AGGRESSOR – zostają tylko masochiści

W czasach, kiedy roczny staż zespołu pretenduje go do miana „dojrzałego” i „ogranego”, grupy, które startowały w latach 80 – tych i jakimś cudem odżyły w nowym milenium są 666 cudem świata, nie tylko nad Wisłą. Dla dzisiejszej hispterki granie w MDK-ach, kupowanie jedynie słusznych, czeskich Jolan to abstrakcja rodem z muzeum, okazuje się jednak, że tuż obok, w Słupsku właśnie takie dziwo jest i nie chodzi bynajmniej o równie wiekową Budkę (tak, tę z Lublina…), ale prawdziwy, death metalowy twór, zwący się Aggressor. Mieli długą przerwę, wrócili w 2004, nagrali dotychczas trzy płyty, z których najnowsza Death Follows Me jest przedmiotem niniejszej rozmowy. O przeszłości, zakrapianej i zamierzchłej, wrogiej teraźniejszości i masochizmie rozmawiałem ze Zwierzakiem i Stanem.

Ostatnio rzadko mam możliwość zrobienia wywiadu z polskim zespołem metalowym, co pamięta lata 80 – te. Zanim jednak przejdziemy do metalu, z innej beczki – zastanawialiście się kiedyś, jako osoby pamiętające tamtą dekadę, skąd bierze się ten cały, nostalgiczny hype na lata 80 – te?! Praktycznie każdy musi choć raz westchnąć ku tamtej dekadzie. Indie rockowcy uśmiechają się do synth popu, metalowcy kiwają głowami, że „tru” metal to tylko z tamtych lat itp. itd… O co w tym chodzi?

ZWIERZAK: Nie wiemy, czy jest jakiś „bum” na lata 80-te. Fakt, że każdy z nas żyjący (grający) i słuchający muzy w tamtych latach, ma pewien sentyment do przeszłości. Myślę, że to zapadło w pamięć, ponieważ trzeba było się dużo nakombinować żeby zdobyć jakieś nagranie, instrument czy plakietkę lub naszywkę (śmiech).

STAN: To prawda, do przeszłości zawsze czuje się sentyment i podejrzewam, że za kilkanaście lat będą ludzie tęskniący za dzisiejszymi czasami, jednakże tamten okres był w naszym krajuaggressor 9 dopiero poszukiwaniem muzyki, którą w nas komuna stłamsiła i dlatego te pierwsze, wolnościowe i undergroundowe kapele, pierwsze poważne koncerty wspominamy jako prawdziwą wolność.

Jakie są Wasze wspomnienia metalowej sceny z 88 roku? Ciągle słyszy się bajania starszych panów, że wtedy była „braterka”, wszyscy się wspierali i nie było niezdrowej rywalizacji i zawiści jak dzisiaj. Prawda to, czy kolejny mit?

S: To prawda, kapele całkiem inaczej do tego podchodziły i nieważny był status zespołu. Po koncercie wspólne imprezy, wspólna garderoba, na wino każdy się składał, czy pił czy nie, ha, ha…

Z: Tak jak mówi, wtedy jeszcze nie grałem, ale na koncerty chodziłem non stop, jako młody sam po te wina latałem (śmiech).

S: Tak poważnie to naprawdę nie spotkało się w tamtych czasach zawiści, czy też rywalizacji i naprawdę nie wiem z czego to wynikało, ale ludzie byli wtedy inni, czyli mniej pazerni na wszystko.

Opowiedzcie coś o logistyce i warunkach tamtejszego grania – jak wyglądało szukanie sprzętu, na czym graliście?

S: Wtedy już był dosyć dobry czas dla zdobywania sprzętu do grania, tyle, że sprzęt był cholernie drogi. Działał już Mayones (gitara, którą u niego kupiłem kosztowała mnie około 15 pensji), w Tczewie był dobry wytwórca no i w Mińsku Mazowieckim – ale tam już ceny zaporowe w dolcach. My mieliśmy dobrą sytuację, że graliśmy w MDK-u i sprzęt perkusyjny i nagłośnieniowy mieliśmy za free. Na koncerty woziło się tylko wiosła i efekty – i, kurwa, o dziwo wszystko brzmiało jak trza – być może dlatego, że nie było lepszych i bardziej lepszych kapel a wszyscy „dostawali” po równo z konsoli.

