WIESŁAW CZAJKOWSKI – Bez pośpiechu…

Pierwsze dni Nowego Roku oprócz upiornej świadomości tego, że jesteśmy o rok starsi lub jak kto woli, znowu bliżej momentu gdy zostaniemy przymusowymi klientami cmentarza, przynoszą dwa rodzaje zasadniczo dziwnych poczynań jakim ludzie oddają się z masochistyczną rozkoszą. Jedni podsumowują, inni nakreślają daleko idące postanowienia, których i tak nikt nie ma zamiaru dotrzymać. Jeśli chodzi o muzykę, wygląda to bardzo podobnie, ale od kilku ładnych lat przestałem robić rachunek tego co mi się tak naprawdę podobało w minionych miesiącach. Owszem, dobrych płyt była masa, znakomitych kilkanaście, wyrywających z obuwia… może z pięć. Jednak nie o tym mowa. Rok, który minął, stał pod znakiem pośpiechu i znacznego niedoczasu co przełożyło się może nie na ilość a jakość słuchanej przeze mnie muzyki. Szybko, byle jak, byle gdzie, płyty porwane na kawałki, w krótkich chwilach teoretycznie wolnego czasu. To wszystko dało mi tylko pewność, że dziś muzyki jest zbyt dużo i aktywnie poszukując ciągle tracimy cenny czas na słuchanie produkcji żenujących. Wstęp ten nie jest usprawiedliwieniem, że mimo wszystko zamierzam jednak podać mój Top 5, o którym nie zapomnę jeszcze długo. O nie, dziś zamierzam się z Wami podzielić wynikiem małego remanentu jaki przeprowadziłem w ostatnich dniach 2014. Zapraszam na krótkie zestawienie najlepszych płyt 2014, na które nie miałem czasu…

Przeglądając elektroniczne cuda, w których zapisuje się wszystko to czym raczyłem się w ostatnich kilkunastu miesiącach, dochodzę do dwóch wniosków: bardzo dużo klasyki oraz staroci i praktycznie brak death’u. Dlatego też podsumowanie płyt, do których usiadłem dopiero teraz, zacznę właśnie od metalu śmierci.

Necrophagia „WhiteWorm Cathedral” (Season of Mist) – zespół ten cenię od dawna dlatego też bardzo ubolewam nad faktem, że z nową płytą ekipy Killjoya miałem jeszcze doNecro niedawna kontakt tylko fragmentaryczny. Powiedzieć trzeba jasno nowy krążek Necro to jedna z najlepszych rzeczy jakie spłodzili do tej pory. Mocny, esencjonalny i przepełniony atmosferą old schoolowego kina grozy. Od samego początku, od pierwszego numeru śmierdzi tu na kilometr specyficzną bagienną atmosferą jaką potrafi wykreować tylko ten zespół. Death metal według Necrophagia to muzyka obleśna, wulgarna i mocno osadzona w klasyce gatunku a nowy album tylko uwypukla wszystkie ceny za jakie kocham płyty tej hordy. Nowy skład – stara doskonała muzyka.

FallFallujah „The Flesh Prevails” (Unique Leaders Records) – jakby z zupełnie innego bieguna jest natomiast nowy, drugi już album amerykańskiego Fallujah. Wiadomo drugi krążek to, drugi krążek tamto jednak mam wrażenie, że zespół ten nie przejmuje się presją drugiej płyty bowiem poziom z jakim uderza „The Flesh Prevails” dostępny jest naprawdę nielicznym. Album ten to w moim osobistym odczuciu żywy dowód na to, że nadal można grać techniczny, pogmatwany death metal z pasją i zacięciem nie tracąc przy tym ni grama z tak porządnego w gatunku pierwiastka brutalności. Mocna rzecz godna tego by poświęcić jej chwilę czasu.

Usurpress „Ordained” (Doomentia Records) – to, że o nowej płycie Usurpress nie mówi się głośno to jedno z bardziej żenujących wydarzeń tego roku. Wiadomo wUsur temacie Szwedzkich rytmów mieliśmy kilka ważniejszych premier, ale bądźmy szczerzy, poziom tych „ważnych” zespołów jakie reprezentują dziś jest po prostu cieniem samych siebie sprzed lat. Ok. Dość smutków. „Ordained” to płyta wprost pyszna. Brutalna, obskurna, w rytmicznej warstwie wręcz punkowa. Początkowo bardzo tradycyjna, wraz z kolejnymi numerami przechodzi subtelną ewolucję. Pojawiają się bardzo zróżnicowane wokale, poruszające, oryginalne dźwięki… słowem jestem naprawdę zadowolony, że mam ją na półce i będę do niej wracał jeszcze nie jeden raz.

