AMPACITY – Czekamy na swój pierwszy hotel

Wywiady, wywiady… Jak tu przeprowadzić rozmowę, dryfując w kosmosie dźwięków… Bo przecież w kontekście muzyki z nowej płyty AmpacitySuperluminal, trudno rozmawiać o tym, czy dobrze pracowało się w studiu nagraniowym, albo dlaczego na okładce znalazł się wypasiony kosmonauta. Inna sprawa, że sami muzycy prowokują werbalne harce po tak skrajnych „kwiatkach”, jak wąsy, konfabulacje, kwasy i… hipster – hop. Czy może być coś ciekawszego? W dodatku rozmówcy stawili się tłumnie: gitarzyści Jan Galbas i Piotr Paciorkowski, basista Wojtek Lacki oraz pałker Sebastian Sawicz postanowili mnie zagadać. Udało się? Zapraszamy na lot bez trzymanki. Przed Państwem Ampacity!

O ile poprzednia płyta Ampacity była poczwarką, dzisiaj mam wrażenie, że wykluł się z niej motyl. A jeśli motyl, to jaki?

Piotr Paciorkowski: Pół motyl pół ćma… Kosmiczny, dziwny motyl, który wykluł się w bólach i po przejściach.  Jan Galbas: Ciekawe porównanie. Od nagrania pierwszej płyty minęło sporo czasu i jesteśmy trochę innymi ludźmi niż byliśmy wtedy. Motyl odnalazł magicznego jednorożca i razem pokonali imperatora galaktyki.  Sebastian Sawicz: Chyba nie wykluł się jednak motyl. Ta poczwarka ewoluowała w coś dziwnego, co może polecieć ale umie też zanurkować! Mało ma to w sobie ograniczeń.

Mam wrażenie, że ten motyl, nie dość, że w kosmos uleciał, to jeszcze trochę kwasa zarzucił…

Jan: Chciał się chyba też trochę wyżyć…  Piotr: Kwasa i speeda, tego nawet Hawkwind nie potrafili pogodzić, i dlatego Lemmy musiał odejść. A tak na poważnie, to jest to wynikiem zupełnie innych okoliczności powstawania tej płyty, niż miało to miejsce przy „Encounter One“. Pierwszy album powstał w dwa miesiące spokoju, a drugi powstawał przez dwa lata turbulencji.

Ale turbulencji konstruktywnych? Nie destruktywnych?

Piotr: Ostatecznie mamy nadzieję, że konstruktywnych, chociaż były okresy, gdy wydawało nam się, że ta płyta nie powstanie nigdy.  Jan: Warto było się pomęczyć.

Druga płyta to chyba jednak trudniejsza rzecz niż „trójka”. Trudno było zmusić się by zacząć tworzyć?

Jan: Najtrudniej było przyznać, że się przekombinowało i zacząć od nowa. Później już było łatwiej. Pojawiły się nowe pomysły i nowy kierunek, którego nawet się za bardzo nie spodziewaliśmy.  Piotr: Tworzyć zaczęliśmy praktycznie od razu, natomiast syndrom drugiej płyty faktycznie nas dopadł – pogłębiło go dodatkowo dobre przyjęcie „Encounter One“. Przez ten okres powstało mnóstwo materiału, z którego odsialiśmy ostatecznie niewielki ułamek.

Przekombinowanie to chyba słowo, które w Waszym kontekście będzie się pojawiać, bo pierwsza konstatacja w związku z lekturą płyty była taka: „ja pierdolę, co oni biorą?”

Jan: A żebyś wiedział ile riffów wywaliliśmy, żeby to się trzymało kupy. Ale jeśli taka jest pierwsza reakcja to ja się cieszę.  Piotr: Lubimy kombinować z aranżami, i o ile na pierwszej płycie zastanawialiśmy się co jeszcze można by dodać, to tutaj głowiliśmy się, co wyrzucić, żeby nie przesadzić.Ampacity 2

Dużo się dzieje, ale jednocześnie czuć ideę, zespół, który bardzo dobrze się ze sobą bawi. Na razie wróćmy jednak do poprzedniego krążka – na ile procent udało się z niego wycisnąć soki? Wypromować? Czego nie udało się zrealizować?