Pamiętacie jeszcze sesję nagraniową „Demo Tape” z 88? Jak wspominacie te nagrania? Czy faktycznie w tamtych, zamierzchłych czasach studio to była albo partyzantka albo pan realizator z wąsem, który wiedział wszystko?

S: Coś tam jeszcze pamiętam… Magnetofon 24 ścieżki, wszystko na żywo oprócz solówek i partii wokalnych; to była jazda! A realizator akurat kumał bazę, bo już wtedy tacy też byli, tak więc – chylę czoła.

Macie na koncie trzy kasetowe demówki. Jako, że na metalowej scenie jest to dość modny temat – nie myśleliście, żeby ponownie je zarejestrować i wydać taki wspominkowy matex? Wydaje mi się, że długowłosa brać nadal jest dość łasa na takie cudeńka…

Z: Kiedy się spotkaliśmy, chyba w 2004 roku, przez pewien czas był taki zamysł z ich strony, mówię o Nastym i o Stan-menelu. Ja chciałem tworzyć trochę inaczej.

S: Ten temat powraca co jakiś czas, żeby zrobić kilka starych numerów w nowym brzmieniu, ale po staremu, bez przeróbek muzycznych. Ale to chyba się uda dopiero na emeryturze muzycznej, ha, ha…

 zostają tylko masochiści

zostają tylko masochiści

Odnośnie festiwali – zaliczyliście te bardziej kultowe, min. Sthrashydło. Czy w jakikolwiek sposób można porównać tamte imprezy z dzisiejszymi spędami?

S: Więcej maniaków, więcej muzyki , więcej braterstwa. Tak było kiedyś.

Po demówce „Still Delirium” zrobiliście sobie piętnastoletnią przerwę i ta luka bardzo mnie interesuje… Jak potoczyły się Wasze losy w ciągu tych piętnastu lat, co się z Wami działo i czy przez ten czas mieliście coś wspólnego z muzykowaniem, czy raczej była tylko, praca rodziny i wyjazdy po świecie…

S: Z tamtego składu zostało tylko nas dwóch i nasze losy, choć osobno, zahaczały w tamtym czasie o muzykę – graliśmy w różnych projektach, ale nie zawsze stricte metalowych. Generalnie odpuściliśmy sobie i zajęliśmy innymi przyjemnościami…

Pojawiliście się ponownie w 2005 roku. Inna epoka, inne realia, więcej siwych włosów… Pamiętacie jaki był impuls do ponownego wstąpienia do tego szamba? Czy jako dorośli ludzie mieliście plan, czy poszliście z reaktywacją na tzw. „żywioł”?

S: Stało się – to był faktycznie impuls, po prostu któregoś pomyślałem, że przecież nie wygrałem jeszcze wszystkich dźwięków, które mam w bańce i z sentymentem wspomniałem właśnie stare czasy. I tak się zaczęło – bez żadnego planu, bez żadnych perspektyw. Skrzyknęliśmy się z Nastym, dobraliśmy odpowiednią załogę i zaczęliśmy dłubać i to po nowemu.

Ok., czasy współczesne. Macie już na koncie trzy „nowożytne” płyty, utrzymane w stylistyce klasycznego, brutalnego death metalu. Tylko tyle i aż tyle. Macie w związku z tym jakieś aspiracje, czy raczej bez większych nadziei na tzw. sukces dłubiecie sobie na boku?

Z: To są, kurwa, ciężkie czasy… Aspiracje są jak najbardziej, tylko czasu nie ma na próby. Można mieć teraz sprzęt jaki chcesz, możesz nagrać się gdzie chcesz i wydać płytkę gdzie chcesz, tylko musisz na to zarobić, a jak zap… na to wszystko, nie ma czasu na koncerty.

Podjęliście w tych ostatnich latach jakieś próby „wyjścia z piwnicy”? Pytanie o tyle zasadne, że raczej nie zaliczyliście jakichś spektakularnych tras koncertowych, nie supportowaliście znanych nazw, trzymacie się – mam takie wrażenie – na uboczu. Czy to po prostu pech, czy świadome zajęcie odpowiedniej pozycji?