Z pewnością w death metalowym półświatku wydarzyło się o wiele więcej, jednak jak dla mnie, trzy wyżej wymienione albumy to może nie odkrycia a perełki, do których powrót sprawił mi niemało przyjemności. Drążąc głębiej w płytach, które zaznaczyłem jako warte uwagi a zamęcie i codziennej gonitwie nie miałem czasu należycie posłuchać, trafiłem jeszcze na kilka znacząco znakomitych produkcji, które nie są już tak łatwe do gatunkowej klasyfikacji, ale sprawiają mi w ostatnich dniach bardzo dużo uciechy. Ruszamy. Jako, że nie jest to żadne podsumowanie a zwykły REMANENT, kolejność zupełnie przypadkowa.

eerie_ied-do_internetu-rgbEerie „Into Everlasting Death” (Arachnophobia Records) – debiut wydawniczy Eerie zebrał już całą masę ochów i gorących achów, ale jako, że niedawno dostałem ten materiał w formie fizycznej, postanowiłem posłuchać jeszcze raz. No cóż… ta płyta urywa łeb. Autentycznie i bez ściemy. Black/death metal odegrany z furią i ze smakiem po prostu zawiera w sobie wszystko to czego oczekuję od takiego grania. Jest brutalność, odrobina opętania, patosu i chaosu. W tym roku ukazało się na naszym podwórku dużo płyt dobrych, ale bardzo dobrych ledwie kilka i debiut Eerie znajduje się gdzieś na początku tej listy. Na drugą płytę czekał będę niemal z wypiekami na twarzy.

Pallbearer „Foundations of Burden” (Profound Lore) – ahhh… ten materiał to moc i magia! Jak dla mnie jedna z lepszych płyt jakie ukazały się w tym roku. Choć jest to klasycznyPall muzyczny powrót do przeszłości gdzie krzyżują się drogi takich klasyków jak Black Sabbath, Led Zeppelin i Candlemass to właściwie każdy z numerów daje mi coś czego dziś trudno szukać – autentyczne wzruszenie.

ElectricElectric Wizard „Time to Die” (Witchfinder) – podobno narkotyki to zło, ale jeśli dzięki narkotycznym wizjom powstają albumy tak doskonałe jak większość dyskografii tytanów ciężarnego riffu z Electric Wizard to stanę się od dziś gorącym orędownikiem środków odurzających w każdej postaci. Póki co, nie będę jednak nikogo namawiał do zażywania i przegrywania a do słuchania. „Time to Die” to dzieło potężne. Muzycznie i brzmieniowo chyba najlepsza rzecz jaką stworzyli Liz, Jus i Mark; czysta, dźwiękowa halucynacja i schizofrenia w jednym. Trans i brzmienie trzeszczących lamp w rozkręconych maksymalnie wzmacniaczach. Płyta, bez której miniony rok byłby ubogi.

Prawdę mówiąc, sypać tytułami mógłbym jeszcze długo bo też jak sami dobrze wiecie, ostatnie lata to ilość wydawnictw niemożliwa wręcz do ogarnięcia przez zwykłego śmiertelnika. Wydawało mi się, że słuchałem nieco mniej muzyki niż w latach poprzednich a jednak zebrało się tego około 200 nowych tytułów. Nie wiem czy to dużo czy mało… Ok. Lecimy dalej z REMANENTEM bo czas nas goni…

Khold „Til Endes” (Peaceville Records) – szósta płyta norweskiego Khold to album jakiego zdecydowanie brakowało mi już od dłuższego czasu. Zawartość „Til Endes” zamyka sięKhold bowiem w trzech słowach – norweski black metal. Od pierwszego przesłuchania jestem pod niekłamanym wrażeniem dynamiki tego albumu i klasycznego polotu z jakim się rozwija. Cięty, prosty i dosadny – taki właśnie jest black metal według Khold. Być może dziś scena (czymkolwiek by ona nie była…) jest w zupełnie innym miejscu, ale dla mnie właśnie takie albumy ciągle świadczyć będą o sile tego gatunku. Na deser warto zauważyć, że nowe dzieło Khold to przykład tego, że można grać szczery black metal i brzmieć naprawdę dobrze.

NachtNachtmystium „The World We Left Behind” (Century Media) – co stało się z tym zespołem powszechnie wiadomo, więc nie będę się tu rozwodził nad poczynaniami lidera jednego z ciekawszych metalowych aktów ostatniej dekady. „The World…” to bardzo dobre muzyczne dziecko, które niczym nie odstaje od starszego rodzeństwa. Prawdę mówiąc, polubiłem płytę od samego początku. Niezłe, klasyczne kawałki z odrobiną psychodelicznego klimatu, niezłe riffy… Być może album nie czaruje tak jak płyty z cyklu Black Meddle, ale i tak uważam, że jest to kawał naprawdę dobrej muzyki. Jeśli okaże się, że będzie to ostatni krążek Nachtmystium, powiedzieć można, że muzycznie kończą z klasą. Szkoda tylko, że o innych aspektach tego powiedzieć nie można…

Rok dobiegła końca a zaczął się nowy. Za rogiem czekają nowe znakomite płyty, których już się nie mogę doczekać. Niektóre z nich już znam i wiem, że będzie to dobry rok dla muzyki; oby był dobry i dla was. Remanent jak zwykle pod kreską… jak żyć??

Wiesław Czajkowski