ARCHEOLOGIA POLSKIEGO METALU – rozmowa z Wojciechem Lisem i Tomaszem Godlewskim

Po lekturze „Jaskini Hałasu” należy dojść do wniosku, że rodząca się w bólach PRL-u podziemna scena była wypełniona ogromem ludźmi, którzy niegasnącym i niewyczerpanym entuzjazmem popularyzowali w Polsce metal, zakładając pierwsze zespoły, ziny, organizując koncerty. Pierwsza fala kapel nie odniosła takich sukcesów, jak odpowiedniki z Anglii czy Szwecji, ale nie jest to powód, dla którego należy o nich zapomnieć. Wojciech Lis i Tomasz Godlewski to archeolodzy polskiego metalu, dwóch gości, dla których demówki Imperator, Armagedon, Vader czy Exorcist to coś więcej niż zamierzchła przeszłość i prehistoria. W swojej książce dotarli do źródeł i nakreślili obraz raczkującego podziemia, takim jakie było. Z jego sukcesami i porażkami, jasnymi i mrocznymi stronami.

Ile czasu pochłonęło zbieranie materiałów, pisanie i redakcja książki?

Wojciech Lis: Całość prac nad „Jaskinią Hałasu” trwała blisko trzy lata. Chociaż jej geneza sięga jeszcze dalej. Pomysłodawcą książki jest Tomek i to on, bodaj cztery lata temu, będąc na chlanku u mnie zasiał pierwsze ziarno i ferment w mojej głowie. Jego kolejna wizyta i perswazje tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że warto podjąć temat. W styczniu 2010 rozpocząłem odświeżanie kontaktów sprzed lat i rozsyłanie pytań. Rok 2011 to było zbieranie materiałów, kompletowanie w jakąś sensowną całość i upominanie tych, którzy jeszcze nie odpowiedzieli. Od końca 2011 i jeszcze w 2012 pisałem swoją część. Potem trwał skład, korekta i cały proces produkcji, który nadzorowało już wydawnictwo Kagra.

Tomasz Godlewski: Prawie trzy lata. Długo, ale wynikało to między innymi z opieszałości ludzi, którzy odpowiadali na maile po czterech, pięciu miesiącach lub w ogóle, mimo zapewnień, że to uczynią. Szczegółowy opis zespołów napisałem prawie w całości z głowy, ale bardzo pomocni okazali się być Axer, były menago Slashing Death, Grzesiek Miszuk z Merciless Death oraz Wojtek Maziarz. Dzięki ich pomocy, a w zasadzie weryfikacji zdarzeń sprzed prawie 25 lat, uniknąłem błędów i mogłem przedstawić wszystko, tak jak to miało miejsce.

W jakim stopniu flyery, zdjęcia, okładki demówek czy plakaty zreprodukowane w książce są w Waszych prywatnych kolekcjach?

WL: Trudno podać mi procentowe dane. Każdy z nas ma osobiste archiwum „X”, z jakimiś ciekawymi starociami. Mamy też masę znajomych i kolegów, którzy zechcieli podzielić się swoimi zbiorami. Wszystko to, co widzicie w książce to też ich zasługa. Na wykorzystanie tych materiałów mamy zresztą od każdego z nich pozwolenie.

TG: Na pewno wielkie podziękowania należą się Piotrkowi Piaseckimu (ex-„Infernal Death zine”), który wrzucił masę fotek, flyerów, no i zrobił skład. Skład iście rodem ze starych zinów.

Tomasz Godlewski

Tomasz Godlewski

Jak Waszym zdaniem prezentują się z perspektywy czasu wczesne nagrania pierwszych polskich zespołów metalowych w zestawieniu z prekursorami z Niemiec, Anglii czy Szwecji?

WL: Myślę, że nasze zespoły w tym zestawieniu wypadają całkiem nieźle. Merciless Death, Vader, Imperator czy Slashing Death, to załogi, które wypluwały demosy na naprawdę wysokim poziomie. Wstydu nie ma. Oczywiście bandy pokroju Hammer czy Destroyer to wiocha i żenada, ale mówimy przecież o polskim podziemiu. Mam nadzieję, że Tomek się tutaj trochę rozwinie (śmiech).

