się rzeczy, które można by zmienić lub zrobić inaczej?

„Degenerate” na rynku jeszcze w zasadzie nie ma, bo płyta w oficjalnej sprzedaży pojawi się za jakieś dwa tygodnie na CD i chwilę później na LP i kasecie. Przemyśleń, w kontekście „opinii słuchaczy” na razie raczej nie mamy, bo prawdę powiedziawszy jeszcze nikt nie zaserwował nam „konstruktywnej krytyki”, a taką zawsze warto brać pod uwagę. Bo jeśli ktoś Ci powie po prostu „twoja płyta to gówno”, to jakie mam mieć w związku z tym przemyślenia? Mam się zastanawiać co autor miał na myśli? Który aspekt mu „nie siedzi” (śmiech). Natomiast swoich własnych przemyśleń mam sporo. Uważam, że każdy nasz kolejny materiał jest lepszy od poprzedniego, bo każdy kolejny czegoś nas uczy. Jeśli teraz mielibyśmy zacząć nagrywać „Degenerate” zupełnie od nowa, wiele rzeczy byłoby zrobionych zupełnie inaczej. Ale to już kwestia doświadczenia. Nie pracowaliśmy nad płytą „pod presją czasu”, więc wszystko staraliśmy się zrobić najlepiej jak na daną chwilę potrafiliśmy. I tak jak mówię – z perspektywy czasu, teraz wiele rzeczy zrobiłbym inaczej, ale z drugiej strony, w moim odczuciu nie ma na tej płycie jakiegoś widocznie słabego punktu, który by mnie dobitnie wkurwiał i nie dawał spać. Tego typu „smaczki” eliminowaliśmy już na etapie pisania i nagrywania numerów. Dostęp do „ścieżek źródłowych”, które nagraliśmy, mamy cały czas, wiec gdybyśmy uważali, że coś absolutnie wymaga zmiany – to byśmy to zmienili. Z drugiej strony, nie byłoby w tym żadnej rewolucji, po prostu wszystko byłoby zrobione „o klasę wyżej”. Ja już dokładnie wiem, jak ma wyglądać kolejna płyta, wiem które aspekty musimy poprawić etc. Jeśli chodzi o perfekcjonizm –  mam w sobie nie tylko jego „nutkę”, ale w bani zapierdala mi jego cała filharmonia – mam tego świadomość i chyba wiedzą to wszyscy, którzy ze mną mieli nieprzyjemność współpracować, na jakiejkolwiek płaszczyźnie (śmiech). To nie jest dobra cecha – zamiast cieszyć się z tego co się ma, cały czas doszukujesz się dziury w całym. Z drugiej strony, w „Degenerate” tej dziury doszukać się nie potrafię i to powoduje u mnie ogromną satysfakcję.

ATM-fotoJako, że od razu zacząłem męczyć Cię pytaniami o nowy materiał, nie pozostaje mi nic innego jak drążyć temat dalej. Osobiście jestem wręcz urzeczony dynamiką tego krążka, stworzyliście materiał, który jest niczym huragan łączący w sobie pierwotne, punkowe wkurwienie, moc death metalu, szybkość grindcore. Skąd czerpiecie inspiracje do tak obłędnie intensywnego grania? Kiedyś zapytałem Andego ze Squash Bowels o prywatne gusta i odpowiedział mi, że grindu nie słucha praktycznie w ogóle. Jak to jest w Twoim przypadku? Trzymasz rękę na pulsie grindcore’owej sceny?

Kiedyś byłem absolutnym, grindcore’owym maniakiem. Łykałem wszystko, co było z tym nurtem związane. Teraz jest zupełnie inaczej. Ostatnią grindową płytą, która totalnie „wyrwała mnie z butów” było „Word Extermination” Insect Warfare… ale to już było ładnych parę lat temu (śmiech). Obecnie, muzyką zajmuję się zawodowo – bo tak się składa, że jestem realizatorem dźwięku. Do tego gram w zespole, co wciąż sprawia mi absolutną frajdę… Tak czy inaczej, nawał muzy z jaką mam cały czas styczność „z konieczności” powoduje, że w domu, w „czasie wolnym” słucham jej tak naprawdę bardzo mało. U każdego z nas w tym temacie jest zupełnie inaczej. Myślę, że w większości, a przynajmniej u mnie tak jest, „inspiracja” wynika z tego czym przesiąknęliśmy za młodu, a że każdy z nas słuchał i słucha dość zróżnicowanej muzy – stąd można się u nas różnych wpływów doszukiwać. Nie podążamy za trendami i nie zmieniamy z roku na rok obranego na początku kierunku. Ewolucja jest – bo być musi. Natomiast cały czas idziemy do przodu, drogą, której główny kierunek obraliśmy na samym początku funkcjonowania.

