ZOHARUM – Zawsze lubiłem balansować na krawędzi

Nie byłoby naszych ulubionych płyt gdyby nie banda szaleńców zwanych wydawcami. Ten prosty fakt należy uzupełnić o istotne stwierdzenie, że dotyczy on raczej tych, co swoją pracę traktują nie jak wulgarny biznes, ale jako misję szukania muzyki, której nie można posłuchać w każdym przydrożnym supermarkecie. Wśród tego grona wyróżniają się jednak te stajnie, które penetrują zaułki, gdzie nawet wytrawny słuchacz może poczuć się nieswojo. I tu właśnie bez problemu trafimy na Zoharum, która to wytwórnia od lat infiltruje podziemną scenę szeroko pojętej elektroniki, eksperymentalnego ambientu, szatańskiego folku i innych, medytacyjnych dronów. Zoharum ma w swoim katalogu rzeczy, które, o dziwo, są bardzo zróżnicowane, bo trafią się i czysto elektroniczne Rapoon, albo Zenial, świetny projekt Rara, łączący akustykę z elektronicznymi pejzażami, ale też produkcje raczej dla wybranych, że o Feine Trinkers Bei Pinkels Daheim (preparacje wykorzystujące odgłosy wydawane przez owady…) czy mistycznych szamanach z Moskwy – Phurpa, tylko wspomnę. Jest w czym wybierać a nad wszystkim unosi się determinacja współtwórcy stajni, Macieja Mehringa, który własnym ciałem ręczy za jakość proponowanych płyt. Ale nie tylko o samej muzyce rozmawialiśmy – było i o trudnościach, o ryzyku i determinacji. No i o kotach… Zapraszamy do lektury, szczególnie przyszłych adeptów trudnej sztuki wydawniczej. Możecie się sporo dowiedzieć. 

Na początek pytanie banalne i przaśne, acz konieczne – co pchnęło Cię do założenia wytwórni płytowej, jaki zbieg okoliczności sprawił, że stałeś się przedsiębiorcą w tym akurat skrawku biznesu? Wszyscy kibicowali, czy raczej odradzali?

Powód był rzeczywiście dość banalny. Założyliśmy label, aby wydawać albumy Bisclaveret. Gdy zarejestrowaliśmy album „Les Mannequins”, ubzduraliśmy sobie, że musi on ukazać się dokładnie 12 lipca, w dniu urodzin Brunona Schulza. Żaden ze współpracujących z nami dotychczas labeli nie mógł tego zagwarantować, więc wzięliśmy sprawy we własne ręce. Chwilę później pokazały się inne propozycje od ciekawych projektów; nim się obejrzeliśmy, trochę nam się wszystko rozrosło. Nigdy nie myśleliśmy o Zoharum jako sposobie na biznes. Od początku stawialiśmy na aktywność pasjonatów dla wąskiej grupki pasjonatów. Wiesz, od dzieciaka uwielbiałem chodzić do tych wszystkich małych sklepików muzycznych, rozmawiać z gośćmi, którzy mieli potężną wiedzę na temat muzyki, zarażali pasją, zachęcali do poszerzania moich horyzontów. Chociaż mieli własny interes w tym, ja z lekką naiwnością, postrzegałem ich jako takich właśnie pasjonatów. Czas zweryfikował ich sytuację. Duże sieci wyparły małe sklepiki, a sieci zostały wyparte przez net. Nadal jednak ich spotykam, ale teraz na stoiskach np. podczas Jarmarku Dominikańskiego. Czy jest to dla nich pomysł na biznes – chyba nie, każdy ima się jeszcze innych zajęć, a oni dalej o tej swojej muzyce plotą. Z nami jest podobnie. Wydajemy muzykę, którą uwielbiamy. Potrafimy o niej godzinami rozprawiać. Czasem do kogoś trafia nasze przesłanie, ale złotych domów z tego nie zbudujemy. Jako, że Zoharum wyszło nam niejako z rozpędu, to nie było radzących „za” czy „przeciw”. Czasem stawiamy sobie sami znak „stop” lub przynajmniej „zwolnij”, gdy zbyt wiele spraw się nałoży. Niekiedy też życie weryfikuje plany. Te najbardziej przyziemne sprawy, jak zdrowie, codzienne obowiązki, praca zawodowa, same wymuszają zmiany. My jednak nie napinamy się. W końcu to pasja, której przeznaczony powinien być czas wolny od pracy… Kiedyś w sumie stwierdziłem, że to za mało na biznes, za dużo na hobby… od lat to się nie zmienia.Praca...

