A PLACE TO BURY STRANGERS – jak kontrolować dźwięk

Hałas niejedno ma imię i ta teoria idealnie pasuje do Transfixiation, najnowszej płyty nowojorskiego tria A Place To Bury Strangers. Płyta zawiera wszystko to, co lubimy najbardziej – całe masy gitarowego gruzu, solidną porcję elektroniki i sporo shoegaze’owego miodu. Czwarte dzieło zespołu budzi różne odczucia, nie można mu jednak odmówić firmowej arogancji i ciekawego spojrzenia na współczesny, alternatywny rock. My lubimy, a wyjaśnienie kilku kwestii, dotyczących nowej płyty pozostawiamy liderowi – Oliverowi Ackermannowi…

Rozpocznijmy od ciekawej kwestii – wielu dziennikarzy opisuje Waszą muzykę jako noise. Tymczasem klasyczny noise rock to zespoły typu The Jesus Lizard czy Hammerhead, a współcześnie szukając – KEN mode itp. grupy. Wasza muzyka sytuuje się bliżej klimatów shoegaze – też hałas, ale zdecydowanie z innymi korzeniami…

Oczywiście, masz rację, ale głównie jeśli chodzi o aspekt stylistyczny. Faktycznie, coś takiego jak klasyczny noise rock będzie zawsze związany z latami 90- tymi, kiedy taka muzyka nabrała własnego charakteru. Oprócz wymienionych zespołów, były całe masy innego hałasu, który dzisiaj może być uznany za korzenny, chociażby początki Swans, Sonic Youth. To zespoły, które definiowały taką muzykę. My jesteśmy gdzieś w połowie drogi, bo oprócz zgiełku bardzo cenimy sobie melodię. Chociaż z kolei w przypadku shoegaze nie jest nam po drodze z psychodelicznym aspektem tego gatunku, my jednak stawiamy na brzmienie mocno stojące na ziemi, że tak powiem. Hałas to coś bardzo szerokiego – ja np. lubię określenie „piękny hałas”, bo fajnie definiuje ów „muzyczny” i artystyczny aspekt takiego grania. Myślę, że jest dużo zespołów, które miały świetną rękę do łączenia takich rzeczy, chociażby Ride. W sumie dość trudno znaleźć definicję muzyki którą gramy, dlatego myślę, że każde określenie w jakimś sensie opisuje istotę A Place To Bury Strangers.

Z Twojej wypowiedzi wynika, że noise to w zasadzie bardziej stan umysłu, niż konkretna, zamknięta w jakichś ramach muzyka…

Może trochę tak, choć nie chciałbym robić z tego jakiegoś strasznie filozoficznego zagadnienia. Ludzie mają w zwyczaju szukanie określeń, które pozwolą im poukładać sobie wszystko jak należy. Stan umysłu oznaczać może po prostu fakt, że ktoś lubi taki rodzaj muzyki i jest mu poniekąd wierny. I nie można tego nikomu mieć za złe…a place 3

Gadamy tu o hałasie, ale dość zabawną sytuacją jest fakt, że nowa płyta startuje kawałkiem „Supermaster”, który brzmi jak jakiś zapomniany song Editors…

Ciekawe. Myślę, że wynika to z innego powodu. Kiedy przygotowywaliśmy się do nagrań, testowaliśmy pewne możliwości i miejsca do nagrywania. Ten kawałek był w pewnym sensie takim właśnie „testerem” możliwości brzmieniowych niektórych pomieszczeń. Początkowo był dla nas swego rodzaju rozgrzewką i graliśmy go dla zabawy. Możliwe, że na pewnym etapie nie braliśmy nawet pod uwagę, że może to być składnik nowej płyty. Dopiero po jakimś czasie okazało się, że to w kontekście pozostałych piosenek  jeden z bardziej chwytliwych utworów i stwierdziliśmy, że warto go wykorzystać; nie chcieliśmy zbytnio zmieniać jego struktury i brzmienia, dlatego wszedł na płytę w takiej, przystępnej, jak nam się wydaje, wersji. To dobre otwarcie „Transfixiation”.

Być może ktoś już Wam to powiedział, ale uważam, że dziadkami A Place To Bury Strangers są muzycy zespołu The Jesus And Mary Chain. Kiedy słyszę ścianę dźwięku w takich kawałkach jak I’m So Clean” czy „Love High”, nie mam co do tego wątpliwości…

Tak, nie będę się bronił (śmiech). Takie zespoły jak The Jesus And Mary Chain, Ministry, My Bloody Valentine czy Slowdive – to była moja wielka miłość, szczególnie wtedy, kiedy zaczynałem grać na gitarze. To była inspiracja, coś co mnie w tym momencie życia uderzyło. Pamiętam wielkie „wow!”, kiedy usłyszałem to brzmienie, to było coś, co mogło zafascynować, niesamowite wibracje. Zastanawiałem się, w jaki sposób te zespoły tworzyły taki monstrualny, brzmieniowy monolit, gdzie kryła się podstawa i tajemnica tej muzyki. Wydawało mi się to wówczas niemożliwe do osiągnięcia, ciągle szukałem tego jedynego klucza. Ta muzyka pozwoliła mi się otworzyć na wiele dodatkowych aspektów dźwięku, pokazała nowe możliwości, sposób na łączenie wody z ogniem. Możesz grać głośno, rozpieprzać głośniki, ale jednocześnie melodyjnie. Pozornie wykluczające się elementy w muzyce tych zespołów egzystowały na równych prawach. Odkrycie takich możliwości dało mi niesamowitą inspirację do poszukiwania własnej ścieżki jako twórcy. Poza tym zauważ, że shoegaze to niesamowita różnorodność, w zasadzie – co może jest nawet ciut zabawne – pod ten nurt podciągane są tak różne zespoły, że nie wiadomo czym shoegaze tak naprawdę jest. Czyli możemy robić co nam się podoba (śmiech). Zawsze będzie mnie za to zaskakiwać fakt, że te zespoły były często w swoim czasie niedoceniane i dopiero teraz odkrywa się je i szanuje o wiele bardziej niż kiedyś…

Największą różnicą między „Worship” i „Transfixiation” jest puls. W przypadku poprzedniego krążka była to mechanika w stylu „Automatic”. Na nowej płycie rytm nadal jest przetworzony, ale słychać żywego pałkera. Czyli rozumiem, że zestaw perkusyjny wygrywa z automatem?

Zawsze szukamy nowych rozwiązań, ale obecność perkusisty to zupełnie nowa jakość pracy, nowe możliwości. Żywy perkusista czuje muzykę, zaskakuje nas sowimi pomysłami, wymyśla rzeczy, które nas inspirują. Programowanie partii perkusyjnych wykluczało ten element zaskoczenia, wzajemnej inspiracji. Poza tym, żywe bębny to cholerna energia, która jest dla naszej muzyki bardzo ważna. Zdecydowanie, przyjęcie do zespołu Robiego Gonzaleza było kluczowym dla A Place To Bury Strangers wydarzeniem. Świetnie się z nami zgrał i dzisiaj wyjazdy na koncerty to prawdziwa przyjemność. No i nigdy nie wiadomo, co się wydarzy na scenie (śmiech).

jak kontrolować dźwięk

jak kontrolować dźwięk

Chociaż taki „Now It’s Over” brzmi jednak bardzo, bardzo syntetycznie w warstwie rytmicznej…