Piotr: Sądzę, że pierwsza płyta przerosła nasze oczekiwania, pod każdym względem był to duży krok do przodu. Jan: Dwa koncerty z Mikołajem Trzaską, Nieme na Żywo, InNowica no i OFF, z którego nawet udało się wydać bootleg. Myślę, że żaden z nas się nie spodziewał, że pierwsza płyta nas tam zaprowadzi. Zwłaszcza koncerty z Mikołajem i Nieme na Żywo były bardzo pouczające.  Seba: Zaczęliśmy grać „nietypowe” koncerty – te, o których wspomniał Dziablas. Pojedyncze, ciekawe sztuki. Na pewno deal z Instant Classic też jest efektem odbioru „jedynki”.

Ile dotychczas sztuk (dżobów…) zagraliście?

Piotr: Nigdy tego nie liczyliśmy, na pewno mogliśmy grać dużo więcej. Sam doskonale zdajesz sobie sprawę, że dziś promocja zespołów naszego pokroju to w dużej mierze koncerty – niestety, nigdy nie mogliśmy sobie pozwolić na długie trasy, z bardzo przyziemnych, życiowych, zawodowych i rodzinnych powodów. Nie chcemy chyba za bardzo myśleć nad celami, które moglibyśmy zrealizować – przede wszystkim chcemy mieć z tego radochę, a poza tym – staramy się balansować pomiędzy życiem a zespołem w taki sposób, żeby być cały czas obecnymi gdzieś tam z tyłu głów ludzi, do których nasza muzyka trafia.

„Nie chcemy myśleć nad celami”. Ale jednak myślicie, skoro robicie muzykę lepszą, bardziej hipnotyzującą i wciągającą. Tylko nie mówcie, że gracie dla siebie…

Piotr: Cele muzyczne, jak najbardziej – bo tutaj ograniczeniem jest tylko kreatywność. Jasne, że bez odbiorców to wszystko na pewno zupełnie inaczej by smakowało, ale ja osobiście uważam, że każdy, dobry artysta tworzy w pierwszej kolejności dla siebie. Nie wiem, czy można nas nazwać dobrymi artystami, ale cieszę się, że uważasz, że ta płyta jest lepsza i bardziej wciągająca niż poprzednia. Znaczy, chyba się jednak udało.  Wojtek: Na pewno nie jest tak, że gramy dla siebie. To, jak nasza muzyka jest odbierana, daje nam bardzo dużo energii do działania. Mimo wszystko, bardziej koncentrujemy się na procesie robienia muzyki i rozwoju niż na realizacji planu. W pewnym sensie myślimy o celu. Wydaje mi się, że w tym wypadku celem jest to, żebyśmy wspólnie zrobili coś z czego każdy z nas będzie się cieszył teraz i w przyszłości.  Jan: Rozwinęliśmy się muzycznie, ale nadal jedyne kryterium jakim się kierujemy to nasz własny gust. Natomiast świadomość, że są ludzie, którzy czują podobnie, jest czymś bardzo miłym.

Słuchając Waszej płyty, zastanawiam się, co było tu główną inspiracją? Czy były jakieś inspiracje, czy … tylko WOLNOŚĆ?

Jan: Wąsy, heavy metal, salsa, lasery w kosmosie…  Piotr: Kosmos, syntezatory i odloty – trochę z tym w pewnym momencie przegięliśmy nawet. Ta płyta to jest tak naprawdę bigos, albo paella jak kto woli. Dużo rzeczy wrzuconych do gara.

Czyli dochodzimy do kwestii gustu w muzyce. Wiecie, że wasza muzyka nie jest gustowna? Dzisiaj gustowne jest indie.

Jan: Indie to było modne 10 lat temu. Teraz chyba na topie jest hipster – hop czy jakoś tak.  Piotr: A zdziwiłbyś się, bo jakieś dwa lata temu graliśmy koncert dla ludzi w ray banach, żółtych swetrach na Kononowicza, fryzurach o wartości fiata 126p, i był świetny odbiór – ku naszemu zaskoczeniu…

Piekło nazw… A jak nazwać to co gra Ampacity? Tylko pamiętajcie, że spacerock już był…

Jan: Chcemy być najmłodszym zespołem, który zagra w dolinie Charlotty po prostu. Wąs-rock…

Co Wy z tym wąsem?! Chcecie zostać Januszami kosmosu?

Piotr: Ale to nie wąs Janusza, tylko Toma Sellecka. Albo Seana Connery’ego w filmie „Zardoz”.  Wojtek: Jak każda kapela gramy muzykę ciężką do zaszufladkowania i wymykającą się ramom gatunkowym. To jest chyba najczęściej powtarzane kłamstwo w pressnotach.

Właśnie – nikt za Wami nie dojdzie. Meandrujecie, zaprzeczacie i konfabulujecie. Dokładnie jak Wasza muzyka…

Wojtek Lacki: To jest takie pytanie. Kiedy myślę o tym jak określić płytę, którą robiliśmy przez dwa lata, czuję jakbym miał odpowiedzieć na pytanie „Co u Ciebie?” zadane przez znajomego z podstawówki. Szczerze mówiąc, czekam niecierpliwie aż ktoś napisze co to jest za płyta i w jakim nurcie gramy.  Piotr: No właśnie, gdybyśmy grali hip-hop, to moglibyśmy rozmawiać o tym, jak bardzo Wielki Pe z Zabrza ma wpierdol i zakaz wjazdu do Gdyni, moglibyśmy wygłaszać jakieś manifesty polityczne gdybyśmy grali hardcore, ale my jesteśmy bezideowi, nawet nie śpiewamy za bardzo, spotykamy się w sali, bierzemy instrumenty w łapy i po prostu gramy. Serio, tak to najczęściej wygląda.

Czekamy na swój pierwszy hotel

Czekamy na swój pierwszy hotel

Czyli mam uwierzyć, że to co słyszę na płycie to taki naturalny ciąg świadomości? Improwizacja? Zapis chwili?

Jan: To taki Monty Python muzyczny. Oni mnie i Paciorowi zryli banie w liceum. Latający cyrk był w poniedziałki chyba.  Piotr: Dwa z pięciu numerów to faktycznie improwizacja i zapis chwili, w całości. Pozostałe numery to zlepek takich improwizacji, bardzo mocno pokrojonych i poaranżowanych – ale wszystko tylko i wyłącznie z jednym założeniem – to ma mieć sens muzyczny, ma być ciekawe dla słuchacza i dla nas.

Czy to „pokrojenie” miało miejsce podczas procesu miksowania, czy zaaranżowano wszystko wcześniej?

Piotr: Nie, absolutnie, wszystko, za wyjątkiem niektórych partii klawiszy, było zagrane na setkę w studiu, a zaaranżowane wcześniej w sali prób.  Jan: Kilka rzeczy poprawiłem później. To jest płyta w końcu i zostaje na zawsze. Ale jest tam wystarczająco dużo wyjebek by dowieść, że nie kłamiemy, mówiąc, że nagranie jest na żywo.

Zastanawiam się – może dlatego, że liczby są dla mnie, jako osoby, która zawsze z matmy miała pały, magiczne – ile czasu zajmowało Wam przygotowanie jednego numeru, w całości?

Jan: Czasem miesiąc, czasem dwa lata. Jak łapiesz moment, możesz zaimprowizować gotowy numer. A czasem rzeźbisz w gównie całą próbę.  Piotr: Bardzo trudne pytanie. Dwa numery, jak wspomniałem, zagraliśmy podczas improwizacji, które zawsze nagrywamy. Tutaj tak naprawdę niewiele było zmian. Niektóre kawałki to faktycznie dwa lata prób i błędów. Wszystkie solówki improwizowane już podczas nagrań studyjnych. Zdecydowana większość prób to u nas taka rzeźba w gównie, która do niczego nie prowadzi. Aż tu nagle, znikąd, pojawia się motyw, albo cały numer, który już zostaje. Trzeba też podkreślić, że przy improwizowaniu i komponowaniu zespołowym najważniejsza jest czysta głowa – a u nas było sporo zawirowań osobistych, które wpływały na to, że materiał po prostu nie mógł iść do przodu.  Wojtek: Robienie „Superluminal“ było bardzo eksperymentalne pod względem aranży. Nie mam pojęcia ile godzin muzyki stworzyliśmy przy okazji pisania tej płyty, ale na pewno bardzo dużo. W dużym skrócie to spędziliśmy dwa lata na improwizowaniu i testowaniu różnych rozwiązań.

Po tym wszystkim mam tylko jedno pytanie: czy jesteście odtworzyć płytę w 100% na żywo, czy jest tylko temat, a potem odpływacie? Tym bardziej, że jest jak rozumiem, pewnym odblaskiem chwili, emocji jakie Wami targały…

Piotr: Odtwarzamy płytę, za wyjątkiem solówek, które improwizujemy. W przypadku pierwszego albumu zdarzało się, że trochę odpływaliśmy w niektórych tematach, ale to wszystko było zamierzone.  Wojtek: Pod tym względem jest podobnie jak w przypadku „Encounter One“. Forma jest zachowana, ale jest tam też sporo miejsca na improwizacje. Na pewno nie będziemy płyty odtwarzać w 100%, grać z metronomem itp. Mam nadzieję, że zanim zrobimy następny materiał, zagramy 30-40 koncertów. Jeżeli każdy miałby być identyczny to byłoby strasznie nudne.

Nagrywanie na setkę jest dzisiaj popularne, ale faktycznie Wasza muzyka chyba nie zniosłaby „wbijania” śladów. Widziałem zdjęcia z sesji – było relaksacyjnie czy stresująco?

Jan: Raczej miło. Uwinęliśmy się zgodnie z planem w 3 dni i później dogrywki klawiszy.  Piotr: przygotowaliśmy się do tej sesji dosyć solidnie, materiał był wymagający do zagrania na żywo, ale często tak jest, że jak się ma topór nad głową to robi się coś ponad własne siły – dlatego się udało.

Czyli nie było mowy o „wspomagaczach”? Lata 70 raczej w głowie a nie w używkach?

Jan: Narkotyki to zło! Ale ponoć marihuana pomaga na wyobraźnię, więc będziemy musieli kiedyś spróbować.

Macie w szeregach producenta muzycznego. Jak to jest – taka sytuacja to ułatwienie, pomoc czy raczej przekleństwo?

Jan: O, dobre pytanie, też się chętnie dowiem.  Wojtek: Na pewno ułatwienie pod wieloma względami. Najbardziej prozaicznym jest to, że nie musimy się zastanawiać czy producent się postara i czy zrozumie wizję zespołu.  Piotr: zdecydowanie ułatwienie i pomoc, w końcu często zdarza się, że producent i zespół nie mogą dogadać się na płaszczyźnie muzycznej, tutaj tego nie ma.

