ASGAARD – międzygatunkowe skakanie

Asgaard jest zespołem, który balansując między różnymi światami, tworzył eklektyczną mieszankę mocno wychodzącą ponad metalową siermiężność naszego podwórka. Szczytowy moment przypadł na płytę „Eye MDX-tasy”, ogniskującą elektroniczne poszukiwania, w których Asgaard zatopił metalową bazę. Po trwającej prawie siedem lat absencji wydawniczej zespół powraca z nowym kontraktem i muzyką, która – choć zakorzeniona w ekstremalnym metalu – nadal z ciekawością zerka na inne podwórka. Czy w dzisiejszych, mocno dziwacznych czasach Asgaard znajdzie swoich wielbicieli, trudno wyrokować, dość dodać, że płyta „Stairs to Nowhere” jest kawałkiem niesamowicie dojrzałej muzyki, po którą sięgnąć mogą zarówno fani ostatniego wcielenia Lux Occulta jak i Dimmu Borgir. Na okoliczność powrotu do życia jak i wspomnianej muzy zeznawał  mr. Flumen.

 

Pytanie, które paść musi, nawet jeśli już macie go dość – dlaczego przerwa między poprzednim krążkiem a „Stairs…” trwała tak koszmarnie długo – co się z Wami przez ten czas działo?

Flumen:  Prawdę mówiąc nie było żadnego, istotnego powodu, dlaczego tak długo ta płyta powstawała. Po zakończeniu kontraktu z Metal Mind chcieliśmy zrobić sobie 2 lata przerwy. W tym czasie każdy z nas musiał zaangażować się w nasze prywatne życie – praca, rodzina, etc. Oczywiście były w przypadku niektórych z nas i inne zespoły czy projekty muzyczne, w których bardziej lub mniej się angażowaliśmy, co oczywiście odbijało się na kontynuowaniu działalności Asgaard, jednak chyba obiektywnie w niewielkim stopniu. Jednak w głębi serca zawsze wierzyliśmy, że postaramy się jeszcze raz zrobić album Asgaard, nawet gdyby to był ostatni. Myślę, że teraz trochę żałujemy straconego czasu.

Zanim przejdziemy do nowej płyty, jeszcze mała refleksja nad poprzednim okresem działalności, zwieńczonym świetną płytą „Eye MDX-tasy” – jak wspominacie te lata i czy jest coś, co szczególnie utkwiło Wam w pamięci?

Osobiście utkwiła mi w pamięci bardzo udana trasa koncertowa Black Diamonds Tour wraz z zespołami Hermh i Luna Ad Noctum. Bardzo dobrze ją wspominam niemal pod każdym względem: bardzo dobrze dobrane pod względem stylistycznym zespoły, świetna logistyka zaprogramowana niemal perfekcyjnie przez Barta z Hermh, a przede wszystkim świetna atmosfera. Bardzo chcieliśmy ponownie przeprowadzić tego typu imprezę i mam takie małe marzenie, aby kiedyś ponownie zagrać taką trasę w podobnym składzie.

Po tylu latach zaczynacie w zasadzie od początku – jaki jest plan działania? Trasy, teledyski itp.?

No cóż, nie ukrywam, że nie było wywiadu bez zapytania o koncerty. Podobnie nasi fani bardzo często pytają nas o nie. Dlatego będziemy musieli przygotować jakąś trasę koncertową lub kilka koncertów. Nasza najbliższa przyszłość to odpowiednia promocja ostatniego albumu i być może zainteresowanie nim zagranicy. Teledysku póki co nie planujemy, ponieważ nie mamy na to wolnych środków.

Muzyka Asgaard od początku sadowiła się na przecięciu kilku stylistyk, pozostając do końca nierozszyfrowaną. Bo jest tu i gotyk, black metal, troszkę symfoniki i elektronicznych poszukiwań. Z drugiej strony macie pełny zestaw typowo metalowych atrybutów. Gdzie czujecie się najlepiej?

Nie chciałbym zbytnio nam schlebiać, ale czasem mam wrażenie, że czujemy się równie dobrze w różnego typu stylistykach. To znaczy, wyobrażam sobie taką sytuację, że ktoś wpływowy i majętny (he, he…) nam mówi cyt.: „chłopaki, jest sprawa – trzeba nagrać album rockowy”, a my odpowiadamy OK na kiedy, i to OK pada w przypadku stylów muzycznych typu: rock, pop, disco, metal, soul, punk, trip hop i kilku innych. W tych stylach muzycznych czulibyśmy jakąś przyjemność tworzenia, albo przynajmniej dobrze się bawili. W przypadku jazzu lub funky moglibyśmy sobie nie poradzić, a country i blues’a nie cierpimy. Ale wracając do rzeczywistości, odczuwamy nieskrywaną przyjemność biegania po różnych stylach muzycznych. Jest to dla każdego z nas małe wyzwanie, ponieważ trzeba w sposób wiarygodny wniknąć w dany rodzaj muzyki. To tak jak aktor wnika w jakąś rolę – świetna zabawa, ale i spore wyzwanie. To jest nasz atut. I  znowu nam będę schlebiał, ale jak ktoś jest zakorzeniony w jednej stylistyce muzycznej, to pewne nawyki muzyczne nie pozwalają na takie bieganie. My na szczęście zanim zaczęliśmy grać metal, odebraliśmy jakieś wykształcenie muzyczne, dlatego dla nas jest to żaden problem.

Nowy album, w stosunku do poprzednika to po prostu osiem bardzo udanych, ale żyjących własnym życiem kawałków. Czy wiążą się z nimi jakieś szczególne historie, które wpłynęły na ich charakter?

Chyba nie. One po prostu powstawały w różnym czasie, stąd wyraźne różnice pomiędzy poszczególnymi utworami, z jedną klamrą spajającą je w postaci wokali. Na pewno końcowy proces powstawania wszystkich kawałków wspominamy raczej źle ze względu na różnego typu trudności. Stąd jeśli są konkretne wspomnienia dotyczące tych kawałków, to raczej niezbyt pozytywne.

Zastanawiam się, jak wygląda w Waszym wydaniu proces kompozycyjny, bo w przypadku niektórych numerów („Labyrinth”) mam wrażenie, że najpierw był rytm i zabawy elektroniką a inne świadczą o tym, że wszystko zaczęło się tradycyjnie od riffu. Zdradź czytelnikom Waszą, zespołową kuchnię?

Nasza metoda jest bardzo prosta, niezawodna i dlatego funkcjonuje od lat. Ja z Hetzerem wymyślamy poszczególne motywy, głównie w oparciu o nasze instrumenty, ale uwzględniając możliwości zaaranżowania innych. Gdy już uda nam się wymyślić kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt, wówczas druga strona stara dorobić się swoją partię. Następnie z poszczególnych motywów stwarzamy ciągi muzyczne, a z nich utwory. Warstwa rytmiczna tworzona jest stosunkowo późno, ale często planujemy jakiś zarys, jaką rytmikę powinien mieć dany motyw. Stąd może to wrażenie, że tworzymy jakiś motyw od rytmu. Takie odczucia nas cieszą, ponieważ świadczą o tym, że dany loop dobrze pasuje do motywu. Pozostałe partie, takie jak perkusja i bas powstają stosunkowo późno, ale już na początku mamy określony zarys  sekcji rytmicznej. Wokal tworzony jest autonomicznie niemalże na samym końcu.

międzygatunkowe skakanie

międzygatunkowe skakanie

Czasami mi się wydaje, że każdy utwór odstaje od reszty. Co do Labirynth to nie mamy jakiś wyjątkowych wspomnień, może poza kilkoma urywkami, które nam utkwiły w pamięci. Na przykład głębokie niedowierzanie Icanraza zwanego przez nas Pasikonikiem kiedy musiał w pierwszym motywie zagrać jazzowy rytm zwany walking’iem. Zresztą na tym etapie głównie nam niedowierzał i nie ma co się mu dziwić. Można wyobrazić sobie taką sytuację oczami Pasikonika – przyjeżdża do niego do sali prób kolega z kilkoma mikrofonami z utworami na etapie szkieletu muzycznego, z którego niewiele wynikało i zapewnia go, że wszystko będzie dobrze i ta perkusja, którą nagrywamy, będzie świetna. Dla osoby, która tylko nagrywa w studio było to dziwne doświadczenie.

Płytę tworzyliście w okrojonym składzie z udziałem gości. To lepsza forma współpracy i działania niż konkretny skład czy raczej wymóg chwili? Czy w sytuacji, gdyby nad płytą pracował normalny – pełny – skład, wyglądałaby ona dzisiaj inaczej, czy kwestie personalne nie miały wpływu na charakter utworów?

Moim zdaniem to było nasze jedyne rozwiązanie. Nie mogliśmy pozwolić sobie na regularne próby zespołu, dlatego postanowiliśmy postawić na projekt muzyczny i zaangażować osoby, które znamy i wiemy na co je stać. Nawet ze względów logistycznych łatwiej byłoby mi współpracować z Icanrazem niż z naszym dawnym perkusistą Romkiem. Po prostu z Warszawy bliżej do Białegostoku niż do Lewina koło Opola.

W przypadku „Stairs…” mam poczucie pewnego dysonansu – z jednej strony te utwory są bardzo otwarte, pełne różnych smaczków daleko wychodzących poza kanon, z drugiej jednak strony są mocno zakorzenione w metalu, rysujące grubą kreską granice, za które muzyka nie wychodzi. Z tej perspektywy pozostajecie bardzo konkretnym, osadzonym w metalu tworem. Czy to nie jest lekka schizofrenia, czy raczej celowe działanie i balansowanie na cienkiej linie?

Hmmm, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Z jednej strony Asgaard wywodzi się z metalu i nie odcinamy się od niego. Ale z drugiej strony uważamy, że nie można przez szereg lat grać tego samego. To byłoby nie fair w stosunku do nas samych i w stosunku do słuchaczy. Chciałbym teraz delikatnie przeskoczyć z psychiatrii na psychologię.  Ze względu na percepcję umysłu ludzkiego na muzykę udowodniono naukowo, że człowiek jest w stanie jako tako w miarę uważnie przesłuchać album muzyczny do 40 minut. Jednak w metalu ze względu szybkie zmiany motywów, zmiany tempa ta tolerancja jest znacznie krótsza. Dlatego częsta zmiana motywów, opieranie się na tempach wolnych szybkich jest naszym celowym działaniem. To jest zresztą praktykowane od wielu, wielu lat. Na przykład forma sonaty utrzymana jest również w różnych tempach, właśnie chociażby ze względu na percepcję ludzkiego ucha i mózgu.  I tak w przypadku przesłuchania całego albumu Asgaard może dominować uczucie zmęczenia wynikające z natłoku motywów, jednak zmiany tempa i zmiany stylistyki muzycznej mogą być dla mózgu kojące. Dlatego zdecydowaliśmy się na wpół schizofreniczne przeskoki międzgatunkowe.

Równie interesująca co muzyka jest grafika. Jak napisałem w recenzji, w dobie oszczędnych wydań, Wasza płyta ocieka wręcz bogactwem szczegółów i wyrafinowaną ornamentyką (gratulacje!!). Długo trwało przygotowanie tego konceptu? Kto odpowiada za taki, bardzo ciekawy efekt?

Dziękuję bardzo. Głównie to zasługa Michała Lorenca i  Romka Barana. Rzeczywiście zależało nam na ładnej i estetycznej okładce, lecz w stonowanych barwach. Elegancka płyta miała być nie tylko zwykłym produktem o oszczędnym wydaniu, lecz czymś więcej, co zasługuje na swoją cenę i pozwoli świadomie wybrać słuchaczowi, czy decyduje się na ładną formę wydawniczą na możliwie najwyższym poziomie, czy ściąga album jakich wiele z rapidsher’a. My chcemy cenić jakość.

Tytuł płyty jest bardzo interesujący i od razu nasuwa pytanie o liryczny koncept – o czym chcecie opowiedzieć w nowych utworach, czy teksty mają jakieś głębsze znaczenie?

Trudno wypowiadać się w imieniu Quazarre’a, jednak dla mnie same tytuły są niezwykle symboliczne. Na przykład uniwersalny symbol jakim jest labirynt może być wspaniałym odniesieniem do współczesnego zagmatwanego świata, skomplikowanych procesów społecznych, poczuciu zagubienia przez jednostkę we współczesnym świecie, lub nadmiaru informacji błahych jakie nas otaczają i nie pozwalają, aby dotarły do nas te bardziej istotne. Mówi się, że dzisiejsze czasy są okresem nadmiaru informacji, które często dezinformują. Wracając do tekstu, myślę, że intencją Quazarre’a była pełna dowolność w interpretacji jego tekstów, a nie stawiania określonych tez o znamionach dogmatu.

W jaki sposób kształtuje się zależność między słowem i muzyką – która płaszczyzna wpływa na pozostałą? Muzyka na tekst czy odwrotnie?

Najpierw powstaje muzyka, natomiast tekst rodzi się całkowicie autonomicznie.

W zawiązku z bardzo rozbudowanymi formami, pojawia się pytania, jak rozwiążecie takie kwestie na koncertach – czy nadal będzie to wynajem muzyków sesyjnych czy zamierzacie zewrzeć szyki i zaprezentować trwały skład. Czy koncerty promujące „Stairs…” będą w jakiś sposób szczególne, macie zamiar rozbudować scenografię itp.?

Tak, to jest bardzo trudne zadanie logistyczne. Nie obejdzie się bez muzyków sesyjnych, lecz także odtwarzaniu niektórych instrumentów klawiszowych, chórów czy loop’ów  z playback’u. Niestety, nie mamy jedenastu rączek i gardeł, aby to wszystko okiełznać. Chcielibyśmy, aby nasz koncert był spektaklem o odpowiedniej scenografii, grze świateł, odtwarzaniu projekcji multimedialnych, lecz z drugiej strony jesteśmy hamowani najważniejszym czynnikiem jakim po prostu są finanse.

Jakie zespół ma plany na najbliższą przyszłość?

Przede wszystkim chcemy skupić się na możliwie najlepszej promocji naszej płyty. To jest nasza najbliższa przyszłość. Naszym marzeniem będzie stworzenie kolejnej płyty i to w perspektywie możliwie krótkiej. Chcielibyśmy oczywiście zaistnieć poza granicami Rzeczpospolitej. Jednak mamy świadomość tego, że projekt muzyczny a nie zespół jest słabym produktem do sprzedaży, dlatego też nie mamy jakiś nierealnych oczekiwań.

 

Rozmawiał Arek Lerch