Tak, masz rację – w kilku miejscach, szczególnie w tym utworze zastosowaliśmy kombinację gry Robiego z automatem perkusyjnym. W pewnym sensie chcieliśmy uzyskać taki mechaniczny efekt, jednak sama maszyna perkusyjna nie była w stanie oddać głębi i siły warstwy rytmicznej. Dopiero połączenie takiego pulsu z uderzeniem żywego perkusisty dało pożądany efekt. Zawsze długo pracujemy nad aspektami brzmieniowymi i tym razem też szukaliśmy tego „złotego środka”, który spowoduje, że nasza muzyka zabrzmi oryginalnie, intrygująco a przedea place 5 wszystkim będzie łączyć taki fizyczny, rockowy aspekt z zabawami z elektroniką, która przecież zawsze była obecna w naszym zespole. Nowa płyta jest chyba pod tym względem idealnie wyważona…

To fakt, ale też jest w pewnym sensie „niebezpieczna”, jeśli chodzi o swego rodzaju brzmieniowe przegięcie. W niektórych momentach głośniki aż trzeszczą…

Tak, to ma być bardzo mocne doświadczenie. Zawsze intrygowała mnie tajemnica, zamknięta w słowie „dźwięk”. Coś co wyzwala emocje, skrajne reakcje. Nie możesz tego dotknąć, ale twoje zmysły reagują na to co słyszysz. Więc kiedy słyszysz coś tak intensywnego, doświadczasz czegoś nowego, prawdziwej adrenaliny. Jasne, zdaję sobie sprawę, że nasza muzyka może czasami przekraczać granice, być jakimś katarsis… Nie chodzi tu jednak tylko o głośność samą w sobie. Puść sobie na maksa orkiestrę symfoniczną – też ucierpisz. Wolę słowo „intensywny”. Nie chodzi o to by rozkręcać się na full, ale wiedzieć jak to kontrolować. Bez kontroli nie ma spodziewanego efektu.

Pozostaje kwestia, jak te cuda oddać na żywca, szczególnie, że jest was na scenie tylko trzech. Używacie jakiegoś specjalnego systemu, efektów itp. żeby osiągnąć taką intensywność?

Tu liczy się wszystko. Na pewno doświadczenie i umiejętność zapanowania nad instrumentem, jednak nie ma się co łudzić, używamy mnóstwa efektów gitarowych, specjalnego systemu nagłośnienia, dzięki czemu możemy oddać na żywo nasze koncepcje. Duże znaczenie mają wzmacniacze, odpowiedni sposób nagłośnienia perkusji. Co nie zmienia faktu, że każdy koncert jest trochę inny. Różne są sale, w których gramy i zawsze staramy się z danej sytuacji wyciągnąć jak najwięcej. Czasami jest głośniej, czasami bliżej nosie, różnie to wygląda, najważniejsze, że potrafimy okiełznać to co stworzyliśmy podczas prac w studiu, choć zdarzało się nam przekraczać magiczną granicę między muzyką a zniszczeniem (śmiech).

a place 4A propos brzmienia – prowadzisz firmę Death By Audio, gdzie produkujesz efekty gitarowe. Jak to było – muzyka miała wpływ na to, czym się zająłeś, czy może teraz twoje eksperymenty z efektami wpływają na to, jak brzmi A Palce To Bury Strangers?

Wiesz co, u mnie przebiegało to równolegle. Po prostu interesuje mnie każdy aspekt muzyki, zarówno od strony samego grania i komponowania jak i technicznej strony tej zabawy. Ale jeśli chodzi o początek, to miałem swego czasu manię – choć i teraz mi się to zdarza – kupowania starych rzeczy. Wiesz, czasami potrafisz zapłacić naprawdę wysoką cenę za jakiś stary wzmacniacz czy gitarę. Ja tak miałem z efektami. No i jak to każdy chłopak – musiałem wiedzieć, co jest w środku (śmiech). A od tego masz już tylko krok do pracy. Cieszę, że, że dzięki temu mogę w jakimś sensie weryfikować to co gra zespół, budować bardziej świadomie jego brzmienie. Na pewno zespół bez moich zabaw z efektami brzmiałby inaczej.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu