Zatańczyć o architekturze, czyli czas bez muzyki jest nudną produkcją dat

Postanowiłem, że będę tańczył. Nie w sposób wymagający od mojego ciała fizycznej aktywności gdyż jestem na to zbyt leniwy no i plączą mi się nogi. Postanowiłem, że będę tańczył o architekturze. Nikt nie mówił mi, że będzie łatwo, ale też nikt nie wspomniał choćby słowem o tym, że zderzenie ze ścianą może być takie bolesne. No cóż, rozbity nos, krew zdobi chodnik wyjątkowo abstrakcyjnym acz interesującym wzorem a ja uparcie tańczę nadal. Tańczył będę o architekturze bo bez tego zostaje jedynie czas. A czas bez muzyki, która go ozdabia, jest tylko nudną produkcją terminów i dat, za które trzeba płacić rachunki.

Zatańczyć o architekturze – zdanie to sens ma tak abstrakcyjny, że wymyka się projekcjom wyobraźni lecz ileż racji miał Frank Zappa wypowiadając je przed laty. Pisanie o muzyce jest jak taniec o architekturze. Bez grama przesady. Jeśli pewnego dnia uderzycie się w głowę na tyle mocno, że przyjdzie Wam ochota by podzielić się z innymi ludźmi swoją opinią o muzyce to pewni możecie być tego, że jest to pierwszy krok w kierunku szaleństwa. Muzyka to twór żywy, twór, który jak żaden inny podatny jest na interpretację a jednocześnie się jej wymyka. Twór paradoks. A zderzenie z czystym paradoksem wytrzyma niewielu. Ja poległem już jakiś czas temu. Poddałem się i tak jak już wspomniazatańczyć fotołem, zdecydowałem, że jednak wbrew wszystkiemu i czasem wszystkim, będę tańczył.

Otwieram oczy kubkiem czarnej jak smoła i słodkiej jak samo piekło kawy i jak narkoman natrętnie zaczynam szukać przewodniej melodii, którą pchnę ten dzień ku nocy. Zgrzyt klucza zamyka drzwi i zaprasza do autystycznego tańca. Przekraczam próg i chłonę pierwsze dźwięki, które odcinają mnie od ponurego otoczenia, od smrodu gnijących kamienic, od blichtru tonących w słońcu szklanych biurowców. Od nienawiści i pustki. Od życia. Przekleństwem i szaleństwem jest to, że coraz dalej jestem od zwyczajnego delektowania się a właściwie każdym kontaktem z muzyką zaczynam tańczyć. Dźwięk rzecz ulotna lecz słowo, które ma oddać mu cześć bądź strącić w rynsztok ulotne jest jeszcze bardziej. To trochę jak podróż do innego świata. Nie znam kroków, ale tańczę. Coraz częściej niczym niewidomy potykam się i boleśnie ranię, ale tańczę nadal. To jak szaleństwo: tańczę dopóki nie przyjdą słowa. Jeśli te słowa trafią do innych oczu, pewnie pod wąsem uśmiechniesz się i stwierdzisz „nie zna się”. Nie znam się. To nie fizyka, którą można pojąc za pomocą kilku grubych tomów wypełnionych twierdzeniami brodatych profesorów. Jeśli te słowa trafią do innych oczu to zawsze są tylko i wyłącznie zapisem chorego, autystycznego tańca, w którym wszystko się zdarzyć może a słowa są tylko nic nie znaczącym dodatkiem do powiedzmy to wreszcie… do uczuć. Tańczyć o architekturze to opisywać uczucia. Płynąć z euforią tego co genialne i nurzać się w gównie tego co podłe. A jeśli coś ci się podoba, to jest genialne. Więc płoń! I tańcz! Z furią i dzikim triumfem w oku. Tańcz o wieżowcach, domach, chodnikach i mostach.

Ahh… to tylko muzyka, tylko słuchasz… Tylko słucham, zmywam naczynia, wynoszę śmieci, zjadam, wydalam, kocham, nienawidzę. Tańczę. Dzielić się tym jest trudno. Jeśli zobaczysz słowa czy będziesz też widział kroki, które mnie do nich doprowadziły? Będziesz widział wszystkie upadki jakie po drodze zaliczyłem? Takie to łatwe opisać parę dźwięków… Tak. Mogę to zrobić nawet teraz, na kolanie w kolejce w mięsnym. Lecz jeśli dziwnym trafem obudzę się by zatańczyć, nic nie będzie już takie proste. Obsesyjnie idę szukając słów. Patrzę nie widząc. Jestem, ale daleko stąd.

Postanowiłem, że będę tańczył.

Wiesław Czajkowski