AFTER LAUGHTER – Poszukujemy normalności

Takie będą Rzeczypospolite jakie ich hardkorowców chowanie. Czyli dobre będą, bo twardy rdzeń ma się nad Wisłą bardzo dobrze. Jasne, można narzekać, że scena łysieje, że więcej lansu niż konkretu, ale przecież marudzimy na wszystko i zawsze, warto zatem odrzucić uprzedzenia i poszukać czegoś dla siebie. Postawy, przekonania, siły i pomysłu. Dobrym przykładem jest After Laughter, który od dłuższego czasu bez oglądania się na innych i zastanawiania czy warto, tłucze swoją wizję inteligentnego hardcore’a, gdzieś tam w tle mającego wczesno – dischordowe drgnięcie, szczególnie słyszane na najnowszym dziele „Quest for Sanity”. Przyjemnie się tego słucha i równie przyjemnie gadało się z wokalistą Artem. Na różne tematy.

Na początek kilka słów o zespole. Jak to się wszystko zaczęło i dlaczego…

Z Szymonem i Maćkiem graliśmy ze sobą od 2005/2006 roku, pod nazwą Last Believer. W roku 2012 postanowiliśmy zakończyć działalność, niemniej jeszcze w tym samym roku zatęskniliśmy za sobą na tyle, by wrócić do grania, ale już pod nową nazwą i z nowym członkiem, Bolem.

Właśnie – nowy zespół, nowa nazwa… Czym jest After Laughter? Czy to odpowiedź na konkretne muzyczne fascynacje? Pytam w kontekście tego, że często pojawia się obok was odniesienie do kapel z Dischordu.

Wydaje mi się, że bardziej wypadkowa naszych muzycznych fascynacji. Pewnie znajdzie się kilka kapel, które są takim naszym wspólnym mianownikiem, ale dodatkowo każdy z nas ma pewnie takie miłostki, które dla reszty nie są zrozumiałe. Nigdy nie mieliśmy założenia – to teraz grajmy jak Dag Nasty. Z resztą, z własnego doświadczenia wiem, że podobieństwa, które słyszymy pomiędzy kapelami, często są odbiciem naszych preferencji, tego czego sami słuchamy najwięcej.AL

Jeśli już Dischord to raczej ten wcześniejszy, bardziej oldskulowy. Sięgacie zatem do korzeni takiego, waszyngtońskiego grania – może to dziwne, ale jeśli miałbyś opowiedzieć, co ciebie/was tak w tego typu hardkorze najbardziej zafascynowało, to powiedziałbyś… ?

Dla mnie, bo najłatwiej mi odpowiedzieć z tej perspektywy, to surowość, którą zawsze w punk rocku ceniłem, ale idąca w parze z dosyć śmiałymi poszukiwaniami muzycznymi. Waszyngton miał sporo kapel, które poza energią robiły naprawdę ciekawą muzykę. „Out Of Step” Minorów moim zdaniem wyprzedził epokę. Soul Side, Dag Nasty czy późniejszy Governemnt Issue to były rzeczy absolutnie niepowtarzalne. Chłopaki lubią też późniejsze rzeczy z Dischord – ja, poza może Fugazi, zdecydowanie wolę te wcześniejsze.

Dzisiejszy hardcore od jakiegoś czasu stoi na tzw. rozstajnych drogach. Porobiło się tyle kierunków, mutacji, że człowiek się w tym gubi – czy jest coś, co uważasz za ciekawy, nowy trend w tej muzyce? Dla ośmielenia powiem, że mnie fascynuje francuska scena hc, mieszająca noise i sludge w jednym garze, skupiona min wokół stajni Throatruiner Records. Wychodzi z tego coś całkiem zaskakującego…

Przede wszystkim, to dostępność do technologii i sprzętu sprawia, że ilość pojawiającej się muzyki staje się dla mnie nie do przetworzenia. Odnosząc się do różnorodności kierunków i mutacji, o których mówisz, to mam wrażenie, że samo zjawisko to nic nowego. W hardcore punk prawie od początku pojawiały się różne, muzyczne twory. Trudno zestawić ze sobą choćby Black Flag i Flipper. Dla mnie to duża wartość, bo takie „monokulturowe” sceny gdzie gra się w odpowiednim stylu, wydają się mało interesujące na dłuższą metę. W hc/punk zawsze były te pozamuzyczne elementy wspólne, które pozwalały utożsamiać się z tzw. „sceną” nawet jak grałeś jak Big Boys. Starając się odpowiedzieć wprost na twoje pytanie – co jakiś czas pojawia się kapela, której wcześniej nie znałem a okazuje się, że to kawał dobrej muzyki. Niemniej, większość trendów jakie ja osobiście obserwuję, to raczej retrospekcje niż szukanie czegoś zupełnie nowego. Z drugiej strony, co jakiś czas wyskakuje coś, co wprowadza odrobinę konfuzji i zaskoczenia. Być może wykażę się ignorancją, ale ja mówiłbym bardziej o zjawiskach niż o trendach, jeżeli chodzi o coś zupełnie świeżego.