Oprócz dynamiki i mocy materiał ten zwraca też uwagę różnorodnością środków wyrazu jakie serwujecie. Obok typowo grincore’owych strzałów pojawiają się na „Degenerate” numery wręcz przebojowe jak choćby taki rodzynek „Drunk and Stoned”. Gdybyś miał rozdzielić wpływ poszczególnych muzyków na ostateczny kształt materii to kogo ciągnie najbardziej w kierunku ekstremy a kto preferuje takie bardziej otwarte granie jak numer wspomniany na początku pytania?

„Drunk & Stoned” jest w zasadzie jedynym takim numerem na płycie, który tam jakoś znacząco się w tym temacie wyróżnia. Reszta, to mniej lub bardziej „przebojowy”, ale jednak „napierdol”. Są niby numery szybsze i nieco wolniejsze, jednak wszystko mieści się w konwencji „grindcore”. Wbrew pozorom GxC jest gatunkiem bardzo otwartym, a my zawsze w większym lub mniejszym stopniu czerpaliśmy z różnych jego odmian. Jak dla mnie to nawet „Drunk & Stoned” mieści się w grindowej stylistyce. Wiadomo – jakby cała płyta taka była, to nie byłby to żaden grindcore. Ale tak samo jak zespół heavy metalowy nie byłby już heavy metalowy, gdyby nagrywał płyty z samymi balladami. Ale jeśli ta ballada jest smaczkiem na płycie – to pewnie, czemu nie (śmiech). A teraz, wracając do meritum pytania – każdy z nas mniej więcej czai, pomiędzy jakimi „muzycznymi granicami” się poruszamy i każdy z nas wnosi coś w ramach tych granic. Wszystko wychodzi raczej naturalnie, nie ma tak, że się wykłócamy na próbach w jakim kierunku powinien iść zespół, bo kierunek obraliśmy już dawno. Kłócimy się raczej o to czy coś jest fajne czy po prostu chujowe (śmiech). W sumie, to chyba ja, z moimi pomysłami, najczęściej się zbliżam się do granic tolerancji, czego wyrazem jest choćby właśnie ”Drunk & Stoned”, czy napisanie jednego z tekstów po polsku. To są moim zdaniem bardzo fajne „smaczki”, natomiast nie będę ukrywał, że często zdarza się też przegiąć pałę z moimi pomysłami i tu chłopaki na szczęście mnie stopują, bo, niestety, ale granica między „fajnym smaczkiem” a „absolutną wiochą” jest bardzo cienka (śmiech).

Nie mamy biznes planu

Nie mamy biznes planu

Album ten nie byłby dziełem aż tak morderczym gdyby nie brzmienie jakim opatrzyłeś nowe kompozycje Ass To Mouth. Jak w twoim przypadku wygląda kwestia pracy nad własnym materiałem? Uważasz, że to najlepsze dla zespołu gdy nagrania i miks „załatwiacie” we własnym gronie? Nie boisz się, że proces pracy nad własnymi dźwiękami pochłonie Cię tak bardzo, że stracisz jakże cenny w takim przypadku obiektywizm?

Taaaaaaaaa….. (śmiech). I tu mnie masz (śmiech). Tak jak gdzieś tam wcześniej wspomniałem – zawodowo zajmuję się realizacją dźwięku, więc i płytę ATM w pełni realizowałem. Powiem tak – przejebana sprawa. Nie polecam nikomu (śmiech). O ile nagrywanie własnego zespołu to jeszcze pół biedy, o tyle miksowanie to już kompletna udręka. Słuch ma to do siebie, że lubi „oszukiwać” i tak w uproszczeniu powiem tylko, że do pewnych rzeczy potrafi się przyzwyczaić, pewne potrafi ignorować, a inne kompletnie wyolbrzymiać, w zależności od tego, w co akurat się wkręcisz. To jest znaczne uproszczenie, ale w skrócie tak to właśnie wygląda. W przypadku realizacji własnego zespołu jest w tej kwestii jeszcze przynajmniej trzy razy gorzej, niż gdy realizuje się kogoś innego. Sądzę, że każdy „dźwiękowiec” Ci to powie. Z miksem ATM pierdoliłem się tyle, że z perspektywy czasu aż trudno mi w to uwierzyć. Czasami wkręcałem się w „nieistniejące problemy” etc. Etc. – ogólnie nie polecam (śmiech). Tyle, że… z ostatecznych efektów mojej „drogi krzyżowej” jestem bardzo zadowolony. Wszystko co chciałem wtedy zrobić – zrobiłem. Wiem, że gdybym oddał to w czyjeś ręce, to teraz na coś bym na pewno narzekał – tak przynajmniej mam świadomość, że zrobiłem to tak, jak z mojego punktu widzenia było najlepiej. A że pierdoliłem się z tym 3 razy dłużej niż powinienem… no cóż, taki lajf. Następną płytę planuję zrobić dokładnie w ten sam sposób. Gdzieś tam wcześniej wspominałem, że perfekcjonizm nie jest wcale dobrą cechą, teraz już wiesz dlaczego (śmiech). No chyba, że ktoś zasponsoruje nam nagrania i miks u jakiegoś gościa ze światowej czołówki realizatorów dźwięku, ale na to bym raczej nie liczył.

Gdybyś jednak dostał taką propozycję to komu powierzyłbyś produkcję i miks kolejnego albumu Ass?

Kurde, nie wiem… nigdy się nad tym nie zastanawiałem, bo i nie było potrzeby się zastanawiać (śmiech). Jest na świecie sporo realizatorów, z którymi współpraca byłaby czystą przyjemnością, a którzy na bank zrobiliby robotę dużo lepszą niż jestem w stanie sobie w ogóle wyobrazić. Gdyby żył Mieszko Talarczyk, to wybór dla mnie byłby dość prosty, a tak jednak musiałbym się długo zastanowić. Nie oszukujmy się – większość „topowych” realizatorów, ma na koncie raczej mało płyt grindcore’owych, bo mało który zespół GxC byłby w stanie ich opłacić. GxC to kompletna nisza – stąd i budżety na nagranie płyt są raczej „niszowe”. No ale zakładając, że mielibyśmy taką możliwość – to jednak na pewno musiałby być ktoś, kto czai o co w tym całym grindcorze chodzi, bo co z tego, że płyta byłaby wyprodukowana genialnie, jeśli zrobiłby się z tego np. „death metal”, a cały „grind core’owy feeling” zostałby skasowany. Serio, w tej chwili nie potrafię odpowiedzieć na Twoje pytanie…

„Degenerate” brzmi morderczo, bardzo organicznie, surowo i mocno. Czy przy rejestracji tego materiału korzystałeś z jakiegoś wyjątkowego sprzętu? Jako realizator pracujesz z zespołami z różnych gatunkowo półek porównując pracę z Ass do nagrywek innych bandów, to ze swoimi kamratami z zespołu pracuje się łatwiej czy trudniej? Z której zarejestrowanej w Soundscope produkcji jesteś szczególnie dumny?

Ass okładkaZ jakiegoś specjalnego sprzętu (poza naszymi prywatnymi gratami), który na co dzień nie znajduje się w studio, w zasadzie nie korzystałem. Sprzęt to de facto sprawa drugorzędna, ale zdaje się, że wielu muzyków nie potrafi tego zrozumieć. Co z tego, że pojedziesz do studia, które ma kompresor za pierdyzylion złotych, kiedy okaże się, że realizator nie będzie miał pojęcia „do czego służą te wszystkie gałki”. Co z tego, że będziesz miał gitarę i wzmacniacz za chujiliard złotych, jak nie będziesz na niej potrafił zagrać równo żadnego riffu. „Sprzęt” jest ważny, ale mimo wszystko nie jest najważniejszy. Niestety, wielu muzyków, szczególnie młodych, tego kompletnie nie rozumie i wydaje im się, że to „ten magiczny sprzęt” za nich zagra, zaśpiewa i jeszcze poprawi babole w aranżu (śmiech). Jeśli chodzi o to czy pracuje się łatwiej, czy trudniej – to powiem, że i łatwiej i trudniej (śmiech). Wiadomo, że jak realizatorem dźwięku jest osoba z zespołu – role się trochę zacierają i nie są to standardowe relacje realizator – muzyk, z jakimi mam do czynienia na co dzień w pracy zawodowej (chociaż mimo wszystko, ja i tak z większością „klientów” mam relacje raczej koleżeńskie). Tak czy inaczej – w skrócie: było i lepiej i gorzej. Pojawiały się sytuacje „kwasowe”, do tego stopnia, że nigdy nie miałyby prawa zaistnieć na zwykłej płaszczyźnie realizator – muzyk, a u nas w zespole są raczej standardem (śmiech). Z drugiej strony, jeśli chodzi o całokształt, to sesja przebiegała w dużo bardziej wyluzowanej atmosferze, niż ta z jaką mam do czynienia na co dzień, np. normalnie w pracy nie piję, tu bywało różnie (śmiech). Jeśli chodzi o produkcje, z których jestem szczególnie dumny… no na pewno ostatnie Ass To Mouth. Poza tym zdarzyło mi się pracować nad rzeczami, z których jestem bardzo zadowolony, ale podobnie jak z ATM, z perspektywy czasu, wiem, że każdą z nich zrobiłbym w jakiś sposób lepiej. Jeśli miałbym coś wymienić z rzeczy „przeszłych”… Druga pełna płyta Guantanamo Party Program, pełna płyta i nowa, nie opublikowana jeszcze ep-ka Icon Of Evil, ostatnia ep-ka Infekcji. Nie wiem, czy rzeczywiście są to rzeczy, które ja z mojej strony zrobiłem najlepiej spośród innych produkcji, po prostu te materiały podobają mi się też najbardziej pod względem muzycznym, a to już jest tylko i wyłącznie kwestią gustów muzycznych (śmiech). Jeśli chodzi o rzeczy, które jeszcze nie są skończone – nadchodząca płyta Lost Soul. Zajmowałem się nagraniami bębnów i wokali. Obecnie materiał jest na etapie miksów u Arka Malczewskiego. Ta płyta to będzie absolutny killer tego akurat jestem w 100 procentach pewien (śmiech).Ass nagrywa

Najnowszym członkiem zespołu jest wasz wokalista Qboot, który na „Degenerate” zrobił kawał świetnej roboty i swoimi chorymi wyziewami nadał tej płycie ostatecznie niszczącego kształtu. Jak doszło do nawiązania współpracy na linii Qboot – Ass To Mouth?

Kubę poznałem chyba gdzieś w okolicach 2003 czy 2004 roku. Pojechałem na Cannibal Corpse do Warszawy i po opuszczeniu pociągu, nie bardzo wiedziałem w którą stronę się udać do klubu. No i patrzę stoi jakiś typ z drugim, to się zapytałem. A może się poznaliśmy już w pociągu? Chuj wie (śmiech). Potem jakoś tak wyszło, że kiedy on grał w Toxic Bonkers, zdarzyło nam się zagrać kilka wspólnych koncertów. Jankes, nasz wcześniejszy wokalista odszedł z ATM jakoś pod koniec 2008 lub na początku 2009. W 2009 kilka koncertów zagrał z nami nasz kumpel Prosiak – ówczesny wokalista Parricide. To było na zasadzie pomocy kumplom – z góry powiedział nam, że na stałe nie da rady z nami grać… W tym czasie, w trójkę, zaczęliśmy komponować numery na „Degenerate”. W 2010 roku, zdaliśmy sobie sprawę, że na znalezienie wokalisty, który odpowiadałby nam głosowo i mentalnie, a który to mieszkałby we Wrocławiu, nie mamy żadnych szans. Dlatego zapadła decyzja, że lepiej „skomplikować sobie życie” i mieć kogoś, kto będzie dojeżdżał, niż kogoś kto „się nie wpasuje”. Parę osób spoza miasta pojawiło się u nas na próbach z własnej woli, Kubę sami poprosiliśmy, żeby wpadł, spróbował i przemyślał czy ma ochotę. Dostał tam chyba 5 czy 6 numerów do przygotowania. Dał radę zajebiście. Ale wiadomo, że nie samą muzyką żyje człowiek, więc musiał poradzić sobie również na „afterparty”. Też dał radę. Zaklepaliśmy 2 koncerty, które mieliśmy z nim zagrać, żeby sprawdzić czy z nami wytrzyma. Na pierwszym z nich tak się napierdoliliśmy, że był to chyba najgorzej zagrany przez nas koncert, w ciągu ostatnich 4 lat, odkąd Kuba gra z nami… a to co się działo w tematach alkoholowo – około koncertowych to już zupełnie poezja (śmiech). Pokazaliśmy jak może być najgorzej, gorzej już nie będzie. Wytrzymał. To jest nasz człowiek!

„Degenerate” w warstwie lirycznej zdaje się być jednym wielkim teatrem różnorakich patologii, które przedstawiacie we właściwy sobie nie pozbawiony czarnego humoru sposób. Pojawia się tu w dużych ilościach wóda, abstrakcyjne kolaże zdarzeń w rodzaju „We Are The Pigs” czy „One Mackerel Drama”, ale też kwestie nieco bardziej poważne, dotykające tematów społeczno-politycznych… Jak to jest z Ass To Mouth? Chcecie coś przekazać światu czy głównie zależy wam na dobrej zabawie ewentualnie pokazaniu tego co was zwyczajnie po ludzku wkurwia?

Większość tekstów pisaliśmy we dwójkę – ja i Kuba. Część napisaliśmy wszyscy razem. Dwa chyba, napisałem zupełnie sam. Jestem z tych tekstów bardzo zadowolony, natomiast tak jak ze wszystkim – gdybyśmy mieli pisać je od początku, pewnie byłyby trochę inne. Bo nieco inny jest teraz klimat w zespole, niż wtedy gdy te teksty powstawały. Na nic się w nich specjalnie nie sililiśmy – po prostu każdy z nich z czegoś tam wynikał, czymś był zainspirowany i raczej pisaliśmy to „co czuliśmy”, ( ja pierdolę – nie wierzę, że użyłem tego zwrotu), a nie uskutecznialiśmy „rzeźbie w gównie”, starając się mądrzyć w tematach, które są nam zupełnie obce. Teksty są różne – chyba najwięcej związanych jest z „mało przyjemnymi klimatami około-alkoholowymi” (śmiech). Jest tam też kilka tekstów o tematyce powiedzmy „społecznej”. Część opisana jest w klimacie czarnego humoru… Ale to wszystko są teksty bardzo proste, bez szczególnego zagłębia się w jakikolwiek temat i silenia się, żeby „napisać coś mądrego”. Jedno, co je w zasadzie wszystkie łączy to, że są punktem widzenia gościa, który nie do końca pasuje do ogólnie przyjętych norm społecznych. No i stąd właśnie tytuł „Degenerate”. Powiało grozą (śmiech).

Na początku pytałem Cię o to czy uważasz, że dziś jest czas Ass To Mouth lecz patrząc na ostatnie kilkanaście miesięcy w wykonaniu zespołu trudno oprzeć się wrażeniu, że kapela rośnie w siłę. Gracie dużo i to w bardzo różnym towarzystwie (Parricide, Christ Agony, Exhumed, Toxic Holocaust, Schizma); który z koncertów jakie zagraliście w ostatnim czasie uważasz za najważniejszy/najlepszy? Jak wspominasz „wschodnią” trasę, którą zagraliście w 2011 roku?

Trasa po Rosji i Ukrainie w 2011 to była niezła miazga. Jak teraz sobie o tym myślę, jak to wszystko wyglądało, to serio trzeba być pierdolniętym, żeby na takie coś się porwać ha, ha… Już widząc dystanse jakie mieliśmy do zrobienia z dnia na dzień, z koncertu na koncert, było wiadomo, że lekko nie będzie. Dodatkowo, mimo iż wszystko było naprawdę fajnie przygotowane przez organizatora Andreya, to pewne rzeczy nie z jego winy w czasie trasy zwyczajnie się posypały, co skutkowało różnymi sytuacjami, których normalny człowiek nie ogarnie… Nawet nie będę opowiadał, bo i tak mi nikt nie uwierzy (śmiech). Myślę, że ktoś kto lubi wczasy „all inclusive” nie odnalazłby się tam, a w paru sytuacjach po prostu by się popłakał… i to nie ze śmiechu. Tak czy inaczej – ja tę trasę wspominam naprawdę zajebiście, mimo iż nie była to „lajtowa wycieczka”, jednak jak miałbym drugi raz coś takiego zaliczyć, to musiałbym się poważnie nad tym zastanowić, czy już za stary nie jestem (śmiech). Jeśli chodzi o koncerty, które zagraliśmy w zeszłym, 2013 roku, to, niestety, ale był to nasz „najmniej urodzajny” koncertowy rok, jak dotąd. W latach tłustych graliśmy po 20-30 koncertów rocznie, w 2013 zagraliśmy tylko 4 sztuki – czemu tak się stało, nie wiem. Wszystkie 4 koncerty, jakie zagraliśmy w 2013 były naprawdę super. Może było ich mało, ale za to były naprawdę zajebiste. Mam nadzieję, ze w 2014 będzie ich zdecydowanie więcej.Ass w Rasiji

Nowa płyta, nowy kontrakt… Mam wrażenie, że „rynku zbytu” dla takiego zespołu jak Ass należy szukać poza granicami polandu. Czy kontrakt z w ostatnim czasie dość mocno zorientowaną na old school death Selfmadegod pomoże wam w wypromowaniu kapeli w Europie i innych zakątkach globu?

W Selfmadegod „Degenerate” ukaże się na CD, dodatkowo wyjdzie na LP jako kooperacja między Fat Ass Records (PL), Grindfather Producitons (UK), Addiction To War Records (FR) i Grindpromotion Records (IT). Grindfather wyda też materiał na kasecie… Mam taką nadzieję, że każdy z ludzi, którzy prowadzą wspomniane labele, po prostu zrobi tyle, ile będzie mógł, żeby ten materiał wypromować. Nikogo z niczego rozliczać nie mam zamiaru. Jestem bardzo zadowolony z tego kto to wydaje, a przede wszystkim z tego, że materiał się wreszcie ukaże. Jeśli chodzi o szukanie odbiorców poza granicami kraju… Tak, masz rację. Niestety, smutna prawda jest taka, że jeśli chodzi o ilość odbiorców grindcora, ilość koncertów, to mamy chyba jedną z najgorszych scen w Europie. Zupełnie inaczej ma się sprawa jeśli chodzi o zespoły – bo PL jest kilka naprawdę świetnych, o ugruntowanej światowej pozycji… tylko coś tych młodych zespołów nie widać, tak jak i ludzi na koncertach, a w szczególności ludzi młodych. Mam wrażenie, ze gdzieś tak do 2008-2009 roku było jeszcze całkiem nieźle, potem równia pochyła. Ale kto wie, może w Polsce kiedyś grindcore przeżyje swoje odrodzenie, póki co rzeczywiście odbiorców chyba trzeba bardziej szukać za granicą. Wracając do meritum pytania – mam nadzieję, że pomoże (śmiech).

Dzięki za rozmowę! Na zakończenie chciałbym zapytać Cię o dwie kwestie – jakie są plany zespołu na najbliższy czas oraz skąd przybyła inspiracja by zespół nazywał się właśnie Ass To Mouth??

Jeśli chodzi o inspirację dla nazwy – byliśmy młodzi i głupi (śmiech). Dobrze, że skończyło się na „Ass To Mouth”, bo jakby przeszła któraś z innych propozycji, które w tym czasie się pojawiły, to pewnie nie zagralibyśmy żadnego koncertu. Nigdy i nigdzie (śmiech). Teraz ta nazwa jest dla nas po części „kulą u nogi”, bo wiele osób nawet nie sprawdzając, co my w ogóle gramy, od razu wrzuca nas do jednego worka z zespołami „porn-grind”, a cały ten gatunek, poza może dwoma czy trzema zespołami, to absolutny badziew muzyczny (sorry jeśli kogoś obraziłem). Z drugiej strony mam to kompletnie w dupie – taką mamy nazwę i dobrze mi z tym, a jak kogoś ta nazwa wkurwia, oburza czy cokolwiek – to tym bardziej się cieszę (śmiech). Plany… Na dniach wychodzi nowa płyta, będzie też jakiś merch. Ja bym chciał pograć trochę koncertów promujących nowy materiał – mam nadzieję, że pojawią się jakieś fajne propozycje. W tym momencie płyta jeszcze się nie ukazała, więc tak naprawdę ciężko mi powiedzieć co się stanie, kiedy matex wreszcie wyjdzie jako oficjalne wydawnictwo. Jesteśmy także na etapie realizacji klipu do jednego z numerów. Poza tym powoli robimy też jakieś nowe kawałki na kolejne wydawnictwo. Staramy się ogarniać wszystko, na tyle na ile nam czas pozwala. Tak naprawdę to czekamy głównie na to, żeby płyta się ukazała, co będzie potem – to się okaże. Mam nadzieję, że będzie dobrze. Dzięki za rozmowę, interesujące pytania. Jeszcze raz pozdrawiam wszystkich czytelników Violence Magazine. Do zobaczenia na koncertach!!!

Rozmawiał Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: archiwum zespołu