30 KILO SŁOŃCA – Noise no jazz

Wprawdzie 30 kilo słońca swoją płytę wydali gdzieś pod koniec 2015 roku, jednak jakość tej muzyki i jej nowatorstwo – nawet w kontekście rozbuchanej sceny alternatywnej – zasługuje na to, by pokazać ją osobom odwiedzającym nasz portal. Tym bardziej, że wpisuje się w coraz prężniejszy nurt muzyki improwizowanej. W tym przypadku owa improwizacja w ciekawy sposób łączy się z elektronicznymi pejzażami i lekko hałaśliwą, brudną otoczką, ocierając się o coś w rodzaju nowej jakości w podziemnej muzyce. Warto ich sprawdzić, tym bardziej, że już niedługo (29.06) supportują szaleńców w ZU. W imieniu zespołu zeznawał Maciek Jaciuk.

Na początek banalnie, ale koniecznie – nie jesteście jeszcze zbyt mocno znani, informacji w necie mało a muza zacna. Jak doszło do Waszego powstania? Może jakaś ciekawa anegdota?

Gram solowo jakieś ambienty jako SqrtSigil (Maciek Jaciuk); zaprosiłem kolegów na swój set, który nagrywałem live. Po secie koledzy zaproponowali, że wokół tego co robię, zagrają na instrumentach (bas i perka), umówiliśmy się na niezobowiązującą próbę… no i zagadało. Na pierwszej próbie zrobiliśmy ze dwa numery, oczywiście, dodając do ambientów i tego tła wszystko co mamy w tej chwili. I tak zostało do dziś.

Muszę przyznać, że w pierwszym momencie miałem problem z ogarnięciem Waszej muzyki i jej sklasyfikowaniem, bo znajduję tu dość sporo różnych wątków. A Wy sami jak nazywacie swoje dźwięki?

Ostatnio popularnym określeniem stał się noise jazz, ale my to nazywamy „noise no jazz”.  Nie czujemy się muzykami jazzowymi, wręcz dość daleko nam do nich, niemniej jednak są tu wpływy okołojazzowe z dużym dodatkiem psychodelii. Każdy z nas określa to w swój dla siebie charakterystyczny sposób i odnajduje w tym to co jest mu bliskie. Roger (basista) znajduje tu echa Billa Laswella (Last exit, Praxis), Marek (perka) nu jazz i post-rock, a ja 25% punk rocka.

No właśnie – sam widzisz, że jest problem, bo w Waszej muzyce nakłada się na siebie tyle płaszczyzn, że pierwszym momencie byłem zdezorientowany. Jednak znajduję wspólny mianownik – improwizacja. To element, który łączy wszystkie numery, w zasadzie nie wiadomo, w jaką stronę zmierzają i przez to płyta brzmi jak fragmenty nagrań, które mogłyby ciągnąć się jeszcze wiele minut…

Słusznie to rozszyfrowałeś gdyż rzeczywiście to jest klucz. Natomiast dla nas ważne jest pozostawienie też pewnego niedosytu i niedopowiedzenia, które powoduje, że chcesz więcej, ale nie myślę żeby to był problem.

Macie w swoim portfolio doświadczenia z jazzem?

Słuchamy dużo jazzu, nu jazzu, muzyki improwizowanej, ale szczerze mówiąc, niekoniecznie graliśmy coś takiego dotychczas. Zasadniczo nasze korzenie są rockowe w szerokim pojęciu, od metalu przez punk do post rocka, plus elektronika, ambienty, eksperymenty itp.2

Jesteście zespołem, który pojawił się dość nagle i trzeba przyznać, że z punktu widzenia marketingowego należy jeszcze podziałać. Widzicie dla siebie miejsce na krajowej scenie? Właściwie jakiej? Alternatywnej?

Hmmm… jeżeli „Karabin” Marii Peszek został klepnięty jako najlepszy album alternatywny, to chyba nie chcemy tam być.  Na pewno nie celujemy w scenę mainstreamową. Myślę, że scena DIY/DIT (do it together) jest tym miejscem gdzie celujemy. Garaż, eksperyment, noise – myślę, że to jest nasze miejsce. Scena dla poszukujących nowych rzeczy, od fanów ekstremy do fanów no jazzu. Podoba nam się zaskakiwanie siebie i innych, no i próbujemy utrzymać otwarte głowy, czerpiąc z naszej wrażliwości na muzę, która nas otacza.

Słuchając Was uświadomiłem sobie ciekawą rzecz. Mianowicie, noise, od zawsze uznawany przeze mnie za bardzo kreatywny nurt, wykształca właśnie nową odnogę – muzykę improwizowaną. Choć samo słowo improwizacja dość daleko odbiega od tradycyjnie przypisanego mu znaczenia…

Noise traktujemy jako jeden ze środków, instrumentów; łączymy to z resztą, niemniej jednak daje dużo możliwości jeśli chodzi o improwizację. Dorzucamy do tego np. trąbkę czy bamboo sax, ubieramy w ambientowe podkłady i mamy za każdym razem dobrą zabawę…

Takie zespoły jak wasz są w pewnym sensie pomostem miedzy współczesną muzyką improwizowaną a yassem, o którym jakiś czas temu słuch zaginął…

Yass odbił się na pewno dużym echem w naszych dokonaniach, swego czasu każdy z nas znalazł tam coś dla siebie i nawet jeśli umarł to zostawił trwałe ślady. Poza tym pozwolił uwierzyć w granie „jazzu” ludziom, którzy niekoniecznie mieli wykształcenie akademickie (muzyczne). No i wracamy do tematu muzyki improwizowanej. W pewnym sensie czujemy się kontynuatorami idei przyświecającej scenie yassowej…

Tyle, że obecnego w yassie, mentalnego punka zastąpiliście elektroniką i dronami…

To jest element XXI wieku, aczkolwiek ciągle czujemy punka i jego 25% musi być zawsze we wszystkim co robimy, nie tylko w muzyce. Mentalny punk jest ten sam tylko środki jego wyrazu się zmieniły.

Skoro pojawił się już jazz, mam taką kwestię. Klasyczni jazzmani zawsze trzymali rękę na pulsie i chętnie bratali się z nowymi trendami. Pamiętam, kiedyś, na fali eksplozji tzw. acidjazzu, wielu klasycznych muzyków jazzowych wchodziło w takie składy, albo wręcz tworzyło nowe grupy, że wymienię chociażby Urbanatora. Myślisz, że obecna fala muzyki improwizowano – noise’owej zwróci uwagę środowiska jazzowego, czy dla nich będzie to nadal tylko hałas?

Myślę, że środowisko klasycznego jazzu pozostanie hermetyczne: granie z nut, standardy itp. Natomiast ludzie pokroju np. Mikolaja Trzaski, Petera Brotzmanna czy Mata Gustafssona – czyli przedstawiciele tzw. sceny free jazzowej – już dawno zauważyli potencjał jaki kryje się w tego typu scenie. Od dawna dają przykłady że świetnie się w tym odnajdują i wręcz ze swojej strony współtworzą tą scenę. Podobnie jak Rob Mazurek i scena chicagowska, kolaboracje w postaci np. Sao Paulo Underground. Można wymieniać do rana, myślę, że wiesz o co chodzi.

Choć np. taki Tomasz Stańko, myślę, że odnalazłby się ze swoim niespokojnym duchem i skłonnością do eksperymentów… Oczywiście, gdyby zszedł z piedestału…

Z niecierpliwością czekamy na jego zejście z tego piedestału… Wydaje się nam tak poważnie, że z całym szacunkiem, okres eksperymentów Pan Stańko ma już za sobą, ostatnie jego dokonania nie wskazują żeby miał jakieś ciągoty w tę stronę.

Chodziło mi raczej o jego możliwości niż obecną sytuację. Ale my tu gadu, gadu a płyta czeka. Przyznam, że podoba mi się jej brzmienie, bardzo surowe, wręcz brudne, zadymione. Zgaduję, że było „jechane” na tzw. setkę?

Oczywiście, takie były założenia. Minimum postprodukcji, autentyczność brzmieniowa itp. Spotkaliśmy się nawet z zarzutami, że płyta jest zbyt surowa, trzeba to lepiej nagrać, wyprodukować itp., ale postawiliśmy na swoim i nie żałujemy. Jednym z naszych założeń jest aby materiał tzw. studyjny nie odbiegał od tego co prezentujemy na koncertach.

Właśnie tak brzmi – jak koncert w małym klubie. Rozumiem, że jako kapela stojąca po tej bardziej niezależnej stronie, nie szukaliście wydawcy? Czy wręcz przeciwnie?

Przez chwilę nawet zastanawialiśmy się nad wydawcą, ale zabrakło pomysłu. Niekoniecznie w Polsce jest ktoś kto wydaje takie rzeczy. W tzw. międzyczasie urodziła nam się idea Plaży Zachodniej jako wydawnictwa i postanowiliśmy spróbować sami. No i jest. Polecamy nasz katalog – oprócz 30 kilo można znaleźć też inne odcienie sceny eksperymentalnej. Pomimo różnorodności stylistycznej, wnikliwy słuchacz znajdzie ten tzw. wspólny mianownik. Poza tym, pewnym komfortem jest wolność i pełna kontrola nad procesem wydawniczym.

Noise no jazz

Noise no jazz

Pozostaje brutalne pytanie – jak bardzo trzeba być zdesperowanym, żeby zakładać wytwórnię DIY, bo raczej zysków z tego nie ma, oczywiście, pomijając ów komfort niezależności…

Nie sądzimy, że desperacja to jest odpowiednie słowo. Naszym celem nie jest sukces komercyjny, każdy wie, że profitów z tego nie ma. Raczej chodzi o chęć i możliwość wydawania tego co nam się podoba bez włażenia w dupę różnym chujkom, którzy czują się wielkimi gwiazdami polskiego niezalu, kreatorami tego co obecnie ma być modne. Jednocześnie na naszych wydawnictwach zaczynają się pojawiać ciekawe nazwiska, od początku otrzymujemy wsparcie od ludzi takich jak Darek Pietraszewski z Trzeciej Fali, studenckich rozgłośni radiowych z całej Polski, którzy docenili potencjał jaki się kryje w naszych działaniach

Jest w tym wszystkim jakiś chichot historii – kiedyś istniało coś takiego jak jazzcore, czyli zespoły, które grały dość pokręconą muzykę, ale z jazzem, jako improwizacją nie mającą nic wspólnego. Dzisiaj jest raczej tendencja do odcinania się od stricte technicznego grania, ale to właśnie teraz improwizacja staje się składnikiem alternatywy. Pojawiają się rzeczy takie jako Lotto, Wy, nawet jazzmani zaczynają wydawać swoje płyty w niezależnych wytwórniach, że przywołam casus Instant Classic. W jaką stronę to wszystko zmierza? Co będzie dalej?

Można powiedzieć, że to taka oddolna rewolucja. Era wodnika – wszystko zmierza w stronę autentyczności. Ludzie widzą potencjał i prawdziwość tego typu inicjatyw. Kapele typu Lotto mogłyby spokojnie wydawać się u majorsów, ale pragną dotrzeć do autentycznych słuchaczy a nie ludzi, którym dyktuje gust kawa czy herbata. Mamy przynajmniej taką nadzieję.  Trochę znak czasów, powrót do beatników w pewnym sensie, ery wczesnego free jazzu z lat 60-tych. Z drugiej strony trudno to tak do końca zdefiniować, potrzebny jest czas i weryfikacja tego zjawiska. Na pewno coś się zmieniło, coś się dzieje i kreuje się tu i teraz a dokąd to nas zaprowadzi? Czas pokaże…

Rewolucja zazwyczaj zjadała własne dzieci. Bo tak po prawdzie, raczej na chleb nie zarabiacie. I tu docieramy do czysto egzystencjalnych spraw – czy jest szansa, żeby takie granie przynajmniej się zwracało? Wybieracie opcje „gramy za zwroty, byleby grać” czy raczej „grać mniej, ale za uczciwe stawki”. Zresztą, czym dzisiaj jest ta mityczna, uczciwa stawka…

Dobre pytanie. Staramy się nie dopłacać do grania i jeżeli nam się to udaje to jesteśmy szczęśliwi. Jedni chodzą na ryby i kupują wędki, inni robią jeszcze coś innego a my gramy muzykę. Każdy z nas ma pracę, znamy realia i nie łudzimy się, że zaczniemy żyć z grania. Nie jesteśmy Iron Maiden. Niemniej jednak coraz częściej3 trafiamy na fajnych ludzi, którzy potrafią zorganizować koncerty proponując te tzw. uczciwe stawki, które z kolei pozwalają nam w „obiegu zamkniętym” nie tylko nie dokładać do grania, ale również kontynuować działalność wydawniczo-koncertową. Doskonałym przykładem tego typu działalności jest inicjatywa pod nazwą Komuna Muzyczna, za która stoi Piotr Radio z Radia Aktywnego. Duża piona i wieki szacun. Oprócz tego sprzedajemy płyty, które wydajemy.

Ok, to na koniec kolorowo – czy ta okładka powstała pod wpływem muzyki, czy też wybieraliście gotowy obrazek, który miał pasować. Bo faktycznie pasuje…

Okładkę namalował Marek Kasprzak, jeden z ojców założycieli Plaży Zachodniej, członek (brzydkie słowo…) Mothertape i Ak Uki, który namalował obraz dedykowany 30 kilo słońca, niekoniecznie jako okładkę, ale jak tylko to zobaczyliśmy, stwierdziliśmy, że to jest idealna okładka dla nas… Dodam jeszcze, że jest on odpowiedzialny za całą grafikę w Plaży Zachodniej.

I na samiusieńki koniec – skąd te 30 kilo słońca?

Inspiracją był tytuł komiksu (o ile dobrze pamiętam…) 1000 kilobajtów pożądania z cyklu Osiedle Swoboda. Nastąpiła jakaś mutacja, jakiś pomysł i nazwa czekała kilka lat na dopasowanie. Na którejś próbie padła ta propozycja i zagadało. Dodam, że jednogłośnie…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu, Marek Kasprzak/Jacek Pawlukowiec