3MOONBOYS – Tramwaj mojego dzieciństwa

3MoonBoys powracają z kolejnym projektem, wpisującym się w ich pomysły, wybiegające daleko poza typowy wizerunek zespołu rockowego. W wydaniu Bydgoszczan, zespół staje się pretekstem do znacznie szerszych poszukiwań, w obrębie sztuki wizualnej czy współpracy z artystami spoza muzycznego kręgu. W przypadku Linii nr 8, sprawa ma znacznie szerszy zasięg bo rozciąga się od islandzkich muzyków z projektu Panos From Komodo, po artystów tworzących dzieła zaliczające się do tzw liberatury. Płyta ukazuje się w ramach projektu Brumba i jak zwykle jest niezwykle fascynującą podróżą, na którą zaprasza w imieniu zespołu perkusista Marcin Karnowski.

Dzięki „8” poznałem nowy termin: „liberatura”. Czy możesz w jasny sposób wyjaśnić z czym to się je i co Ciebie zafascynowało w tym odłamie sztuki, przekazu?

Najprościej mówiąc liberatura jest wtedy, kiedy fizyczność staje się środkiem przekazu, nośnikiem znaczenia. To jest tak, że jeśli artysta np. pozostawia w książce pustą kartkę, to nie robi tego z gapiostwa. To jest po coś. Np. jeśli dostajesz wiadomość napisaną caps lockiem, to można odnieść wrażenie, że nadawca krzyczy; liberatura to ciało książki, body lengłicz (śmiech) a zafascynowała mnie w tym zjawisku otwartość na spotkanie z rozmaitymi formami, możliwość otwierania furtek, łączenia rozmaitych dziedzin artystycznych w jednym zamyśle spotkania na wspólnym terenie, jeśli tak można powiedzieć.

Na jakiej zasadzie odbyło się to połączenie z muzyką? Czy jest jakaś wspólna płaszczyzna, coś co stanowi wspólny mianownik z twórczością Moniki Aleksandrowicz?

W projekcie „Brumba…” Monika Aleksandrowicz „zrobiła” książkę „Semiografia”. To jest niezwykle przemyślana, oszałamiająca w swoim rozmachu konstrukcja oparta na „złotym podziale”. Myślę, że Monika doskonale by o tym opowiedziała. Nasza „Linia nr 8” to sytuacja odrębna, która nie wiąże się z książką Moniki. Wspólny mianownik dla obu wydawnictw to projekt „Brumba”, w którym liberatura pełni rolę inspiratora. Można powiedzieć, że liberatura jest gospodarzem na tej imprezie, a my wpadliśmy na parapetówę. Połączenie z muzyką w albumie „Linia nr 8” odbyło się natomiast dość naturalnie. Od albumu „16”, zaczął się nasz flirt z tym zjawiskiem, późniejsze wydawnictwa w pewnym stopniu do tego nawiązują, choć są to już rzeczy inne.3Moon

Ale skoro już na parapetówę wpadliście, to rozumiem, że jest cel – dla mnie to coś w rodzaju próby rozszerzenia sztuki dźwięku, spojrzenia poza standardową formę „muzyki”, przekroczenie kolejnej granicy w sztuce… A może raczej: synteza różnych form?

W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że sama muzyka zapisana na srebrnym krążku już nam nie wystarcza. To wzięło się także z refleksji nad kondycją rynku muzycznego i powszechnej cyfryzacji. Ale głównym impulsem było pragnienie opowiadania historii poprzez dźwięk, słowa, obraz i fizyczny wymiar. Chodziło o to by doprowadzić do pewnego rodzaju rozmowy pomiędzy tymi dziedzinami, tak aby były względem siebie komplementarne. Wielopoziomowa sytuacja twórcza, gdzie wszystkie elementy współopowiadają historię. Jeśli słucha się tych płyt z empetrójki, znika całość. Zostaje tylko jeden z elementów. To tak jakby z obrazu Kandinsky’ego usunąć jakiś kolor albo zostawić tylko jeden.

Czyli jest to coś w rodzaju zaproszenia do teatru, dodanie nowych bodźców itp. Jak ma zachować się tzw. „słuchacz”, jakich reakcji oczekujecie, jeśli faktycznie czegoś oczekujecie? Poza tym – czy taka formuła wymusza inne potraktowanie prezentacji materiału na koncertach?

Nie precyzujemy oczekiwań wobec odbiorcy. To raczej zaproszenie do wspólnej zabawy. Niekiedy jest to zaproszenie do współtworzenia (tak zrobiliśmy w przypadku albumu „Skakankan”, pozostawiając kilka ścieżek wyboru i licząc na inwencję adresata). Rozmowa między nami, a publicznością polega na zaufaniu, chcemy aby to był rodzaj spotkania. Koncert to cudowność jednorazowości, niepowtarzalności. Zawsze staramy się zostawić na scenie 100 procent serducha. Reakcje ludzi na koncertach nas inspirują. To niesamowite, euforyczne przeżycie, rodzaj porozumienia. Jeśli chodzi o potraktowanie koncertu jako ciąg dalszy działań zapoczątkowanych na płycie, często sięgamy po wizualizacje, które korespondują z przekazem albumu.

Z drugiej strony – nie obawiasz się przesytu? Tego, że współczesny odbiorca, skazany na szybką, zdawkową konsumpcję kultury, będzie się trochę, hmmm, bał i nie podoła. Bo w to wszystko, co proponujecie w związku z nową płytą, trzeba jednak włożyć trochę wysiłku, by wejść w ten świat, optykę…

No tak, ale bez wysiłku nie ma kontaktu z muzyką czy z literaturą, z jakąkolwiek gałęzią twórczości. Pozostaje łatwizna. I to jest jedyne czego się boję, myślę, że powinniśmy zaufać odbiorcy, podoła. Trzeba tylko założyć, że jest wymagający. Współczesna kultura często zakłada, niestety, że jest odwrotnie… tzn. współcześni twórcy kultury masowej, mówiąc ściślej.

Jest tu jeszcze jeden element, zaskakujący. W dobie ograniczania, czy minimalizowania wydawnictw, uciekania do tzw. „premier internetowych”, tak Bogactwobombastyczne wydanie – pudełeczko, gadżety, teksty, muszle, opisy itp., itd. są ryzykiem w czystym rozumieniu finansowym. Zejdź na ziemię i zdradź – były jakieś dotacje itp., czy wzięliście wszystko, jak to się kolokwialnie mówi – na klatę?

He, he, jasne, że było dofinansowanie. Bez tego nie byłoby nas stać na takie wydawnictwo. Ponieważ „Linia nr 8” powstała w ramach projektu „Brumba”, wydawnictwo również zostało sfinansowane z grantu, który otrzymaliśmy. Ale wewnątrz pudełka znajdziemy też bilet i tu bardzo miła sytuacja. Szukaliśmy 500 skasowanych biletów komunikacji miejskiej. Odezwał się znajomy z dawnych, szkolnych czasów i podarował nam kilka tysięcy biletów tramwajowych z lat 90. (Pozdrawiamy Marcina serdecznie!).

O, to bardzo ciekawe nawiązanie do nostalgii, jaka nas drąży. Ok, przynajmniej mnie. Bo lata 90. były fajne. Skoro tak, to powiedz coś na temat… muszli. Z tym elementem też coś się wiąże? Bo przyznam szczerze, że tu miałem problem z powiązaniem jej z całym projektem…

Muszla to ważny element. Pojawia się w opowiadaniu, które odnajdziemy w pudełku. Muszla to także symbol wędrówki w tradycji chrześcijańskiej. A podróż jest jednym z głównych wątków „Linii nr 8”. Główny bohater nosi muszlę w kieszeni i podsłuchuje wspomnień z nad morza, ale może nie zdradzajmy wszystkiego. A lata 90. rzeczywiście były fajne, lubię filmy z tego okresu.

Myślę, że kto miał zostać zaintrygowany, został. To teraz coś o muzyce. Przede wszystkim – jak doszło do spotkania z Panos From Komodo?

Ponieważ „Brumba” jest przedsięwzięciem międzynarodowym, finansowanym z tzw. grantów norweskich, zobligowani zostaliśmy do znalezienia partnera ze Skandynawii. Szukaliśmy kogoś, kto będzie grał mocno inaczej od nas. Panos From Komodo wyrazili chęć otwartość do współdziałania. Po kilku mailach weszliśmy na wspólną ścieżkę. W czerwcu Hjalti i Birgir pojawili się w Bydgoszczy. Zamknęliśmy się na tydzień w Bibliotece Wojewódzkiej na strychu (doskonałe miejsce, pod względem brzmieniowym) i nagraliśmy muzykę. Materiał powstał z dżemowania na strychu, to był bardzo intensywny tydzień. Okazał się owocny. Wiesz co, najfajniejszy był chyba moment, kiedy złapaliśmy wspólny język i nawet tego nie zauważyliśmy.

Tramwaj mojego dzieciństwa

Tramwaj mojego dzieciństwa

Uniwersalny język muzyki… Czy te kompozycje były Wasze i do nich swoje rzeczy dołożyli Hjalti i Birgir, czy wszystko powstało spontanicznie w tym jednym tygodniu?

Przygotowaliśmy wcześniej kilka numerów na tę okazję, ale z nich nie skorzystaliśmy, bo okazało się, że wspólne muzykowanie na strychu zdało egzamin i jest po prostu dobre. No i tak jest uczciwie. Muzyka powstała zatem podczas tej tygodniowej sesji.

Jaki w zasadzie był wkład Hjalti’ego i Birgir’a – chodzi mi o wzajemną stymulację z jednej strony i konkretne elementy z drugiej? Była jakaś linia podziału, każdy znał swoje miejsce itp.? Co Was najbardziej zaskoczyło?

Zaskoczyli nas. Spodziewaliśmy się punkowego podejścia, tymczasem Panos From Komodo zaczęli operować przestrzennymi dźwiękami, pejzażowymi pociągnięciami. Pamiętam, że na początku, mieliśmy kłopot z metodą. Na szczęście, został on szybko rozwiązany. Nagrywaliśmy improwizacje, później je odsłuchiwaliśmy, wybieraliśmy najciekawsze momenty i rozwijaliśmy je. Hjalti i Birgir skupili się na gitarze i basie.

Ogólnie płyta to trans i jeszcze raz trans, choć zaskoczyła mnie kompozycja „Wietrzne miasto” ze względu na… reggae’owy puls. Skąd ten wątek, w sumie dość Wam obcy?

Nagrywał nas Jarek Hejmann, więc pewnie to przez niego (śmiech). Trudno powiedzieć, skąd ten reggae’owy klimat, najwidoczniej jakaś chwila na strychu bujała nas w takim rytmie.

Czy na koncertach należy się spodziewać repetycji płyty czy raczej swobodnego wykorzystania jej wątków?

Oslo

Oslo

Staramy się bawić tą płytą, więc niektóre aranżacje ulegają ciągłym zmianom. „Linia nr 8” daje dużo miejsca na takie wycieczki.

Zagraliście już parę sztuk, w tym w Oslo, o ile dobrze kojarzę. Jakie wspomnienia i wnioski?

Tak, w Oslo fajnie nam się grało. To było nasze pierwsze spotkanie na scenie, więc cieszymy się, że fajnie wyszło. Jest nas 7 osób na scenie. Trzeba uważać, żeby nie przedobrzyć. Ta sytuacja wymaga czujności, samodyscypliny, umiaru. Sam koncert w Maksitaksi w Oslo bardzo miłe przeżycie. Publiczność przyjęła nas życzliwie, było dużo dobrej energii, oby tak dalej.

Wspomniałeś o ważnym elemencie, czyli równowadze. Faktycznie, na płycie jest dużo dźwięków, ale czy kiedy będziecie grać bez kolegów z Islandii, nie będzie czegoś brakowało?

Ostatnio na próbie testowaliśmy taką sytuację. I chyba udało nam się tak to ugryźć, aby numery nie traciły na jakości. Po prostu będą one nieco inne. Zresztą, niedługo będziemy mogli wypróbować rzecz w praktyce. W sobotę gramy w Ostrzeszowie na Feelonfest i postanowiliśmy kilka utworów z „Linii numer 8” tam zagrać.

A właśnie – może to głupie – dlaczego akurat linia nr 8? Co jest w niej takiego wyjątkowego??

Kiedy przewróci się ósemkę, wówczas mamy nieskończoność. Jest kilka powodów. 8 to pętla a wydawnictwo jest zapętloną sytuacją zarówno dla twórcy jak i dla tworzywa. Zaciera się granica pomiędzy opowiadającym a bohaterem opowiadania. Przewrócona ósemka może przypominać też Wstęgę Mobiusa i tu już mamy inną, gotową ścieżkę interpretacyjną. Linia nr 8 to także tramwaj z mojego dzieciństwa. Ósemka miała swój początek na osiedlu, gdzie spędziłem połowę życia. Wszystkie te tropy, które wymieniłem, składają się na jeden obraz, ale go nie wyczerpują.Komodo

Dochodzimy zatem do przekazu, czyli tekstów. Te mnie zaintrygowały za sprawą, swego rodzaju zdawkowości, właśnie takich migawek, myśli wyrwanych z kontekstu, będących zapisem chwili, kiedy gdzieś idziemy/jedziemy i takie ciągi świadomości gdzieś tam przewijają się przez głowę. Takie było założenie?

Cieszę się, że tak to odebrałeś. Tak. Wyobraziliśmy sobie człowieka, który wsiada do tramwaju, zakłada słuchawki na uszy, otwiera książkę w zaznaczonym miejscu, czyta sobie podczas jazdy, czasami spogląda przez okno. I chyba zaczyna odczuwać dziwne mrowienie na karku, bo dzieje się coś niepokojącego. Kiedy wysiada na ostatnim przystanku ma przeczucie, o którym woli nie myśleć. Cała ta sytuacja jest dziwna. Zaczynam się czuć dziwnie, kiedy teraz z Tobą o tym gadam… A jeśli wspominasz o zdawkowości… z tekstem jest jak z grą na perkusji, nadmiar prowadzi do gadulstwa.

Na koniec: Bydgoszcz. Miasto, które ostatnio może być spokojnie określone jako mekka alternatywy, eldorado poszukujących muzyków itp. Co takiego jest w Bydgoszczy, że powstaje tam tyle ciekawych projektów??

Może Bydgoszcz wyzwala jakiś taki szczególny typ wrażliwości, sam nie wiem. Kiedyś myślałem, że to wynika z przemysłowego charakteru szarego miasta, ale dziś Bydgoszcz nadrabia zaległości i prezentuje się całkiem nieźle, więc to chyba nie to. Chyba bydgoszczanie po prostu tworzą taką aurę. Nie mam innego pomysłu. Bardziej przywiązuję się do ludzi i do sytuacji niż do miejsc, ale rzeczywiście jest coś szczególnego w bydgoskiej scenie. Może kiedyś, ktoś zajmie się tym wnikliwie…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Przemek Popowski/Robert Wiwatowski (Oslo)