Ale z drugiej strony – obcy facet za konsoletą mobilizuje…

Wojtek: Chyba wiemy co robimy i nie potrzebujemy zewnętrznej motywacji.  Jan: Koszt studia jest chyba wystarczająco mobilizujący, więc im lepiej zespół jest przygotowany, tym lepiej zabrzmi na nagraniu. To jest w skrócie odpowiedź na wiele pytań, które może sobie zadawać młody muzyk.  Piotr: W przypadku nagrywania na setkę chyba nie ma to aż takiego znaczenia. Na pewno nie chcielibyśmy, żeby ktoś z zewnątrz przerwał nam kawałek w siódmej minucie, bo coś tam krzywo weszło. Nagrywamy kilka take’ów i to wystarczy. Poza tym, Dziablas jest akurat bardzo wyczulony na wszelkie zjebki, i tutaj nie ma obaw, że przepuści lipę.

Są nowe numery, duch lat 70. krąży wokół, to musi być… winyl. Co Wy na to?

Piotr: Jasna sprawa, i winyl będzie – niestety, później, niż inne nośniki bo w tej chwili kolejka w fabrykach jest ogromna, winyl przeżywa renesans. Mamy nadzieję, że uda się go wydać na początku przyszłego roku, Instant Classic na pewno będzie o to walczył.

A kaseta?

Jan: Też będzie, dużo wcześniej, wszystko wskazuje na to, że razem z CD.

Gdybyście mieli czarodziejską różdżkę, kogo chcielibyście sobie wyczarować na wspólną trasę? Niemena?

Piotr: Gdyby grał soundtrack z filmu „Powrót Wabiszczura”, to jak najbardziej, ale sądzę, że takiej dawki kwasu nikt by już nie wytrzymał. A tak na poważnie – nie wiem… do nas nikt chyba nie pasuje, albo my do nikogo. Ja chciałbym pojechać z Gunsami po „Appetite For Destruction”.

Nie zastanawia Was ten hype na lata 70? Siostry Przybysz, Rusowicz itp itd… Fascynacja, moda, brak możliwości stworzenia czegoś nowego?

Wojtek: Muzyka lat 70. też była uwarunkowana tym co się działo wcześniej – bluesem, jazzem, soulem itp. Tak to działa, że rozwój muzyki jest ciągły i nawiązania do poprzednich dekad są zupełnie normalne. Myślę, że w naszej muzyce jest też sporo odwołań do lat 90. i bardzo różnych gatunków.  Seba: Zastanawia mnie bardziej hype na elektroniczne lata 80-90. i te wszystkie słabe duety, gdzie koleś robi „pitu – pitu” na klapach a laska pieje jakby ją coś bolało.Okładka

Bo ludzie lubią proste, dwuminutowe piosenki z refrenem.

Piotr: Fakt, że w latach 60. i 70. powstała przytłaczająca ilość dobrej, odkrywczej muzyki, poza tym to były złote czasy dla przemysłu muzycznego, zanim stał się tylko kolejnym zwykłym biznesem.  Jan: Sądzę, że stacje radiowe powinny przestać wreszcie marnować czas na zwrotki. I tak wszyscy kojarzą tylko refren. Więc jebać zwrotki. Lista przebojów refrenów. I dużo więcej czasu na reklamę.

Właśnie – a Wy gracie przecież cały czas jeden wielki refren!

Jan: I oto wspólnymi siłami doszliśmy do tego czym w rzeczywistości jest ta płyta. Zbiorem refrenów!  Piotr: Gramy jedno wielkie przejście na bębnach tak naprawdę…

Zakończmy zatem rock’n’rollowo – ile telewizorów wyrzuciliście już z pokojów hotelowych?

Jan: Wciąż czekamy na nasz pierwszy hotel…

Słusznie. Poza tym – teraz w hotelach są ledowe telewizory i co to za wyrzucanie, takiej płaskiej szmaty. Nawet huku nie będzie…

Jan: Sądzę, że zanim dojdziemy do poziomu nocowania w hotelach z telewizorami, to już nie będziemy mieli siły na ich wyrzucanie, ewentualnie będziemy mieli do tego ludzi.

Wtedy już w ogóle telewizorów nie będzie.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Oskar Szramka