Z: Po części chcemy być niezależni, bo jest rodzina, praca i trzeba to ogarnąć, więc nie zwiążemy się z wytwórnią, która będzie dyktować, kiedy masz grac i kiedy wydać płytę. Robimy wszystko sami; chciałbym, żeby ktoś nam pomógł w dystrybucji tego materiału. Dystrybutor ma wydanie na tacy.

Najnowsza płyta to chyba najbardziej świadomy materiał Aggressor. Death metal, ale także próba lekkiego wyjścia poza schematy, czego przykładem jest leciutko śmierdzący industrialem (w zwolnieniu) „The Mystery of the Universe”. W związku z tym pytanie – nie mieliście ochoty, by choć trochę wyrwać się z kręgu tradycyjnego death metalu?

Z: Nie. Może to zabrzmi dziwnie, ale nie ustalamy w jakich granicach muzycznych mamy się „poruszać”. Każdy z nas słucha muzyki i tak jak inne zespoły czerpie jakieś inspiracje – tego się nie da ominąć. Myślę, że jest dobrze bo nie zamykamy się, chociaż słyszałem też zarzuty, że nie wiemy czego chcemy. U nas występuje różnica wiekowa. Jak Aggressor działał pd koniec lat 80 – tych, chodziłem na ich koncerty. Później jak zacząłem grać, nasz gitarzysta Hacel chodził na moje koncerty a teraz gramy i pijemy razem, ha, ha…

Idąc tym tropem – death metal, szczególnie ten lekko oldskulowy, znajduje się w tym momencie w głębokim odwrocie, zszedł znowu do podziemia. Oczywiście, można to skwitować jakże popularnym stwierdzeniem „właśnie tak lubimy, bo tam jest jego miejsce” – czy jednak nie obawiacie się, że taki stan rzeczy powoduje, że tak po prawdzie nagrywacie płyty dla siebie i grona najbliższych znajomych? Zastanawiam się gdzie znajduje się w przypadku takich zespołów jak Aggressor granica tzw. samozaparcia?

Z: Przede wszystkim nagrywamy dla siebie, to jest nasze życie, pamiątka, hobby, odskocznia itd. To są limitowane wersje – 300 sztuk jednego wydania. Za kilkanaście lat jak będę z Diabłem gorzałę pił, płyty będą wyceniane jak obrazy Salvadora Dali (śmiech).

S: No, Zwierzak, masz niezły plan, widzę – wykończyć diabła za parę lat. A tak poważnie, nie mamy granicy samozaparcia; dopóki będzie nas to bawiło, dopóki będziemy mieli pomysły, będziemy dłubać płyty choćby tylko dla siebie, albo dla jednej osoby, do której ta muzyka dotrze.aggressor 7

Nowej płycie niczego nie brakuje – pod względem technicznym i kompozycyjnym – mieści się w kanonach, jedynie pod względem promocji jest krucho – zastanawialiście się nad możliwościami „wyjścia w świat”? Czy jako zespół death metalowy stawiacie sobie ograniczenia promocyjne – kiedy mówicie sobie: stop, dalej już się nie posuniemy?

Z: Tak jak już mówiłem, w kwestii promocji i dystrybucji nie mówimy stop. Brak nam kontaktów, a może my się słabo staramy o te kontakty? Nie wiem. Może nie mamy do tego głowy i jest ktoś potrzebny, żeby to ogarnąć.

S: Generalnie ruszyliśmy z taką promocją na jaką nas stać, takie są czasy, że samemu trzeba się promować, niestety… Pomagają w tym albo kontakty albo kasa.

Słupsk stolicą metalu nie jest – tak sobie myślę. Jednocześnie to całkiem fajne miasteczko (pod względem architektury i położenia) – jak się w nim żyje i czy Aggressor jest w nim czymś w rodzaju rekina w małym akwarium? Może udało się uzyskać sponsoring UM czy coś w tym stylu?