Muszę jednak o to zapytać, abstrahując na razie od muzyki. „Za dużo na hobby, za mało na biznes„, ale jak wiemy, krwiożerczy aparat państwowy raczej i tak skłania się w stronę słowa „biznes” i tu pojawia się pytanie – czy faktycznie jest tak trudno w Polsce prowadzić taki interes? Same kłody pod nogami czy to mit głoszony przez pazernych biznesmenów, którym ciągle mało?

Znając polskie realia gospodarcze, a raczej będąc zmuszonym do funkcjonowania w nich, powiem, że lekko nie jest. Pomijam już sam fakt, że dla administracji każdy wydawca, podejmujący się publikacji nośników multimedialnych, traktowany jest jako producent towaru luksusowego, jako jedyny oprócz jubilerów, zmuszony jest do fiskalizacji własnej działalności od pierwszej transakcji, czyli ma „lepiej” niż lekarze, duże domy aukcyjne, wydawcy książek, czy twórcy rękodzieła. Gdyby do tego ograniczyć pole własnej działalności jedynie do granic naszego kochanego kraju, w którym „muzyka powinna być dla wszystkich za darmo, a płyty dodatkiem promocyjnym do koncertowej działalności zespołów”, to nawet na ZUS nie zebralibyśmy pieniędzy, o innych kosztach nie wspomnę. Jednak na szczęście wychodzimy szerzej, dzięki globalnemu zasięgowi Internetu, sprzedaż jakoś hula, a my w sumie nie narzekamy. Oczywiście, niesprawiedliwym byłoby stwierdzenie, że w Polsce nie ma ludzi, którzy nie wspierają naszej aktywności, bo to nieprawda. Wielu naszych stałych klientów z Polski stało się naszymi mecenatami. Ufają jakości marki Zoharum i kupują całą dyskografię, nawet w ciemno. To jednak nie daje nam gwarancji budowania dużego kapitału przedsiębiorczego. Dlaczego więc jesteśmy wielkimi przedsiębiorcami dla urzędników? Nie mam pojęcia. Prześledźmy inne działania w zakresie wsparcia dla undergroundu, spójrz, jakie są koszty wynajmu przestrzeni handlowej dla „wpierających niezależnych wydawców” organizatorów czołowych polskich festiwali, targów niezależnych etc. Policz koszty, sprzedaj kilka płyt, dopłać do imprezy i powiedz „tak, oni wspierają wydawców niezależnych, to nasi partnerzy”. Cenniki reklam też bywają czasem nieubłagane, ale coś robić trzeba, aby funkcjonować, być chociaż trochę widocznym. Prawda jest taka, że biznes muzyczny jest gdzieś daleko, oderwany od rzeczywistości, nakręcony przez showbusiness, rozdmuchany jak bańka mydlana, która osiągnie swój kulminacyjny szczyt, zyska uwagę na 5 minut, aby zaraz pęknąć i zniknąć. Tam jest biznes, a czy jest tam miejsce na muzykę, która przetrwa kolejne lata? Nie wiem, nie sądzę. W sumie to ten biznes mało nas obchodzi. Na stronie naszego sklepu znajdziesz taką informację, Alchembria.pl to sklep internetowy należący do Zoharum, non-profitowego wydawnictwa płytowego. Co to oznacza w praktyce? Wokół Zoharum, jak i Alchembrii, skupiona jest grupa pasjonatów, których celem jest działalność kulturalna. Wszystkie zyski zarówno z naszych własnych wydawnictw, jak i przedmiotów z dystrybucji, inwestujemy w kolejne krążki oraz promocję naszych artystów. Innymi słowy, działamy profesjonalnie, lecz niekomercyjnie; naszym wyłącznym celem jest promocja ciekawych projektów artystycznych.. i tego się trzymamy – mimo wszystko! Nasza pazerność polega tylko na tym, że wciąż brakuje nam czasu, którego jest mało i mało…

Nie boisz się, że jest to trochę jak życie na krawędzi? Bo ktoś, kto przeczyta takie słowa, wyobrazi sobie coś takiego – zap… w robocie 8 godzin, a potem zap… w domu kolejne 10h, żeby wydać płytę, która co najwyżej się zwróci… Oczywiście, możemy użyć słowa „szaleniec”, „pasjonat” czy „idealista”. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ktoś posłucha wybranej płyty z Waszego katalogu i pomyśli –  przecież to nie jest muzyka!! i zupełnie zgłupieje. Zatem – jest w tym element szaleństwa, niezbędnego do wytrwania i utrzymania równowagi, czy ratuje Cię jedynie pragmatyzm, mrówcza praca i konsekwencja?

Zawsze lubiłem balansować na krawędzi. Posądzenie o szaleństwo też nigdy mi nie przeszkadzało. Mam gdzieś takie opinie. Z muzyką tak już jest. Zawsze znajdą się malkontenci i tacy, którzy nie czują tematu. Czy wydawcy z metalowych labeli zabiegają o docenienie wydawanej przez nich muzyki przez ludzi, powiedzmy, gustujących w piosenkach Maryli Rodowicz? Myślę, że dysonans poznawczy jest podobny. Dla niektórych nie jest muzyką to, co niekiedy znajdzie się w katalogu Zoharum, tak samo jak dla mnie muzyką nie jest piosenka disco-polo. Myślę, że pragmatyzm i konsekwencja to czynniki, bez których funkcjonowanie Zoharum nie miałoby racji bytu. Zresztą, moim zdaniem każde działanie pozbawione konsekwencji skazane jest prędzej czy później na porażkę. Wiara w sens swoich działań, determinacja, wbrew opiniom z zewnątrz z pewnością mogą tylko pomóc w dążeniu do celu. Chociaż nadal uchodzimy za label niezależny, to nasza pozycja dzisiaj a prawie dziesięć lat temu jest zupełnie inna. Pewnie, że moglibyśmy pójść na całość, budować jeszcze większe przedsięwzięcie. Jednak my w tym miejscu czujemy się dobrze, po trosze bezpiecznie. Mamy swoje prace, dające stabilność, mamy też działalność pozwalającą nam realizować nasze cele i pasje. Robimy to w miarę własnych możliwości profesjonalnie. Tylko dzięki temu, że mierzymy siły na zamiary, nie przeklinamy kiepskiej kondycji muzycznego światka, nie czujemy się zawiedzeni, że „kiedyś to można było z tego żyć”; a przecież wiele firm muzycznych, szczególnie, ale nie tylko, z nurtu industrialnego upadło właśnie dlatego, że ich oczekiwania były zbyt rozbuchane. Nie przetrwali próby czasu, bo przestawiali swoje pasjonackie myślenie na korporacyjne działanie. W Polsce takim analogicznym przykładem w branży muzycznej jest sytuacja prasy, która dynamicznie pojawiała się na rynku, robiła wiele szumu, by zniknąć maksymalnie po 2-3 numerach. Brak konsekwencji z ich strony, elementu zabawy, otwartości i przede wszystkim dystansu i pokory do własnej działalności, często powoduje, że szumne plany, jak szybko pojawiają się, tak szybko znikają. Zawsze uważałem, że kropla drąży skałę, a finalnie zostawia trwały ślad. Ot, cała nasza filozofia i sposób na prawie 10 lat działalności. Niby niewiele a jednak…

I teraz kluczowe, mądre pytanie: co takiego kryje się w muzyce elektronicznej (że tak ogólnie zapytam…), że to właśnie jej a w zasadzie najbardziej  niekomercyjnemu odłamowi poświęciłeś swoje działania? Jaki jest klucz do Twoich fascynacji, tym bardziej, że nawet pobieżne zerknięcie na katalog uświadamia, że spektrum wykonawców jest bardzo szerokie…

Wbrew pozorom muzyka elektroniczna nie zajmuje aż tak dużej części naszego katalogu, chyba, że traktujemy każdą muzykę wykonaną przy użyciu instrumentów elektronicznych za takową. Niewątpliwe bezwzględnym kryterium doboru jest nasz gust. Jeżeli album nie trafi do nas, odrzucamy go, czy to ze względu na negatywne zdanie Michała czy też moje. Nie stosujemy tutaj wybiegów marketingowych, nie kierujemy się poprawnością, wymuszoną koniecznością, grzecznością czy koleżeńską przysługą. To ma krótkie nogi i doprowadziło niejedno wydawnictwo do upadku. Musimy być największymi fanami naszych publikacji, bo inwestujemy w nie najwięcej pieniędzy, energii, czasu i uwagi. Jeżeli nawet wiemy, że dany album ma znikomy potencjał – umownie – komercyjny, to i tak czasem podejmujemy się jego wydania, ze względu na zawartość. To taki nasz wkład w sztukę. Wydając albumy, które nie są nastawione na panujące trendy, oczekiwania chwili, możemy sobie na to pozwolić, a to dlatego, że taka muzyka będzie równie dobra dzisiaj jak i za 10 lat. Przez to, że mam dość obszerną płytotekę prywatną, oraz przez to, że na koncie mamy już ponad 140 tytułów, zdarza się, że niektórych krążków z logiem Zoharum nie słyszałem od dłuższego czasu, kiedy jednak odpalam sobie dowolny CD, nawet po kilku latach, w mig przekonuję się, że warto było go wydać, bo on nadal zaskakuje, intryguje, jest po prostu dobry…. To chyba wystarczy. Oczywiście, muzyka, powiedzmy, bardziej komercyjna, popularna nie jest nam obca. Słuchamy bardzo różnych dźwięków. Zdziwiłbyś się jak bardzo innych od tych, jakie publikujemy w Zoharum. Moglibyśmy pochylić się nad nimi w ramach Zoharum, ale po co? Jest tyle świetnych wytwórni, które to robią za nas. My wypełniliśmy niszę, którą należało wypełnić. Idziemy według nie do końca dla nas jasnego klucza, który jednak jakoś istnieje. Mimo różnorodności gatunkowej, udaje się uchwycić coś, co zespala muzykę wydawaną przez Zoharum, coś, co w jakiś sposób wyróżnia ją spośród innych. Wydaje się, że robimy to intuicyjnie, bez dokładnych założeń, a może ktoś inny potrafi nazwać ten klucz za nas?

 Kot to członek naszej rodziny. Taki indywidualista nie mógłby być tylko dodatkiem, no i ze stoickim spokojem przesłuchuje ze mną mastery, demówki i w ogóle słuchamy razem muzyki. Nasz kot to domator, nie lubi otwartych przestrzeni. Ucieka do domu jak tylko usłyszy skrzypienie drzwi. Widziałeś może komedię „Poznaj moich rodziców”, gdzie bohater grany przed De Niro tłumaczy różnicę pomiędzy miłośnikami kotów a psów? Mimo absurdalności humoru w tym filmie, cała ta kwestia to 100% prawdy! Myślę, że w ogóle kociarze to odrębna grupa społeczna. Oczywiście nie fiksuję się na punkcie każdego kota, jakiego zobaczę, nie wrzucam 5000 zdjęć różnych „kocich sytuacji” na mój profil. Uwielbiam te zwierzaki, zresztą jak wiele innych, a naszego Ramola uwielbiam, bo tak samo jak ja - jest niepokorny.

Kot to członek naszej rodziny. Taki indywidualista nie mógłby być tylko dodatkiem, no i ze stoickim spokojem przesłuchuje ze mną mastery, demówki i w ogóle słuchamy razem muzyki. Nasz kot to domator, nie lubi otwartych przestrzeni. Ucieka do domu jak tylko usłyszy skrzypienie drzwi. Widziałeś może komedię „Poznaj moich rodziców”, gdzie bohater grany przed De Niro tłumaczy różnicę pomiędzy miłośnikami kotów a psów? Mimo absurdalności humoru w tym filmie, cała ta kwestia to 100% prawdy! Myślę, że w ogóle kociarze to odrębna grupa społeczna. Oczywiście, nie fiksuję się na punkcie każdego kota, jakiego zobaczę, nie wrzucam 5000 zdjęć różnych „kocich sytuacji” na mój profil. Uwielbiam te zwierzaki, zresztą jak wiele innych, a naszego Ramola uwielbiam, bo tak samo jak ja – jest niepokorny.

Właśnie – starałem się klucz znaleźć i chyba się nie da. Oczywiście, można uprościć, że wszystko co jest związane z szeroko pojętą hipnozą, ambientami, mieszaniem etno z elektroniką i co tam jeszcze, ale nie o to chodzi. Skupiłbym się na guście i mechanizmach rządzących tymże. Jakie odczucia musi wywoływać muzyka, żebyś poczuł przypływ adrenaliny?

Z tym też bywa różnie. Czasem muzyka urzeka nas klimatem, innym razem przykuwa naszą uwagę kunszt wykonawczy, czy po prostu brzmienie. To są dość subtelne kwestie i często indywidualne – odnoszące się do poszczególnych krążków. Nie ma na to jednej odpowiedzi. Musi być w tej muzyce „to coś”, co nas zaskoczy. Przypływ adrenaliny w trakcie słuchania, lekka ekscytacja daje bodziec, aby zainteresować się projektem bliżej. Następnie konfrontujemy zbieżność moich odczuć z odczuciami Michała i odwrotnie. Szukamy rzeczy bliskich naszej wrażliwości, ale też w pewien sposób świeżych, ciekawych, innych niż dotychczas spotkane. Mamy takie moce przerobowe, jakie mamy, więcej muzyki nie możemy wydać, więc gdy już podejmujemy się publikacji, to musimy czuć się z nią związani, być gotowi, aby móc się pod tym podpisać. Mało tego, niekiedy musimy odrzucić ciekawe propozycje, które czasem nas również ujmują, ale nie da się zrobić wszystkiego. Rynek wydawniczy, mimo ogólnego narzekania, jest dość szeroki, więc wierzymy, że dobre materiały znajdą przystań w innym miejscu. W końcu, wedle starego porzekadła – aby napić się piwa, nie trzeba od razu kupować browaru.

No właśnie i tu dochodzimy do drażliwej kwestii – nie ulega wątpliwości, że KAŻDY wydawca, tak jak ojciec rodziny, ma swoich faworytów. Zespoły, które bardziej promuje, z którymi wiąże jakieś większe nadzieje itp. Jeśli możesz – chcesz – pokusić się o taki, tegoroczny „top fajf”, na kogo postawisz? No i oczywiście dlaczego? Co przeważa? Kwestie czysto artystyczne, czy np. mobilność wykonawcy, większe wzięcie koncertowe itp?

Heh… No właśnie jak każdy ojciec rodziny, wszystkie dzieci kocha jednakowo. Nie faworyzujemy projektów. Każdemu poświęcamy jednakowo dużo czasu i energii. Oczywiście, efekty tej pracy nie przynoszą równomiernych korzyści, gdyż każdy album trafić może na inny grunt. Dziennikarze, recenzenci sami dobierają tematy, nie zawsze słuchając naszych sugestii, dokonują własnych wyborów i nie możemy mieć do nich o to pretensji. To naturalna kolej rzeczy. Patrząc z tego punktu widzenia, oczywiście mamy świadomość, które projekty, albumy mają większy potencjał, a które mniejszy. Nie zmienia to oczywiście naszego nastawienia do wydawanej przez nas muzyki. Układamy grafik wydawniczy z dużym wyprzedzeniem, planujemy, który album w jakim ma wyjść czasie i z jakim innym krążkiem. Często okazuje się to pomocne w promocji, czy dystrybucji. Jednak nie umniejsza to wartości artystycznej tych albumów, czy artystów, których płyty spotykają się z mniejszym zainteresowaniem. Nie raz okazywało się, że dany CD musiał swoje odleżeć u niektórych osób, aby dzięki niemu artyści nawet rok czy dwa lata po premierze stali się uczestnikami znaczących festiwali, koncertów, warsztatów czy innych inicjatyw artystycznych. To zawsze nas buduje i daje poczucie dobrze spełnionej misji. W ten oto zgrabny sposób wykręcam się od podania naszej topki.

A ja będę drążył z innej strony-  skoro tak, to powiedz, które z tegorocznych wydawnictw spotkało się z największym aplauzem? Aplauz = suma sprzedaży, dobrych recenzji, ilości występów itp.

Czyli zaglądamy do ksiąg zysków…  Od początku roku wszystko układa się niezwykle dobrze – oczywiście, jak na nasze realia –  zainteresowanie naszymi publikacjami ze strony prasy jest dość duże – bez szczególnych wyjątków. Handlowym strzałem okazała się z pewnością trzypłytowa, specjalna reedycja „The Kirgiz Light” projektu Rapoon, oraz wszystkie publikacje Phurpa (łącznie z pre-orderen winyla). Sporym zainteresowaniem cieszyły się również inne publikacje: „Jinn” Gaap Kvlt, reedycje klasyków Maeror Tri, Mammoth Ulthana, Rara czy Strom Noir z Micromelancolie… Oczywiście, każdy album, który wydajemy trafia do określonej grupy odbiorców, przez to też jakoś zarabia na siebie, jak chociażby fenomenalny krążek Feine Trinkers Bei Pinkels Daheim, drugi album Murmurists czy debiut projektu Kallee & the Lunar Trio. W swojej niszy znajdują oni odbiorców i pracują na siebie. Nie wydajemy płyt dla przyjaciół i znajomych. Trudno oceniać sprzedaż krążków w tym momencie, w połowie wakacji, kiedy każdy myśli o urlopie, aniżeli o zakupie kolejnej puli płyt, ale jakoś tak to się przedstawia w zarysie na tę chwilę…

Poruszyłeś niezwykle ciekawy temat – wydawanie płyt, które teoretycznie mogą być jedynie ciekawostką. Wspomniałeś o dobrym przyjęciu płyty Feine Trinkers Bei Pinkels Daheim a ja właśnie zastanawiałem się, jak taka muzyka może być odbierana. Bo w sumie to jest eksperyment, coś co bardzo odważnie balansuje na granicy muzyki  i niemal laboratoryjnego doświadczenia. Czy wydanie tej płyty mieściło się w granicach teoretycznego ryzyka, jakie sobie wyznaczasz? Mówiąc dosadne – nie bałeś się fiaska w tym przypadku? A jeśli miałbyś wyliczać – ile było takich płyt, które wydałeś bez jakiejkolwiek nadziei na dobrą sprzedaż? Inna sprawa, że chciałbym wiedzieć – jeśli to nie tajemnica – co dla Ciebie, jako wydawcy i szefa Zoharum oznacza „dobra sprzedaż”?

Widzisz, w przypadku Feine Trinkers Bei Pinkels Daheim (jak i wielu podobnych) istotne było z naszej myślenie globalne, wychodzące poza granice naszego kraju. Wbrew pozorom ten projekt jest dość znany w kręgach industrialnych, działa od ponad dwudziestu lat, zagrał niezliczoną ilość koncertów w różnych zakątkach globu, współpracował z wieloma liczącymi się labelami w Europie, współtworzy także bremeńską scenę eksperymentalną u boku Troum, 1000Schoen (projekty ex muzyków Maeror TRI), All Seits. Jego siłą są koncerty. Jego muzyka potrafi fascynować. To jeden z tych niewielu projektów, który za sprawą kilku dźwięków wyrwał mnie zza kulisowych rozmów natychmiast pod scenę. Koncert FTBPD to performance, gdzie dźwięk silnie oddziałuje na odbiorcę tak, że na długo zapada w pamięci. Ludzie, którzy podobnie jak ja, mieli okazję obcować z tą muzyką, chętnie po nią sięgają. Rzeczywiście w Polsce ten krążek trafił zaledwie do kilku czy może kilkunastu osób, za to w Europie cały czas znajduje swoich odbiorców. Widzisz, muzyka eksperymentalna wymaga też uwagi, zaangażowania, skupienia, czyli cech, których często brakuje wielu odbiorcom. Są też i tacy, którzy idą za modą. Chwalą się, że słuchają np. Nurse With Wound czy Throbbing Gristle (bo to ikony tego gatunku), a przecież muzyka Feine Trinkers Bei Pinkels stopniem „trudności w odbiorze” nie odstaje od protoplastów tego gatunku… Być może nasze krajowe media kiedyś też zauważą ten projekt, gdy zmienią się trendy w opisywaniu muzyki odpowiedniej na dany moment (ale to osobny temat). Pytasz o sukces sprzedażowy… Hm, ciężko go realnie mierzyć, dostosowując się do realiów „krwiożerczego kapitalizmu”. Uważam za spory sukces, gdy połowa nakładu zniknie z naszych magazynów w ciągu najbliższych 2-4 miesięcy. Oczywiście włączając w to zarówno sprzedaż detaliczną jak i dostawę naszych tytułów do dystrybutorów. Czy możemy mówić o jakimś fiasku? Raczej nie, choć nie ukrywam, że czasem oczekiwania bywały większe względem niektórych tytułów, ale to i tak nie ma wymiernej skali, aby się odnieść w konkretnych liczbach. Pomaga nam w tym nasza aktywność na kształt czegoś, co kiedyś nazywaną sceną mailartową. Tzw. trading również pomaga nam w dotarciu z naszymi płytami do innych osób, a nam dostarcza świeżych tytułów, które z powodzeniem sprzedajemy również w kraju.zoharum

Ciekawy jestem w takim razie jaki odzew będzie miała nowa płyta RARA. Bo  – o czym z resztą nadmieniłem w recenzji – idzie podobnym tropem co Stara Rzeka, która w Polsce jest już niemal kultowym projektem. Czy gdzieś tam, cichutko liczysz, że RARA odniesie podobny sukces?

Też czekamy cały czas na odzew, kolejne recenzje. Jednak już te pierwsze pokazują, że jest dobrze. Czy liczę na wymierny sukces, porównywalny ze Starą Rzeką? Nie wiem. Na ów sukces jak to nazywasz (chociaż uważam, że to słowa na wyrost…), składa się wiele czynników, a raczej przypadków i okoliczności, w które artyści są czasem wplątani mimo woli. Są też i tacy, którzy odpowiednio i ciężko na to pracują. Wierzę w to, że muzyka Rary obroni się sama, bez etykiet i porównań. Jakoś specjalnej nalepki z listą gości nie dokleiliśmy do krążka, aby go lepiej sprzedać. Wiem, że to błąd, ale chyba celowy. Zespół jest świadomy swoich możliwości, zdeterminowany do tego, aby działać. My ze swojej strony dokładamy starań, aby wszystko wyszło jak najlepiej, aby płyta była zauważona na tyle, na ile to jest możliwe. Nie chcę się zapalać, wróżyć z fusów, snuć dalekosiężnych planów, ale wiem, że to bardzo dobra płyta. Oby tylko inni dali jej szansę.

Starasz się swoim zespołom organizować koncerty? Jak wygląda Twoje zaangażowanie w promocję – poza wydaniem krążka?

Raczej oddzielamy działalność wydawniczą od agencyjnej. Brakuje nam przede wszystkim czasu i wolnych rąk do działań na tym polu. Kiedyś próbowaliśmy sił, organizując cykl ARTeNATIVE w Gdańsku, gdzie zapraszaliśmy projekty wydawane przez Zoharum, który finalnie zarzuciliśmy na rzecz innych zobowiązań. Rzecz jasna, zależy nam na tym, aby artyści współpracujący z nami jak najwięcej koncertowali, pojawiali się na odpowiednich imprezach itd. Toteż wykorzystujemy przez lata wypracowane kontakty, polecamy, pokazujemy i podsyłamy propozycje naszych artystów do poszczególnych organizatorów festiwali. Niekiedy sam organizuję koncerty Bisclaveret, na które zabieram projekty towarzyszące, itd. To jednak jest działalność poza oficjalnym zakresem współpracy na linii wydawca – artysta. Czasem myślę o jakiś większych eventach, ale na razie są one w sferze dalekosiężnych planów. Być może spotkamy jakiegoś współpracownika, który chciałby się temu poświęcić. Wówczas – sprawa dla nas otwarta… Kwestia promocji jako takiej to najważniejsza część naszej działalności obok dystrybucji. Płytę może wydać sobie dzisiaj każdy, przy odrobinie odłożonych pieniędzy wytłoczy sobie krążek, ładnie zapakuje i… schowa do tapczanu. Bez promocji nie ma premiery, nie ma wydarzenia, nie ma szumu, sprzedaży, zainteresowania ze strony dystrybutorów, a tym samym sensu, aby cokolwiek robić dalej. Lwią część czasu poświęcam na kontakty z mediami, przygotowanie materiałów prasowych, materiałów graficznych, na działania na portalach społecznościowych etc. To jest ta mrówcza praca, którą należy wykonać, a nad którą nikt wcześniej się nie zastanawiał „skąd się to wszystko bierze”. Jest płyta, o której nikt nic nie wie i taka, o której dowiaduje się coraz więcej osób. Oczywiście mam świadomość, że nie wykorzystujemy 100% naszych możliwości, że zawsze można zrobić więcej, że są jeszcze miejsca, do których nie uderzyliśmy etc. Cały czas jednak uczymy się, dostosowujemy się do nowych okoliczności etc. Dzisiaj media wyglądają inaczej niż 15, 10 czy nawet 5 lat temu. Trzeba też obserwować zmiany, aby czegoś nie przegapić. To też nasza praca na tym polu…

Co – poza utrzymywaniem się na powierzchni – uważasz za największy sukces? Swój albo Zoharum? Jakieś jedno, spektakularne wydarzenie. Strzał, który jako dziadek będziesz wspominał…

Hm… udało się nam zrealizować wiele rzeczy, których byśmy kiedyś nawet sobie nie wymarzyli. Cieszy nas każdy sukces, mniejszy czy większy. Mamy za to jeszcze wiele planów, więc wierzę, że te najbardziej spektakularne sukcesy jeszcze przed nami.

I wywołałeś wilka z lasu – na koniec coś na temat planów na przyszłość i o tym czym nas zaskoczycie w najbliższym czasie?

Planów, jak zwykle, mamy wiele. Już we wrześniu nowe albumy Celer & Dirk Serries, Ab Intra, reedycje legendy polskiego industrialu, Genetic Transmission, split Monopium/K.  W dalszej perspektywie kolejna część serii „Circuit Integre”, Jarl , kolejna część serii Rapoon „Seeds In the Tide” i jeszcze kilka ciekawych premier szykuje się, o których więcej będziemy mogli powiedzieć już niebawem.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Archiwum Zoharum