Niektórzy twierdzą, że nie ma już możliwości, żeby zrobić coś zupełnie nowego. Co jest dla mnie smutne. Z drugiej strony – cała retro moda, odkurzanie starych rzeczy jest już samonapędzającym się biznesem…

Sam łapię się na tym, że albumy, na które czekam najbardziej, to zwykle nowe płyty starych zespołów. Scena się starzeje i ludzie kierują się nieco bardziej sentymentem niźli ciekawością. Stąd moim zdaniem ta, jak to nazywasz „retro moda”. Z jednej strony można „na świeżo” zagrać stare patenty, z drugiej można formą zagłuszyć treść, starając się zrobić coś zupełnie nowego. Więc te wszystkie revivale, to taki „safe zone” dla muzyków. Zabrzmi to infantylnie, ale moim zdaniem najważniejsze jest by robić muzykę, którą czujemy, której pisanie przychodzi nam naturalnie i z radością. Wtedy jest autentyzm, który jest według mnie bardzo ważnym elementem tworzenia. Robiąc sobie plany: zagram jak Youth Of Today, albo z drugiej strony – zagram jak nikt nigdy w życiu jeszcze nie zagrał, może ten autentyzm zdusić.

Fakt, ale jeszcze innej strony – zauważam, że jest też tak, że bardzo oryginalne, trudne do sklasyfikowania zespoły, które w jakimś sensie odświeżają scenę, są często totalnie olewane, przechodzą bez echa i niezasilane publicznością, po prostu umierają. Z kolei na zespoły grające właśnie coś określonego, przypisanego do jakiegoś stylu (np. NY HC itp.) cieszą się zazwyczaj dużą popularnością. No i masz babo placek (wegetariański)…

To będzie może zbyt daleko posunięty wniosek, ale czasami mam wrażenie, że sporo ludzi chodzących na koncerty hardcore punk traktuje tą muzykę jako pewnego rodzaju tło dla całej kultury. W efekcie wystarcza im znajomość kilku zespołów i trzy płyty w domu. To nie jest jakiś szczególny zarzut, bo mnie do tej sceny również przyciągało to, że jest tu coś więcej niż muzyka. Ale myślę, że jest tu więcej aktywistów niż „koneserów dobrej muzyki”. Tych, wedle moich bardzo pobieżnych obserwacji, znacznie więcej jest na scenie np. metalowej.

To jest pewien problem, bo mało jest zespołów, które mają coś do powiedzenia i robią fajną robotę a jednocześnie ciekawie grają. Zazwyczaj jedna z tych płaszczyzn szwankuje a że hc to właśnie środowisko, muzyka często jest w tle. Jednak wydaje mi się, że to jest w sumie współczesne zjawisko. Kiedyś muzyka bardziej rezonowała i było więcej zespołów, które przełamywały pewne artystyczne tabu. A może – to taki wniosek – teraz mało kto nie boi się wyjść ze swojej „strefy komfortu”?

Może bardziej pewna teza, bo wniosek mógłby być krzywdzący dla wielu, którzy po prostu chcą pograć muzykę jak ich ulubione zespoły. Równiej dla takich moim zdaniem zespołów jest miejsce. Trudno zajrzeć ludziom do głów i stwierdzić z jakich pobudek robią to co robią. Myślę, że mimo wszystko pojawiają się cały czas kapele, które mają dużo do powiedzenia i nie są również zupełną muzyczną sztampą. Myślę, że na przykład nowa płyta Aporii niesie za sobą takie nadzieje. Są też kapele, które grają „po prostu” hardcore, ale robią to po swojemu. Do głowy przychodzi mi np. Heatseeker. Jest jeszcze jeden element – doświadczenie. I nie mówię tutaj o przegraniu ćwierćwiecza w zespołach, tylko pewnego rodzaju życiowym doświadczeniu, które pozwala robić to co chcesz robić bez szczególnego liczenia się z opinią innych. Wiesz o czym mówię, bo sam grasz w zespole, któremu do jakiejkolwiek sztampy bardzo daleko i każdy z Was jakiś tam bagaż doświadczeń ma. To znacznie ułatwia nie oglądanie się na innych.

Poszukujemy normalności

Poszukujemy normalności

Wiesz, ja nie chciałbym bynajmniej nikomu odmawiać prawa do grania muzyki, bo w sumie liczy się wolność i poczucie spełnienia. Zastanawiam się po prostu nad mechanizmami jakie rządzą sceną i powodują, że coś dociera do większej ilości słuchaczy a coś innego nie. Poza tym, tu wkraczajmy już w tak ufajdane pojęcia jak „sukces”, który przecież jest słowem wymazanym ze słownika prawdziwego hardcore’owca. Mylę się?

