ANTIGAMA – Nasz świat to pomysł kogoś dość bezczelnego

W naszym zmanierowanym świecie miło jest czasem wymienić kilka zdań z osobą, która o swojej muzyce mówi w sposób autentycznie pełen emocji i zaangażowania. Wydawać by się to mogło normą, ale, niestety, wyznać Wam muszę, że bardzo wielu muzyków do nadęci megalomani przekonani o własnej niepodważalnej wielkości zupełnie niewspółmiernej do osiągnięć jakie mają na koncie. Zupełnie inaczej mają się sprawy jeśli chodzi o warszawską Antigamę. The Insolent, siódmy album grupy to po raz kolejny potwierdzenie tego, że zespół łączy wizję bardzo kreatywnych umysłów i przekuwa ją w unikalny styl leżący na pograniczu metalu, grindcore i eksperymentów. Mocna, inteligentna i pełna emocji płyta, która w moim odczuciu jest jedną z najlepszych pozycji w dorobku zespołu. Zapraszam na niezbyt długą, ale za to bardzo emocjonalną rozmowę z wokalistą Antigamy Łukaszem, który to podzielił się ze mną garścią przemyśleń na temat „The Insolent”…

Dwa lata jakie minęły od czasu wydania bardzo dobrze przyjętej przez fanów płyty Meteor to czas bardzo dla Was aktywny. Zagraliście naprawdę sporo koncertów, po drodze wydaliście też mocny split z The Kill i Noisear. Czy patrząc na te dwa lata z perspektywy dnia dzisiejszego uważasz, że były one dobre dla Antigamy?

Chyba tak. To był czas paru zmian i w składzie i miejsca gdzie stacjonujemy, ale przede wszystkim zaczęliśmy się oddalać od trudnych czasów i szukać nowego. Wiesz, tak z mojego punktu widzenia to wcale nie był to jakiś totalnie aktywny czas. Wręcz przeciwnie, to był czas normalizacji i działań “systemowych”. Udało nam się poprawić nasze relacje i rezultatem tego jest „The Insolent”.

Patrząc na to co dzieje się na koncertach jakie gracie w ostatnim czasie, trudno jest nie pokusić się o stwierdzenie, że granie sprawia Wam chyba teraz tyle frajdy co nigdy wcześniej. Odnowiona Antigama lepiej odnajduje się na scenie niż w czasie gdy bębny obijał Sivy?

Może to kwestia komfortu i zaufania. Jesteśmy na pewno pewniejsi i z tego powodu mamy większą ochotę na granie razem, nie tylko na koncertach. Wychodząc na scenę każdy z nas dostaje to czego chce i może się na tym skoncentrować.fotRobertWierzbicki

Obecny skład z nowym basistą na pokładzie jest efektem wspólnych koncertów z Rape of Mind?

Niezupełnie. Z Sebastianem Kucharskim parę lat wcześniej pracowałem nad płytą a sea ov smoke i napisał mi, że gdyby kiedyś, coś, to jest. Miałem oczywiście obawy bo jesteśmy specyficzną grupą z dziwnymi charakterami, ale jakoś to przetrwał. Przy okazji nagrań pokazał, że ma inwencję i potrafi się odnaleźć w naszym dźwięku a to coś w sumie u nas nowego (śmiech).

Nawiązując do tytułu nowego albumu – uważasz, że artysta powinien być bezczelny?

Tak, ale nie ograniczać się tylko do tej emocji. Bezczelny dziś musi być każdy kto ma ambitny cel, nie chodzi tu o chamstwo tylko o odwagę. Przyznaję, że ten tytuł mógłbym Ci rozkminiać na 20 stronach, ale w skrócie nasz świat to pomysł kogoś dość bezczelnego.

„The Insolent” to kolejny krok w przeszukiwaniu muzycznych przestrzeni. Po raz kolejny serwujecie fanom płytę, która jest inna niż poprzednie a jednocześnie dość wyraźnie nawiązujecie do tego co nagrywaliście jak i do klasyki gatunku. Uważasz, że nowe, muzyczne dziecko Antigamy jest dowodem na to, że zespół ciągle się rozwija?

Tak, to jest to co mnie bardzo motywuje. Zwłaszcza jak słyszę to od innych (śmiech). Mam wrażenie, że cały czas idziemy swoją drogą, nie spiesząc się odwiedzamy interesujące nas rewiry i dobrze się bawimy. Początkowo „Meteor” był trudny do przeskoczenia bo miał mocne idee, był silny i wściekły. Dlatego nie staraliśmy się tego pogłębiać, tylko szukaliśmy nowych pomysłów.

Jak ważny jest dla Ciebie rozwój? I co właściwie oznacza to pojęcie w kontekście takiej a nie innej muzyki wykonywanej przez Antigamę?

Czasem mam wrażenie grając na próbach, że coraz lepiej ujeżdżam bestie hałasu. Może rozwój polega na tym, że mamy coraz więcej przestrzeni mimo coraz większego zagęszczenia? To nie tylko dotyczy muzyki, a tak naprawdę muzyka jest elementem większej całości. Życia. Rozwój powinien być istotny dla każdego bez wyjątku. Bez niego mamy proces odwrotny a to umieranie. Musimy rosnąć w doświadczeniach i mieć energię każdego dnia żeby coś poprawić. Taka jest nasza prawdziwa natura. Ale mamy wybór i to, że go mamy jest w pewnym sensie bezczelnością (śmiech) bo zupełnie nie wiemy co zrobić. Ja tresuję hałas (śmiech).

„The Insolent” to materiał przesycony pierwotną i dziką energią jaka leży u podstaw gatunku nazwanego kiedyś grindcore, ale jednocześnie jest to muzyka, która rozgrywa się na kilku płaszczyznach. Jaki jest według Ciebie fundament, na którym została zbudowana ta płyta?

Myślę, że ten fundament ukształtował Sebastian Rokicki. Jego wrażliwość czasem mnie zaskakuje, nie kumam wszystkiego na samym początku. Kiedy powstawała muzyka wiedziałem, że muszę być cierpliwy i że nie wszystko jest cenne co od razu świeci. Dopiero po nagraniach próbnych zaczął się wyłaniać charakter całości tej płyty.

Nasz świat to pomysł kogoś dość bezczelnego

Nasz świat to pomysł kogoś dość bezczelnego

W moim odczuciu „The Insolent” zawiera zdecydowanie bardziej otwartą i dziką muzykę niż „Meteor”, który był taką zwartą petardą mknącą z prędkością światła z punktu A do punktu Z. Czy Wasze spojrzenie na muzykę jaką chcecie grać zmieniło się w ciągu dwóch lat jakie minęły od premiery poprzedniej płyty?

Na pewno, dwa lata to sporo żeby się zainspirować i niewiele żeby wyrzec się korzeni. To czas tak naprawdę rysuje to co się potem wyrzuca na próbach. Chyba czujemy większą swobodę a to daje więcej satysfakcji. Może też zobaczyliśmy wspólne cele jako kapela. Ta płyta niesie dużo emocji i napędu do działania, pokonywania przeszkód.

Niektórzy fani ciągle czekają na to kiedy w Antigamie znów zagości duch połamanych, zimnych eksperymentów. Uważasz, że w takim składzie osobowym jak dziś, jesteście w stanie nagrywać tak introwertyczne i połamane płyty jak „Zeroland” czy „Resonance”?

Tamta unikalność wynikała z wad w zespole i braku wspólnego myślenia. To dawało ciekawy efekt, ale było w sumie destrukcyjne, dlatego wszyscy mówili, że gramy jak pojebani. Muzyka wtedy była rozciągnięta między różne sytuacje między nami. Zupełny idiotyzm na dłuższą metę. Dlatego odszedłem w pewnym momencie. Dla mnie ideałem jest jak zespół ma cały czas świeżość pierwszych prób i radość w poznawaniu wspólnych pomysłów i teraz wróciliśmy do tego stanu jaki Antigama miała na samym początku. Nie czujemy zupełnie żadnych barier i jaramy się wolnością. Chyba nie wrócimy do tamtych klimatów, choć dla mnie te płyty nie są specjalnie połamane.

Muzyka z „The Insolent” robi wrażenie, ale Twoje wokale nie pozostają w tyle nawet o pół kroku. W moim odczuciu Twoje partie nagrane na tym albumie to najlepsze wokale jakie Antigama miała do tej pory. To prawda, że nagranie zajęło Ci jedynie trzy godziny?

Miałem dwa dni na nagranie tego materiału. Przyszedłem i w trzy godziny nagrałem większość. Robiliśmy tak, że miałem dwa tory i jechałem parę razy. Trzy godziny tak zapierdalać było i tak bardzo dobrym wynikiem; na drugi dzień byłem jak po wypadku samochodowym i nagrywałem może ze dwie godziny to co zostało i poprawki oraz efekty. Tego jest dość dużo, ale wyszły totalne wokale, tego chciałem i tak to sobie projektowałem przy nagraniach z prób.

Oprócz „śpiewu” zajmujesz się też komponowaniem muzyki elektronicznej i na poprzednich wydawnictwach Antigamy mogliśmy słuchać efektów Twojej pracy. Tym razem jednak zaprosiliście do współpracy Władysława Komendarka, nomem omen, postać kultową – jak doszło do tej współpracy? Czy „Gudonis” znał muzykę Antigamy zanim pojawiło się pole do stworzenia czegoś wspólnego?

Tym razem chcieliśmy zaimprowizować do paru moich fragmentów. Kiedy każdy dograł improwizacje/trans, do jednego z nich okazało się, że brakuje sola (śmiech). To Sebastian Kucharski miał z Władysławem kontakt i on jakoś mailowo się zgodził dograć swoje ścieżki. Zrobił to bardzo szybko i to co przysłał okazało się mega. Utwór nabrał zupełnie nieoczekiwanego kolorytu, ale i zawiązała się struktura. On to zrobił tak jak my, improwizował na swoich zabawkach bez zobowiązań. Nic nie musieliśmy zmieniać czy wyciszać.

Rejestrację materiału i ostateczną obróbkę dźwięku do fazy finalnej powierzyliście sprawdzonej ekipie. Po raz kolejny wspomagali Was Janos i Scot Hull. Zwycięskiej drużyny się nie zmienia? A może dobrze czujecie się pracując z ludźmi, których możliwości i ograniczenia znacie?

Tak, ale to też logistyka. Studio JNS jest tam gdzie mamy próby, Janos nas zna i wie o co chodzi z naszymi psychozami. To bezpieczne rozwiązanie a do fajnej pracy jest niezbędne. My nie potrzebujemy jakiś super gratów i pięknych reżyserek bo istotą nagrania są ludzie i ich emocje.

Chwilę po premierze „The Insolent” pakujecie walizki i wyjeżdżacie na trasę po USA gdzie będziecie dzielić scenę min. z Drugs of Faith. Zwieńczeniem trasy będzie występ na prestiżowym Maryland Deathfest – jesteście podekscytowani tym faktem? Oprócz koncertów w USA planujecie na ten rok inne działania koncertowe w Polsce i Europie?

Jesteśmy bardzo pozytywnie nastawieni do tego wyjazdu, jedziemy w fajne miejsca z bardzo fajną ekipą a na koniec zajebiemy w Baltimore na MDF. Dla kapeli to wielka szansa na zintegrowanie się. Po powrocie mamy dwa koncerty premierowe „The Insolent” w Warszawie i Łodzi, potem dwa koncerty w Czechach i Fekal Party. Później będziemy jeździć z nowymi koncertami po Polsce.fotMarcinPawłowski

Śledząc newsy, które publikowaliście przed premierą materiału, wielu fanów zanotowało znaczący skok ciśnienia na wieść o tym, że nagraliście też klip wideo. Czego możemy spodziewać się po współpracy z Bartkiem Rogalewiczem? Kiedy teledysk zostanie pokazany światu?

Sam nie wiem mimo tego, że dziś premiera płyty (śmiech). Nie nagraliśmy clipu, tylko robimy obraz złożony z wielu różnych materiałów między innymi naszych zdjęć. Bartek to wizjoner i jest ciężki do przewidzenia, przy okazji prac na grafiką do płyty często go inspirowałem pomysłami a on je interpretował po swojemu. Sam jestem bardzo, bardzo ciekawy. Klip zamierzamy nakręcić na czerwcowym koncercie w Łodzi.

W tym roku mija 15 lat od czasu narodzin Antigamy nadal potrafisz cieszyć się tym, że zespół ten stał się częścią Twojego życia?

Bardzo szybko minęło muszę przyznać. W tym czasie wydarzyły się wszystkie najważniejsze rzeczy w moim życiu i teraz pozycja muzyki jest istotna i bardzo ją szanuję. Mogę powiedzieć, że tam w tym wokalu jest bardzo wiele moich prawdziwych emocji a to, że je mogę wyartykułować, zawdzięczam kolegom z kapeli. Zdarzają się momenty, kiedy mamy przerwę czasem to nawet jest niezbędne, ale po jakimś tygodniu zaczynam być rozdrażniony i nie mogę się na niczym skoncentrować, wiesz o co chodzi? Muszę się powydzierać, zedrzeć się tak, żebym wiedział, że słychać było daleko. Wtedy jestem znów spokojny (śmiech).

Rozmawiał Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: archiwum zespołu/Marcin Pawłowski/Robert Wierzbicki