TG: Pod względem jakości nie było najlepiej. Powód prozaiczny ‒ brak środków, instrumentów na poziomie oraz możliwości wynajmu profesjonalnego studio. Oczywiście były zespoły, które uciułały i nagrywały w miarę profesjonalnie. Pierwsze materiały wychodziły ze studio ARP w Szczecinie i w porównaniu z demosami z sal prób brzmiały bardzo profesjonalnie. Na przykład Slashing Death nagrało demo „Irrevocably and with No Hope” za 20 dolarów. W 1988 roku to było sporo pieniędzy w przeliczeniu na złotówki. My z kolei, nagrywając z Exorcist w tym samym roku „After the North Winds”, wydaliśmy ponad 100 marek. To była średnia pensja o ile się nie mylę. Natomiast kwestię muzyczną określę bardzo pozytywnie mimo, że w przeważającej ilości były to kapele grindcore czy ultradeathcore. Tak żywiołowej sceny nie było w żadnym innym kraju zza żelaznej kurtyny.

Na potrzeby książki dotarliście i przepytaliście całą armię osób, w tym muzyków, twórców zinów, wydawców, organizatorów koncertów. Z iloma osobami rozmawialiście?

WL: Wysłałem około stu dwudziestu wiadomości do osób z podziemia. Odpowiedziało około dziewięćdziesiąt twarzy.

TG: Rozmawiałem tylko z kilkoma muzykami, a zamierzałem przynajmniej z dwudziestoma. Niektórzy, nie będę wymieniał z nazwisk, byli wręcz oburzeni, że pozwoliliśmy sobie do nich napisać i zawracać dupę jakimiś archaizmami, o których w ogóle już nie pamiętają i nie chcą mieć nic wspólnego. Ja rozumiem, że gusta się zmieniają, że życie pisze takie a nie inne scenariusze, ale żeby nie móc odpowiedzieć na kilka pytań?! Wojtek przemaglował prawie sto osób. Zawiodła zdecydowanie płeć piękna. Iwona, Klaudia! Takie fajne ziny robiłyście w latach 80-tych.

Do kogo nie udało się dotrzeć? Kto jeszcze Waszym zdaniem powinien był zabrać głos?

WL: Planowałem osobny rozdział, który miał być hołdem dla pań związanych z polskim podziemiem. Niestety, nie udało się nawiązać kontaktu z tak ważnymi dla polskiej sceny  dziewczynami jak Iwona S. („Thrash Attack zine”), Ela K. („Thrash’em All” & „Death Metal zine”) czy obiema paniami z „Asphyx zine”. Nie będę podawał listy wszystkich tych, którzy nie odpowiedzieli. Dodam tylko, że brakuje tak ważnych person jak: Rafała S. („Death Metal zine”), Janusza G. („Purgatory Mag”) czy Poldka S. z fenomenalnego Condemnation.

Powiedźcie kilka słów o swoich wczesnych doświadczeniach koncertowych. Jakie zespoły polskie i zagraniczne zrobiły na Was największe wrażenie na początku Waszej przygody z ekstremą?

WL: Koncerty wyjazdowe w moim przypadku zaczęły się stosunkowo późno, bo na początku lat 90-tych. Wielkie wrażenie wywarły na mnie natomiast dwa zespoły z Tarnobrzega – Desecration i Suka. Widziałem ich koncerty w latach 89/90. Ten pierwszy mocno inspirował się wczesnym Sodom. Zaś Suka zrzynała z Napalm Death oraz Extreme Noise Terror. Na żywo oba zespoły grzały aż miło. Jeśli chodzi o zespoły zagraniczne, to chyba Disharmonic Orchestra w 1992 roku. Miło było posłuchać ich materiału z debiutanckiej płyty zza murów ciechanowskiego zamku.

Wojciech Lis

Wojciech Lis

TG: Koncerty w Polsce w latach 80-tych charakteryzowały się olbrzymią dawką agresji. Zadymy były wszędzie i zawsze. Krojenie z katan, skór, butów, na porządku dziennym. Nie było zmiłuj. W 1988 roku łysole w Spodku podczas Metalmanii wyfiletowali na chłodno jakiegoś metalowca i koncert Kreatora został przerwany. Byłem tam i na własnej skórze poczułem, co może uczynić bijące serce partii, czyli zomolska pałka. Skurczybyki zagazowały chyba pół miasta. Myślę, że to uspokoiło się gdzieś na początku lat 90-tych. Dziś koncerty to jak jedzenie wuzetki na urodzinach u cioci. Generalnie spokój, wszyscy się bawią, żadnej globalnej zadymy. Co do kapel to oczywiście największe wrażenie zostawiały te przybywające z zachodu. Protector, Kreator, Sodom, Running Wild. Co do krajowej sceny, to wszystkie kapele, które opisuję w „Jaskini Hałasu”, i te, z którymi mieliśmy jako Exorcist okazję wspólnie grać.

Czy możecie wymienić trzy ulubione demówki lub albumy polskich kapel, które powstały w ramach pierwszej fali i do dziś bardzo dobrze się Wam ich słucha?

WL: Trzy to trochę mało, ale spróbuję. Quo Vadis „MONofobia”, Slaughter „Into The Darkness” oraz Vader „Necrolust”.

TG: Mógłbym wymienić zapewne więcej, ale takie trzy giganty dla mnie to: Separator „Rehearsal ’87” (za totalną bezkompromisowość), Prosector „Terrible Ceremony” (za żywiołowość) oraz Vader „Necrolust” (za profeskę).

Tomek, po wielu latach przerwy Twój założony w 1986 roku zespół Exorcist jest bliski wydania premierowego materiału. Kiedy to nastąpi i czy płyta przeniesie słuchaczy o dwie dekady wstecz?

TG: Tak, materiał jest już ukończony, wokale nagrane, pozostał jeszcze miks. Teraz będę miał trochę więcej czasu i zajmę się tym wraz z Pawłem Ręczkowskim. Płyta będzie zawierać trzy utwory z pierwszego demo, dwa utwory z drugiego i dwa zupełnie nowe kawałki. Wszystko na nowo nagrane i zaaranżowane. Ci, którzy znają naszą muzykę ze starych lat na pewno będą mogli wrócić do tamtych czasów.

Raz na jakiś czas współczesne zespoły wydają demówkę lub ep-kę na kasecie magnetofonowej (np. do październikowego numeru angielskiego magazynu „Terrorizer” dołączono kasetę Electric Wizard). Czy ekscytują Was aktualnie pojawiające się kasety czy tylko skamieliny z lat 80-tych i 90-tych?

WL: Zupełnie mnie nie interesują. Czasem dostaję jeszcze jakieś demówki. Ostatnio od Leszka Wojnicza, materiał grupy Deadly Frost i to było dobre. Natomiast sam nie kupuję taśm.

TG: Od kilku lat wyraźnie wraca thrash metal, mój ulubiony gatunek. Zespoły jak Fast Kill, King’s-Evil, Andralls czy Deathraiser wydają naprawdę fajne płyty. Generalnie jednak wolę skamieliny z takich czy innych powodów. Ze współczesną polską sceną nie łączy mnie właściwie nic. Mam czego słuchać. Przez prawie trzydzieści lat uzbierałem mnóstwo muzyki, głównie na winylach oraz CD i CD-R, na których mam pozgrywane z taśm wszelakie demówki. Taśm już prawie nie mam. Nie przetrwały próby czasu, a poza tym ten nośnik upatrzyły sobie przede wszystkim black metalowe sfory z gatunku „trve”, a te zasadniczo mnie nie interesują.

Czy pomimo fascynacji pierwszą falą metalu śledzicie także nowe metalowe trendy?

WL: Nie śledzę nowych trendów w metalu. Pod tym względem niereformowalna ze mnie skamielina  z epoki kamienia łupanego.

Metalowe trofeum/przedmiot związany z dawnymi czasami, który darzę największym sentymentem to…

WL: Największym sentymentem darzę listy, którymi zacząłem wymieniać się w 1989 roku. Teraz to już poblakłe kartki, wyświechtane stare znaczki i strzępy kopert, ale wspomnienia związane z osobami, z którymi pisałem są niezwykle miłe. Przechowuję sporo materiału gromadzonego od 1986/87 roku. To wtedy zacząłem kupować czarno-białe „Non Stopy”, „Magazyny Muzyczne”, tygodnik „Na Przełaj”. Mam tego całkiem sporo. Ponadto wiele wycinków dotyczących metalu w Polsce i zagranicą z tak egzotycznych pism jak „Panorama”, „Świat Młodych”, „Dziennik Ludowy” czy „Razem”. Oczywiście stare, oryginalne demówki np. rodzimego Slashing Death czy włoskiego Schizo. Pierwsze polskie winyle kupowane od zespołów czy promotorów (Quo Vadis lub Imperator), stare ziny. Wszystko to jest dla mnie bardzo ważne.

TG: Zdjęcia z muzykami z koncertów w Polsce i zagranicą. Autografy, winyle i chyba co najważniejsze, wspomnienia.

 

Rozmawiał Adam Drzewucki