No tak, sukces. Zgniłe kompromisy. Bardzo cenię niezależność sceny hc punk. Powiem więcej, zawsze uwodziła mnie również jej „elitarność”. Stąd rozumiem poniekąd wszelkie oburzenie na zespoły zostawiające ideały na rzecz tego mitycznego sukcesu. Z drugiej strony, jeśli ktoś twierdzi, że przeszkadza mu duża słuchalność muzyki w której tworzenie włożył kupę pracy, czasu i często pieniędzy, to albo kłamie, albo jest na poziomie świadomości do którego dochodzi się po latach midful medidation. To powiedziane, osobiście myślę, że ludzie – również w tym środowisku, zbyt dużo czasu spędzają na wytykaniu błędów innym, zbyt mało na samodzielnym byciu kreatywnym i aktywnym.

Bliżej – czym będzie sukces dla After Laughter? Da się w waszym przypadku pójść na kompromis?

Nie mamy żadnej strategii sukcesu. Myślę, że zadowoleni ludzie na koncertach, którym podobają się piosenki, które piszemy to miara sukcesu w naszym mniemaniu. Dla mnie osobiście, jeżeli ktoś kiedyś powie mi, że zainteresował się weganizmem, społecznymi inicjatywami jak Food Not Bombs właśnie dzięki tekstom AL, to będzie spełnienie. Dla mnie punk zawsze był nośnikiem wartości oraz idei. Sam zainteresowałem się wieloma rzeczami głównie dzięki zespołom których słuchałem. Jeżeli będę mógł tę pałeczkę przekazać dalej, będę czuł się spełniony jako tekściarz i wokalista punkowego zespołu.

Czy jest jakieś przesłanie waszej płyty? Tak się nad tym zastanawiam, próbując pogodzić ze sobą tytuł i okładkę (śmiech). Pomożesz w rozszyfrowaniu tej zagadki?

„Quest For Sanity”, poszukiwanie jakiejś normalności w świecie, który zdaje się być coraz bardziej szalony. Pomimo wielu fajnych zmian jakie w ostatnich latach zaszły, choćby na naszym podwórku – popularność diet roślinnych, dostępność knajp wegańskich, głośne rozmawianie o alternatywnych dla status quo paradygmatach, jak np podstawowy dochód gwarantowany czy spółdzielczość na skalę jak obecnie w Hiszpanii – to wszystko optymistyczne z mojej perspektywy zmiany. Z drugiej strony epoka post-prawdy, rosnące napięcia geopolityczne, fanatyzm, obłędne wręcz dreptanie w miejscu w kontekście stanu środowiska naturalnego – to są rzeczy, które czasami sprawiają, że mam chęć wziąć dupę w garść i wynieść się na jakąś inną planetę. Mniej więcej takie są moje emocje przelane na tę płytę.

Bardzo pozytywistyczne. Ale to jest zderzenie myszy z górą. Czy w dzisiejszym totalnie popierdolonym świecie takie ideały mogą jeszcze funkcjonować? Wiem, że to brzmi strasznie, ale mam wrażenie, że stały się pustymi hasłami, na które nikt nie zwraca uwagi, poza pewnymi określonymi towarzystwami… Inna sprawa, że w Polsce, szczególnie teraz prędzej głoszących takie hasła wezmą za terrorystów niż wysłuchają.

AL4No widzisz, często jestem gościem widzącym szklankę do połowy pustą, stąd być może ta okładka z księżycem jako miejscem gdzie można jeszcze tej normalności szukać. Z drugiej strony – mamy ten nasz mały świat punkowy, gdzie wiele rzeczy sami możemy kreować, a dodatkowo widzę jak wiele osób wychodzi z niej do świata i wdraża te idee w tzw. „dorosłym życiu”. Jednym słowem, bardzo mocno pracuję nad tym, żeby widzieć tą szklankę jednak do połowy pełną.

No tak, pozostaje nam jedynie kreacja pewnego, idealnego świata (śmiech). Zejdźmy zatem na ziemię – ile koncertów gracie, gdzie było najlepiej i co spotka nas z waszej strony w najbliższym czasie?

Koncertów gramy tyle na ile pozwala nam czas i zainteresowanie organizatorów by nas na nie zaprosić. Właśnie wróciliśmy z trzydniowego wyjazdu z Castet. Bardzo fajnie grało nam się ostatnio w jednym z naszych miast-domów, w Krakowie, przy okazji release party naszej płyty i odwiedzin SNFU. Zawsze fajnie jest zagrać w Łodzi, miło wspominamy też urodziny The Stubs. Chcemy grać tyle na ile będzie się dało – w zestawieniu naszych możliwości i chęci ludzi by nas zaprosić i posłuchać. Maciek jest mocno zajęty swoim Waiting Room Studio, Bolo i Szymek w sezonie festiwalowym również mają dużo zajęć około muzycznych, ale każdy z nas na pewno wyrzeźbi maksymalnie dużo czasu dla After Laughter.

I na koniec futurystycznie – jak przyszłość czeka After Laughter?

Oby świetlana (świetlana). Nadal chcemy grać i nagrywać, cały czas mając nadzieję, że nie robimy tego wyłącznie dla siebie.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu