ANTHEM ‒ Oddech wymarłego świata

Żadnej podziemnej kapeli nie jest łatwo, ale prawdopodobnie w momencie, gdy powszechnie rządzi i triumfuje zakapturzony black metal, tym grającym tradycyjny death metal, jest ciężko podwójnie. Jedną z nich jest poznański Anthem, którzy nakładem Mad Lion na początku 2014 wypuścił skrajnie brutalny debiut Phosphorus i przygotował wideoklip do kawałka Prorok, który rozpoczyna mordobicie, jakie funduje album. O dobrych i mniej przyjemnych aspektach bycia skazanym na death metal mówią gitarzysta i wokalista Vivi oraz basista Hajlig.

Na początku 2014 wydaliście pierwszego longplaya, ale historia kapeli sięga dziesięciu lat wstecz. Jak wyglądały Wasze początki i czemu tak długo zabieraliście się do wydania płyty?

Vivi: Faktycznie, trochę czasu zajęło nam wydanie pełnego albumu, ale myślę, że efekt końcowy wynagrodził to wszystkim tym, którzy czekali. Udało się po wielu latach zmagań zANTHEMhajlig trudnościami jakich doświadcza chyba każdy zespół. Anthem powstał w 2005 roku, a dwa lata później nagraliśmy pierwsze demo „Goecja” w półprofesjonalnym studio Wojtka Hołysza, gitarzysty Empty Playground. Następną produkcją były dwa utwory zarejestrowane w 2009 roku pod tytułem „Necronomicon”. Znaleźliśmy wtedy naszą muzyczną drogę i kierunek w jakim chcemy zmierzać. „Necronomicon” mieliśmy przyjemność nagrywać ponownie z Wojtkiem, tyle, że tym razem w sto razy lepszym miejscu. Było to studio, które znajdowało się wówczas w sklepie Music Store w Poznaniu. Świetnie wyposażone, dobre warunki pracy, profesjonalna współpraca. Wynajęto nam ten cały, wspaniały sprzęt dosłownie za frytki. Doświadczenie realizatora dźwięku i myślę, że nasze też, pomogło zrobić znacznie lepszy materiał niż pierwsze demo.

Początki Anthem były po prostu straszne! Brak jakiegokolwiek sprzętu, brak umiejętności, wszelkie możliwe problemy życiowe, jakie mają małolaty. Nadrabialiśmy jednak żarliwą wiarą w zwycięstwo (śmiech). Jak większość młodych ludzi wymarzyliśmy sobie, że będziemy sławni i nie rozumieliśmy tak naprawdę czego oczekujemy od muzyki i od siebie. Graliśmy po spelunach, garażach i innych śmierdzących miejscach, wypijając ogromne ilości piwa i obserwując naszą małą, wielkopolską scenę. Wielokrotnie zmieniał się skład, mieliśmy też spore przerwy w graniu spowodowane różnymi przeszkodami, jakie spotykają zwykłego zjadacza chleba.

Wypuściliście właśnie nieprzeciętny klip do numeru „Prorok”. Jak przebiegały prace nad nim i jak wspominacie dzień zdjęć?

Vivi: Zacznę od końca tym razem. To był dzień pełen wrażeń. Klip nagrywaliśmy pierwszy raz w życiu i byliśmy podekscytowani. Było oczywiście bardzo wesoło i zabawnie. Potrafimy się dobrze bawić, a humor dopisywał. Szczerze powiedziawszy, rzadko nam go brakuje jak jesteśmy razem (śmiech). Uważam, że poszło całkiem sprawnie, bo zajęło nam to raptem dziesięć godzin. Przy zerowym doświadczeniu z naszej strony. Mózgiem i realizatorem projektu był Wojtek Hołysz, który rejestrował nasze demówki. Zmienił w ostatnich latach branżę i profesjonalnie zajmuje się prowadzeniem studia filmowego. Po raz kolejny poświęcił nam swój czas i sprzęt, za co jesteśmy mu bardzo wdzięczni.

Hajlig: Kręcenie klipu było czystą przyjemnością, ale oczywiście, jak to bywa w obozie Anthem, musiał swoje odleżeć i wypuszczamy go dopiero teraz, choć był gotowy od kilku ładnych miesięcy. Powoli myślimy o kolejnym teledysku. Planujemy większy rozmach, nagie, piękne kobiety, ognie, fajerwerki itp. Celujemy w końcówkę 2015.

Zagraliście w czerwcu dwie sztuki z czeskim Hypnos. Jak było?

Vivi: Pierwsza z nich była zajebista, bo odbyła się w Leśniczówce w Chorzowie, którą znamy już troszeczkę (śmiech). Znakomite grono, dobre nagłośnienie, smaczna impreza i wiele innych dobroci. Koncerty metalowe to ogromne wyzwanie dla organizatorów. Trafienie w datę, dobra promocja i brak innych imprez w okolicy to dopiero połowa sukcesu, żeby tylko zwróciły się koszty. Aby sala pękała w szwach, ludzie muszą być wygłodzeni i spragnieni krwi. Nie jestem organizatorem i nie znam się na tym, ale bez tego nie ma szans na porządny koncert. Mówię o tym wszystkim, bo sztuka w Opolu była jedną z tych, które nie powinny się odbyć. Zjawiło się chyba pięć osób. Tak to już czasem jest…

Hajlig: Impreza w Leśniczówce jak zawsze zacna, granie przed Hypnos to naprawdę fajne przeżycie. Chłopaki są w 100% profesjonalistami, a do tego słucham ich od początku powstania zespołu i oczywiście znam z czasów Krabathora. Koncert był bardzo udany, premierowe wydawnictwa Mad Lion oraz 7Gates nie zawiodły. Była kupa ludzi i naprawdę niepowtarzalna atmosfera. Zabawa trwała do białego rana, a wspólne śniadanie przed klubem przejdzie chyba do historii…

Oddech wymarłego świata

Oddech wymarłego świata

Anthem gra radykalny death metal osadzony w korzeniach gatunku. Czy to jest także muzyka, na której się wychowaliście?

Vivi: Jak najbardziej. Wychowałem się na rasowych kapelach, takich jak Deicide czy Morbid Angel. Z tym, że nie czerpiemy z ich najnowszych dokonań, a głównie z wczesnych. Muzyka metalowa przeszła metamorfozę. Wraz z upływem czasu, na nowych płytach starych kapel jest coraz mniej dawnego stylu, a coraz więcej innowacji…

Hajlig: Każdy z nas od zawsze słucha death metalu, więc oczywiście, wychowaliśmy się na najbardziej bezkompromisowych płytach, jakie można było dostać. Jadąc na koncert cały czas ładujemy jedynkę Deicide i stare Cannibal Corpse!

Podziemny metal to nie tylko beztroska zabawa, a najczęściej po prostu mozolna harówa i ciągłe dokładanie do interesu. Czy tak zwana stereotypowa, normalna osoba będzie w stanie zaangażować się w to na dłużej niż rok czy dwa?

Hajlig: Stereotypowa, normalna osoba nie słucha death metalu tylko… w sumie nawet nie wiem czego słuchają normalni ludzie… pewnie radia. A jak już ktoś kocha podziemną muzę to musi jeszcze wytrzymywać hałas na próbach, picie na koncertach i ciągłe zmaganie się z mniejszymi lub większymi przeciwnościami, których po drodze nie brakuje. Jednak, jak już sobie poradzimy z tym wszystkim, zostaje sama przyjemność i tylko sporadyczne problemy wynikające z potrzeby pracowania pomiędzy koncertami i próbami.

ANTHEMviviMiastem rodzinnym Anthem jest Poznań, ale od dłuższego czasu mieszkasz w okolicach Warszawy. Jak często macie okazję grać razem i czy komponujesz nowe numery sam w domu?

Vivi: Te trzysta kilometrów między nami to nie problem, bo to zaledwie dwie i pół godziny drogi autem. Prawda jest taka, że zmiany życiowe jakie sobie zafundowałem przeprowadzką, skutkują brakiem czasu na granie. Radzimy sobie z tym całkiem dobrze, choć czujemy niedosyt prób i wspólnego komponowania nowych kawałków. Staram się być w Poznaniu raz w miesiącu, aby zrobić co najmniej dwie całodniowe próby, wymienić się pomysłami, pośmiać się i pogadać. Na to ostatnie zawsze jest za mało czasu. Mamy to szczęście, że prócz grania w zespole, jesteśmy dobrymi kumplami i znamy się piętnaście lat, więc jest o czym rozmawiać, a wiadomo, nie siedzimy o suchych pyskach, czego sam doświadczyłeś będąc na jednej z takich prób. Myślę, że spędziłeś miło czas. Między próbami w pełnym składzie chłopaki nie marnują czasu i grają beze mnie. Ćwiczą kondycję, ogrywają się z materiałem i robią nowe kawałki. Gdy powstaje coś podczas mojej nieobecności, nagrywają to na telefon i dostaję takie pomysły na skrzynkę mejlową. Działa to w obie strony. Myślę, że robi tak znaczna większość zespołów, której cały skład nie mieszka w jednym mieście.

Do niedawna grałeś też w Sphere. Otwieraliście nawet wrocławski koncert Cannibal Corpse w 2012 roku. Czemu odszedłeś?

Vivi: Spędziliśmy razem spory kawałek fajnego czasu. Tym bardziej, że dołączyłem do zespołu w bardzo trudnym momencie. Odeszli wtedy obydwaj gitarzyści, a perkusista i basista nie byli w stanie dokładnie pokazać mi riffów starych kawałków. Mieliśmy frajdę z tego koncertu i było znakomicie, bo grając u boku Kanibali nie mogło być inaczej. Wszystkie, małe niedogodności na takiej imprezie nie mają większego znaczenia, możesz mi wierzyć. Odszedłem ze Sphere z tego samego powodu, który ogranicza mnie teraz w Anthem, czyli braku czasu. Po prostu uznałem, że jeśli nie daję rady grać w oku kapelach naraz, lepiej będzie zostać tylko z Anthem. Granie w drugim zespole to nie tylko cotygodniowa próba, ale robienie nowego materiału, koncerty, wyjazdy i wreszcie studio, nie wspominając o koleżeńskim piwie. Tak więc rozstaliśmy się w bardzo ludzki i przyjazny sposób, a na piwo nadal nie możemy się umówić.

Twój drugi zespół Empty Playground nie wypuścił żadnego materiału od 2010 roku. Czy kapela jest wciąż aktywna, można spodziewać się Waszego powrotu?

Hajlig: Można się spodziewać, ale jeszcze nie wiem kiedy. Cała ekipa Empty Playground jest mocno zajęta i do końca 2014 to się nie zmieni. Materiał mamy już zrobiony, musimy tylko przycisnąć z próbami. Nie ukrywam, że z wielką chęcią wyszedłbym na scenę i zagrał mocny koncert z Empty. Idzie powoli, bo trafiło na taki moment, że intensywnie rozwijamy się zawodowo, zakładamy rodziny i cholernie ciężko jest wszystkich zgrać.


ANTHEM – PROROK from Chris Hajlig on Vimeo.

W jakim stopniu interesuje Was to, co dzieje się aktualnie na scenie, mam na myśli nowe kapele, nowe płyty?

Hajlig: Staram się trzymać rękę na pulsie, ale ciężko ogarnąć tak ogromną ilość nowych wydawnictw. Zaplanowanie, na które koncerty chce się człowiek wybrać, stanowi już problem, a co dopiero kiedy i gdzie będzie okazja samemu jakiś zagrać. Pamiętacie jak przegrywaliśmy kasety i każdej z nich poświęcaliśmy mnóstwo czasu? Aktualnie nie mam kiedy porządnie przesłuchać nawet najlepszych, nowo ukazujących się albumów.

Rozmawiał Adam Drzewucki

Zdjęcia: archiwum zespołu