Z: Słupsk stolicą metalu nie jest teraz, ale na początku lat 90-tych do 1995 roku był. Nie kojarzę żadnego innego, stutysięcznego miasta w tamtym czasie, w którym było tyle zespołów metalowych (Betrayer, Aggressor, Mortify, Aborticide, Bi-Corpor, Sarcastic, Dirt, Epitafium) i wiele innych. Poza tym działały kapele rockowo-metalowe, punkowe i inne typu: Magmen (do dzisiaj), Karcer (do dzisiaj) Zero (z przerwą do dzisiaj), Baranki Boże, Sunrise, Wszystkie Wschody Słońca itp. Nie pamiętam wszystkich a pewnie kilkanaście bym jeszcze wymienił jakby kasety poprzeglądać. Po 95 roku nic się nie działo, aż do 2001 roku, kiedy założyłem band Extremis Necrosis, który wydał jedną płytę, trochę koncertów po Polsce i się rozjebało. Rekinami może nie jesteśmy, ale mam wrażenie, że po reaktywacji Aggressora i wydaniu kilku płytek, młodzież dostała jakiegoś kopa – dziadki grają to czemu oni nie mogą; zaczyna się coś dziać. Od kilku lat działa prężnie też kapelka Calm Hatchery. To mnie cieszy, bo niedługo na emeryturę idziemy (śmiech…)..

S: To jest prawda – to było niesamowite jak po reaktywacji Aggressora, w Słupsku ruszył znowu, po kilkuletnim zastoju metal.

Tak sobie ciągle myślę o tym życiu na uboczu i przychodzi mi do głowy konkluzja, że teoretycznie przynajmniej brak szumu medialno/promocyjno/wielkoświatowego sprzyja tworzeniu w spokoju zwyczajnie dobrej muzyki. Czy takie miejsce w tym biznesie jest dla Was komfortowe, czy raczej chcecie czegoś więcej?

Z: Dobre jest to, że nie ma presji; robimy co chcemy i kiedy chcemy, ale nie będę ukrywał, że jakieś wsparcie byłoby dobre, studia nagraniowe nie są instytucją charytatywną…

S: Nie ma presji, ale chciałoby się czasami stanąć na podium… Bylibyśmy obłudni nie mówiąc tego.aggressor 05

Wracając do płyty – muzyka i oprawa graficzna tworzą pewną całość, dlatego domyślam się, że także przekaz do tego układu należy. Jakie przemyślenia zawarliście na nowej płycie i… dlaczego są raczej niewesołe?

Z: Na tej płycie teksty są różne, nie nawiązują konkretnie do jednego tematu. Pisałem je ja i Stan. Na poprzedniej płycie pisałem typowo i to boli niektórych ludzi, bo prawda boli… może szerzej Stan się wypowie.

S: Prawda boli, ale dopiero jak zacznie do człowieka docierać, a większość broni się już przed samym przyswojeniem prawdy o życiu i świecie jaki nas otacza, ze swoją obłudą, wyzyskiem, tandetą i przemocą. Generalnie teksty na tej płytce właśnie w odróżnieniu od poprzedniej, traktują o ludzkiej psychice i odlotach jakich doświadczamy w wyniku przeżyć traumatycznych. No i śmierć, która klei się do DEATHU jak gówno do buta, he, he…

Jak wyglądały prace nad muzyką i w studiu – jakieś ciekawe historie dla potomności są do przekazania?

 Death Follows Me

Death Follows Me

Z: Nie róbcie jak my, róbcie to na trzeźwo (śmiech). A tak poważnie – kawałek ciężkiej roboty i dużo nerwów.

S: Jeszcze tak długo nie nagrywaliśmy płyty, uff….

Aggressor to dzisiaj – biorąc pod uwagę także pierwszy okres działalności – dziadkowie sceny metalowej. Czy w związku z tym odczuwacie już brak jakiegoś porozumienia z młodym, metalowym pokoleniem? Są jakieś młode załogi, które robią na Was wrażenie?

Z: Warsztat muzyczny jest teraz na bardzo dobrym poziomie, ale ja wyczuwam czy ktoś gra bo jest wyuczony czy gra bo to kocha. Wielu ludzi gra muzę i po 2-3 latach, kiedy się okazuje, że nie ma z tego profitu wycofuje się, więc życie to weryfikuje. Zostają tylko masochiści (śmiech…).

I na koniec standardowo – jakie plany stawiacie sobie na przyszły rok? Co chcecie osiągnąć i czego unikać?

Z: Żeby nie było gorzej i akcyzy niech RP nie podnosi. Aktualnie robimy nowy materiał, a co dalej czas pokaże. Dzięki za rozmowę. Pozdrawiam wszystkich, którzy są z nami.

S: Do zobaczenia na koncertach, przy browarze i miejmy nadzieję, że w 2014 nagramy nową płytkę…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu